<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[MamaDu.pl - artykuły i wpisy blogerów]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów z MamaDu.pl]]></description>
		<link>https://blogi.mamadu.pl/</link>
				<generator>blogi.mamadu.pl</generator>
		<atom:link href="https://blogi.mamadu.pl/rss/wszystkie" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/175037,czuje-jestem-ide-dalej</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/175037,czuje-jestem-ide-dalej</link><pubDate>Tue, 04 Jul 2023 16:00:04 +0200</pubDate><title>CZUJĘ, JESTEM, IDĘ DALEJ</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/e6442685a1a4bab019e406755058b8ee,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Czuję, jestem, idę dalej. Kobieta w podróży do wewnętrznej mocy" - Ewa Klepacka - Gryz - spoczęła na półce. Przeczytałam i w końcu uznałam. Ja, kobieta we mnie... 
Uznałam, że kobieca podróż przez życie jest zupełnie inna niż męska.

Mam w głowie obraz mema. Na jednym obrazku widoczne są proste tory, dwa, z podpisem "męskie myślenie". Na drugim - poplątane z pomieszanym... z podpisem "kobiece myślenie". W pierwszej sekundzie zaczęłam się śmiać... W sumie racja... Po dłuższej chwili w brzuchu zaczęła wibrować mi znana gula (ta sama, która podbija się w moim podbrzuszu zawsze wtedy, gdy raz za razem przekraczam siebie samą) - myślenie kobiety... jest niejednoznaczne, pełne emocji, nierzadko lęku, niepewności, wątpliwości, ciężkiej harówki, znoju... O tak! Mielę na potęgę, toczę w głowie rozprawy o biskich, przyjaciołach, wszędzie tam, gdzie postawiłam granice, a później zalał mnie wstyd, że śmiałam te granice postawić, więc mielę i mam potrzebę "samoagitowania" się "dobrze zrobiłaś, miałaś prawo!"...

Usłyszałam kiedyś, że zmęczenie nie istnieje, znaczy istnieje, ale tylko przez słabość i ograniczenie umysłu... Trudno, jestem słaba (i uznaję to), ale poczułam zmęczenie - w ciele, w głowie, w duszy. Ostatnio przeprowadziłam (kolejną), a raczej przeprowadziliśmy, rewolucję w życiu... Pod prąd, przeciw obecnym trendom, po raz kolejny na wspak do zewnętrznej mody...  Nie wiem czy zwariowaliśmy, czy nie... wiem jedno - intuicja nigdy nas nie zawiodła i pewnie będzie tak i tym razem... 
Więc (tak wiem, nie zaczyna się zdania od "więc", ale ja zaczynam...) dokonaliśmy zmiany, jesteśmy w zmianie, jesteśmy zmianą... I dobrze! Zmęczeni teraz, ale  szczęśliwi... Być może bardziej z potrzebą zatrzymania się niż poczuciem zmęczenia? Tylko po co się zatrzymywać? A może lepiej - jak?

Jest lato. Kiedyś kojarzyło mi się z sielankowymi widokami, łąkami pełnymi chabrów, maków i dziurawców. Od kilku lat obserwuję coś odwrotnego... Wakacje!? To super - "zrób kurs"/ "wróć do siebie i ciała" / "zafunduj sobie psychoterapię w miesiąc!". Nie chcesz? No pewnie, że chcę! Chcę się naprawić, wyprostować, zakleić plastrem ranę z dzieciństwa! A któż nie chce? Wakacje zdają się być pretekstem do kolejnej harówki! Jeśli masz taką potrzebę, super, gratuluję odwagi! A co jeśli czujesz wewnętrzny przymus, że trzeba, a tak naprawdę chcesz się zatrzymać, odpocząć? Czy masz odwagę dać sobie to, co jest akurat potrzebne?

Książka Ewy Klepacz - Gryz dała mi ukojenie. Każda kobieta na pewnym etapie potrzebuje zejść z drogi "córeczki tatusia", męskiej rywalizacji, robienia kariery, stawiania na wygląd zewnętrzny, by móc zacząć wzrastać w tym, co kobiece. By przestać usychać w środku, przestać tęsknić za tym, co od mamy i babci... Czy jest Ci po drodze do własnej rodzicielki, czy też nie, bardziej chodzi tu o wszystko co kobiece. Niestety rodząc się kobietą nie uciekniesz od tej drogi (od zaprzeczenia kobiecości do powrotu do niej...), zatrzymasz się kiedyś i tak... Bo Twoja kobieca natura to nie cel - pieniądze - pochwała - cel - dom - samochód... to męska podróż. Twoje ścieżki są inne. by móc pójść dalej, należy zauważyć, co jest w Twoim wnętrzu, jak to jest być z sobą samą w pełnej akceptacji, w mrocznej jaskini bez światła, gdzie czeka na Ciebie Baba Jaga...

Zatrzymać się... Ale jak? Tak w bezruchu? OOOO tak.... Wdech - wydech... To nie znaczy, że już nie posunę się do przodu, to jedynie znaczy, że zrobię to z uwagą na siebie i własne wewnętrzne stany...

Kiedy Kaśka Nosowska powiedziała, że zawiesza swój udział w zespole "Hej", pomyślałam "wielka szkoda... lubię ją...", ale chwilę później ukazała się światu w zupełnie innej odsłonie, innej jakości..., jakości duszy... Zatrzymała się, by móc inaczej, w zgodzie ze sobą. Miała odwagę powiedzieć "już nie mogę tak dalej", wolę dom, męża, zacisze, spokój...

Ja też od lat schodzę z męskiej ścieżki (być może dlatego, że mam w domu mężczyznę, który jest w pełnej sile męskości!), oznacza to tyle, że tworzę i jestem w tym, z czym mojemu ciału i duszy jest dobrze. "Odklinam" zaklęcia z dzieciństwa "co ludzie powiedzą", tudzież "nie zasługujesz", biorę pełną odpowiedzialność za siebie i swoje życiowe decyzje, nie szukam już winnych, sama stawiam czoła swoim lękom i uznaję, że są, widzę je już, nie uciekam... Mierzę ich wielkość i jakość... i jestem... W zatrzymaniu? Nie, ale w zwolnieniu już tak! I dobrze mi w tym, w tym co jest teraz. Uznałam własne dzieciństwo, okiełznałam lęk o przyszłość i jestem tu...
W tej zmianie cieszę się spacerem z synem, lasem, wieczorem filmowym z mężem, snem stopa w stopę, lipą uzbieraną na zimę. Czuję jestem, oddycham, żyję życiem... A że wolę jakość od ilości, to w świecie zewnętrznym jest mnie mniej, za to jak już jestem, to prawdziwie, w całości.

I Tobie życzę tego samego... Podróży do wnętrza siebie, bez względu na to, co ludzie powiedzą! 

Basia]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/e6442685a1a4bab019e406755058b8ee,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/e6442685a1a4bab019e406755058b8ee,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/171779,love</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/171779,love</link><pubDate>Sun, 12 Mar 2023 13:58:27 +0100</pubDate><title>Love</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/aa9f4510a26faf288d711c5c5359b83a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Stoję w kolejce do kasy samoobsługowej w znanym markecie czy dyskoncie (nie odróżniam czym się różni jeden od drugiego...) i głowa mi pulsuje... Nie wiem czy to ja znalazłam się w jakimś nierealnym wymiarze, w którym ludzie zapomnieli o dobrym wychowaniu i życzliwości, czy to może świat zewnętrzny jest właśnie taki, a to ja ciągle do niego nie pasuję... (i jeśli tak wygląda, to wcale nie chcę pasować)?
..............................................................................................................

Mój mąż ma bardzo dobrą, ale i prostą filozofię życiową - nie krzywdzić innych, ale też się na innych nie oglądać, małymi kroczkami, konsekwentnie iść do celu... Uwielbiam to spojrzenie na życie, ponieważ ja często żyję w chaosie i w głowie i w planie rzeczywistym, tak więc kiedy czuję, że tracę grunt albo moja wysoka wrażliwość wpycha mi świat zewnętrzny do wnętrza, tak że zabiera mi oddech, sięgam do rozmów z nim... Jest uśmiechnięty, pogodny i zadowolony z życia, choć każdego dnia wstaje o czwartej rano, by dojechać do pracy, umie cieszyć się drobnostkami, a przeciwności losu odbiera za lekcję cierpliwości... Niestety umknął mi fakty, kiedy to uczeń przerósł mistrza :-) No cóż, z pokorą potrafię przyznać się do tego, że korzystam z jego rad i z dumą podpatruję jak radzi sobie z życiem, choć kiedyś było odwrotnie... Nie piszę tego w ramach reklamy małżonka, choć rzeczywiście jest fantastycznym człowiekiem (uwierzcie wady też ma!!!), ale jego powyższy rysopis jest mi potrzebny do zarysowania pewnej sytuacji...
W naszym domu mój mąż w każdą sobotę robi zakupy... Z kilku powodów on - ponieważ wstaje jak oszalały o nieludzko wczesnej porze; ponieważ lubi przechadzać się między marketowymi półkami (co mnie dobija i odbieram to jako cholerną stratę czasu); ponieważ ja jestem wysoko wrażliwa - więc marketowe hałasy i światło po chwili mnie denerwują i męczą (z tego powodu rzadko odwiedzam również centra handlowe); ponieważ jest mistrzem "small talkingów", więc zna wszystkie panie na osiedlowym ryneczku (co z jednej strony uważam, za gigantyczną zaletę, z drugiej jednak, jest to znowu dla mnie strata czasu, zakupy to zakupy... nie dla niego - on z tego czerpie jakąś dziwną przyjemność i okazję do międzyludzkich spotkań). Tak, więc to on zaopatruje nasz dom w niezbędne produkty, ja w tym czasie robię kawę, ogarniam kuchnię i tulę naszego syna... Niemniej jednak, od czasu do czasu, zabiera mnie ze sobą, jak ostatnio... I tak stoimy przy kasie samoobsługowej, przyglądam się mężowi, jak sprawnie wciska te guziczki i myślę, że jak nie będę z nim chodzić na zakupy, to niedługo wypadnę z obiegu i bez niego ani rusz, nie ogarnę wyjścia na zakupy, względnie zostanie mi tylko osiedlowy sklep (o ile takie jeszcze będą istnieć i będzie mnie stać na zakupy w nich)... Przemiła Pani Kasjerka zachęca klientów do samodzielnego kasowania, gotowa do pomocy, biega od kasy do kasy i wciska coś, klika, a kas jest dużo i w każdej każdy klient coś chce... Matko, jak musi to być męcząca praca, myślę, nie ogarniam swoich zakupów, a ona ogarnia 6 kas... Nagle podchodzi, do jednej z nich, starsza pani (rozumiem, skora ja mam trudności, to i ona pewnie też, to normalne) i od razu na cały głos mówi, że to skandal, że nie ma zwykłych kas... No rację ma, zawsze lepiej mieć wybór niż go nie mieć, niemniej jednak, nie jest to wina pracownicy sklepu! W wyobraźni widzę jak codziennie rano przed pracą ciągną losy i kto przegra, ten idzie na strefę samoobsługową... Przemiła, raz jeszcze podkreślę, kasjerka podchodzi do pani i mówi, że rozumie strach starszej pani i że jej pomoże we wszystkim, niestety biega też po między innymi kasami, co zmusza klientkę do podejmowania własnych działań... Krzyczy na głos, że nie umie i że wcale nie musi, bo nikt tu jej nie płaci za to, jest w końcu klientem... Kasjerka cierpliwie podchodzi do pani, pomaga, a w nagrodę otrzymuje komentarz "no nawet pani to wolno idzie, a co dopiero mi!", na to, z uśmiechem, pani kasjerka odpowiada, że tylko czyta komunikaty na kasie (bo przecież dopiero co odsłużyła czterech innych klientów), więc dostaje kolejny słowny cios między oczy, że jej przecież za to płacą, inny klient dokłada "a co jak ktoś nie umie czytać, a go zmuszają do kas samoobsługowych"... a mi się ciśnie do głowy miliard komentarzy i zastanawiam się, którego użyć... Na co mój mąż, kończąc płatność i biorąc zakupy, odwraca się do tej cudownie z siebie zadowolonej klientki (zadowolonej z siebie, że wylała wiadro pomyj na bogu ducha winnej kasjerce) i patrząc jej w oczu pyta "nie wiem z czego się pani tak cieszy, była pani bardzo niemiła dla tej kobiety - o kasjerce", otwierając drzwiczki od strefy kas dodał do pani kasjerki " a Pani życzę miłego dnia"... Powlokłam się za nim jak taka owieczka za pasterzem, myśląc sobie, jest 8 rano, a tu taki horror w markecie... o kasy... Rozumiem, że brak otwartych tradycyjnych kas to zamysł mający na celu zmusić nas do samoobsługi, która jest tańsza niż pracownik, rozumiem, że jest to też zabieg zachęcający do płacenia kartą, co może pozbawić nas wolności finansowej... JA TO ROZUMIEM,  mam w sobie sprzeciw wobec tego, ale po pierwsze (na razie, a może w ogóle) mamy wybór robienia zakupów w miejscu, które nam odpowiada, a po drugie Pani kasjerka nie odpowiada za politykę firmy! Co się stało z ludzkimi odruchami...???? Wrzeszczymy i burczymy na siebie o byle co??? Tracimy własną energię na spory w markecie? o 8 rano w sobotę??? Ja chyba z jakiejś lamy się urwałam, jak mawiano, gdy miałam kilka lat... A mąż mój zaimponował mi i opanowaniem i zarazem odwagą... Zasiał życzliwość, tam, gdzie mogła wybuchnąć bomba...

Mamy w domu rytuał, siadamy we dwoje przy herbacie (ja raczej ostatnio przy kawie, która ratuje mi energetyczne życie) i opowiadamy sobie różne rzeczy, omawiamy, co nas spotkało, jakie mieliśmy w sobie emocje i dlaczego;  ja najbardziej lubię cykl z życia wzięty - co nas dziwi... Nie są to spotkania codzienne niestety, ponieważ w tygodniu mijamy się - jak mój mąż kończy pracę, często ja zaczynam, wymieniamy się też w opiece i wożeniu syna na liczne jego zajęcia... Ale jak już siadamy, to tak długo sobie gawędzimy... Mój mąż często opowiada o tym co w pracy, jak się dogadują w męskiej międzynarodowej ekipie, jakie żarty sobie robią i jaki z nich jest zgrany zespół... Ot tak, zwykłe opowieści o życiu... Ostatnio zwrócił mi uwagę na pewien aspekt... Powiedział, że przygląda się różnym relacjom kobiecym i dziwi się, z natury powinnyśmy się łączyć (i może nawet próbujemy), ale dużo w tym fałszu, obgadywania się, kopania po nogach (jak pani klientka... panią kasjerkę)... Dziwi go również to, że to raczej mężczyźni z natury są rywalizujący, a jednak potrafią tworzyć zgrane teamy skupione na jakimś celu... 
Dało mi to do myślenia... No tak, ostatnio dociera do mnie wiele informacji (ponieważ to podobno czasy oczyszczenia... choć ja już patrzę na to wszystko z dystansem, dając sobie na wstrzymanie, co do tego, kto ma rację w jakich czasach żyjemy i jaka czeka nas przyszłość... nas ludzkości rzecz jasna...), których wynika, że czy jesteś dobrą pracownicą czy nie szefowa surowo Cię ocenia, koleżanka cieszy się, że inna ma gorzej lub przyczyniła się (świadomie lub nie) do pogorszenia sytuacji innej kobiety, teściowa jest surowa dla synowej lub odwrotnie, a matka nie daje wsparcia w potrzebie własnej córce... Lub jeszcze inne konfiguracje... Przyjaciółka plotkuje o przyjaciółce (co moim zdaniem skreśla przyjaźń)... Z czego to się u nas kobiet bierze? Z zazdrości, z kompleksów, z wychowania? Z obojętnie czego! Tak naprawdę zapomniałyśmy o życzliwości, o delikatności, o kobiecej empatii i wsparciu (choć usilnie na internetowych portalach próbujemy udowodnić inaczej)... Przykro mi się robi... Zapomniałyśmy o człowieczeństwie? Na szczęście nie wszystkie z nas!!! Potrafię mnożyć przykłady kobiecej solidarności! Uff...
A co jest środkiem zaradczym? Zwyczajnie albo i niezwyczajnie... MIŁOŚĆ do siebie, do bliskich, do ludzi, zwierząt i przyrody! Tam, gdzie nie ma miłości, tam brak zrozumienia, brak wsparcia, tam mnoży się nieszczęście... ocenia i krytykuje...
"Po czynach go poznacie" mówi słynne zdanie... Tak, nie po fasadzie, którą wokół siebie tworzymy... Jeśli autentycznie nie spotkamy się sami ze sobą, ze swoimi wadami i zaletami, słabościami i mocnymi stronami, to nie zbudujemy silnej wspólnoty, tylko samowolki budowlane, nie na fundamentach, a na piasku... Pamiętaj, jesteś twórcą swojego życia, co zasiewasz to zbierasz... Jak myślisz, jeśli obrażasz innych ludzi, choćby w markecie, co sobie tworzysz? Jeśli obgadujesz przyjaciółki czy koleżanki w pracy, oczerniasz innych i cieszysz się, że mają gorzej, co do Ciebie wróci? 
Z natury wolę być przezorna, bo przezorny to ubezpieczony! Tak, więc staram stosować się do filozofii mojego męża, iść przez życie nie krzywdząc nikogo, ale się też nie interesując życiem innych, parafrazując Channel - ty się interesujesz moim życiem i mną, a ja tobą wcale  (po pierwsze ponieważ mam ogromną tolerancję do tego, co ludzie tworzą w swoich życiach - i o ile nie krzywdzi to mnie, to nic mi do tego, po drugie, mam tak wspaniałe życie, że nie muszę się interesować życiem innych osób - skupiam się na kreacji własnej rzeczywistości, wysyłając miłość do wszystkich i wszystkiego i pielęgnując w sobie wdzięczność!). Uwierz mi na słowo lub nie wierz i przekonaj się sama / sam - buduj wokół siebie miłość, życzliwość, dawaj empatię i wsparcie, a zabraknie Ci dnia, by dziękować za szczęście, które do Ciebie wróci... 
Bądź, oddychaj, ciesz się małymi rzeczami, doceniaj, to co masz i siej miłość i dobieraj wokół siebie ludzi, którzy są Ci życzliwi...
Basia]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/aa9f4510a26faf288d711c5c5359b83a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/aa9f4510a26faf288d711c5c5359b83a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/170288,marzenie-mam</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/170288,marzenie-mam</link><pubDate>Thu, 26 Jan 2023 15:28:52 +0100</pubDate><title>marzenie mam...</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/9bed8ef1a41a6c9774e98ff0b420311f,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Rozumiem...

Jak często używał tego słowa... ROZUMIEM... uświadomił mi mój podopieczny, sześcioletni Piotruś. Pewnego dnia, tam gdzie zazwyczaj pada słowo „rozumiem” podczas wykonywania zadania, nie padło... Piotruś podniósł głowę i popatrzył mi prosto w oczy (bo już potrafi!!!) i powiedział: „Basia powiedz teraz – aha rozumiem”... no tak... rozumiem, czego zabrakło :-)

Ostatnio czytam książkę pt. „Nie zaczęło się od Ciebie”... czytam, odkładam... czytam, przekładam... Tak... traumy międzypokoleniowe, choroby i obciążenia przekazywane z dziada pradziada... Interesuje mnie to od dana... Być może ze względu na „przekazaną” mi pokoleniowo chorobę autoimunologiczną, być może ze względu na wrodzoną ciekawość, być może na palącą potrzebę odkrywania i odchodzenia od rodzinnych zaklęć i ograniczających schematów... być może...

Nosimy na barkach swoje, stworzone w dzieciństwie, ciężary, które nas przygniatają każdego dnia, a być może one, te ciężary, przygniatają nie tylko nas, być może przygniatały któregoś z naszych rodziców czy dziadków, być może nie zaczęło się od nas? Z pewnością zaczęło się od jakiejś tajemnicy, tematu tabu, przemilczanego „grzechu” czy ukrytego wstydu, a co jeśli to nie tylko nasz wstyd? Przemilczane rodzinne sprawy, bezczelnie wyłażą na wierzch w kolejnych pokoleniach, by w końcu zrozumieć, że potrzebują rozwiązania zamiast pokoleniowego nabierania wody w usta.
„Bo ja jestem inny”, powiedział mój syn zdenerwowanym głosem, kiedy po raz kolejny opowiadał mi o odrzuceniu przez kolegów... ROZUMIEM.. odpowiedziałam. Rozumiem Twój żal, twoje rozczarowanie i potrzebę opowiadania o przykrościach setki razy na nowo i na nowo... „Synku, przecież wiesz, jesteś wysoko wrażliwy, rani Ciebie czasem to, na co drugi człowiek w ogóle nie zwróci uwagi...”, wyjaśniam po raz kolejny, ponieważ nie posiadam recepty na życzliwość w tabletkach, na współpracę zamiast złośliwości, na odporność na innych zamiast nadwrażliwości... Mam za to pokłady „rozumienia”, więc każdego dnia korzystam z nich, by wspomóc mego syna...
Od kiedy pamiętam, miałam w sobie całe wagony zrozumienia i wyćwiczonej empatii. Jako najmłodsze z czworga dzieci szybko nauczyłam się, choć długo sobie tego nie uświadamiałam, gdzie jest moje miejsce w rodzinie i jakich strategii należy użyć, by przetrwać wśród dużo starszego rodzeństwa... Nauczyłam się szybko obserwować innych, a wrodzona wrażliwość pozwoliła wczuwać się w uczucia innych, dużo doskonalej niż w siebie samą...
Jeśli myślę o mojej sile rozumienia ludzi i włączania empatii, przypominają mi się dwie sytuacje... Pierwsza zadziała się podczas studenckich praktyk w nieistniejącym już domu dziecka. Uważam, że prawdziwe (nie te tylko na papierze) praktyki pokazują zderzenie się z życiem i skłaniają do refleksji czy aby na pewno dokonaliśmy dobrego wyboru studiów... Dom dziecka, oddelegowano mnie do maluchów, dwóch „oblepiło mnie natychmiastowo”... Młodszy bawił się ze mną samochodzikiem, starszy, pierwszoklasista, odrobił ze mną lekcje... Trzeci natomiast, Kubuś około 5 lat, schował się za kanapą, trzymał na dystans, nie przejawiając niczego prócz lęku przed obcymi. Rozumiem... pomyślałam... Pewnie potrzebuje czasu, by zaufać.... Ale nie o to rozumie mi tu chodzi. Po kilku godzinach poszliśmy na obiad. Kubuś miał za zadanie posprzątać stół po posiłku, ja natomiast miałam za zadanie mu nie pomagać, więc patrzyłam jak malutki chłopiec skacze wokół stołu i dyskretnie odsuwałam i zasuwałam mu krzesła, by robota poszła szybciej... Nagle przyszedł do niego brat, który był w grupie „dorastającej”, czyli grupie chłopców, którzy szykowali się  już do opuszczania placówki... Kubuś dostał od brata bluzę... Bluzę z metką... I pierwszy raz zobaczyłam uśmiech na twarzy tego małego chłopczyka. Podbiegł do mnie szybko i powiedział, że „jest bardzo szczęśliwy, bo jeszcze nigdy w życiu nie dostał niczego z metką, niczego nowego”... ROZUMIEM... odpowiedziałam... i przytuliłam go... i nie spytałam, skąd brat ma bluzę z metką, która idealnie pasuje na młodszego brata... Bo nie rozumem tego cholernie pomylonego systemu, w którym niewinne maluch przeżywają takie trudne życiowe sytuacje! Dziś mały Kubuś z pewnością jest dorosły... Ciekawe jak potoczyły się jego losy...?
Drugie zawodowe „rozumiem”... spotkało mnie podczas kolejnych praktyk, tym razem w ochotniczym hufcu pracy. Dostałam za zadanie przebadanie „specjalistycznym, ministerialnym testem kompetencji” około 60 młodych ludzi. Wchodząc do hufca, musiałam przebić się przez grupę siarczyście przeklinających, palących papierosy i buzujących od hormonów chłopców. Widząc nową twarz, dumnie wyprostowali się i przystąpili do grupowego szturmu... Na szczęście na test przychodzili w pojedynkę... I jak się szybko okazało, byli to bardzo sympatyczni młodzi ludzie, przepełnieni mieszanką lęku i wstydu... Większość z nich nie potrafiła płynnie czytać trzy i cztero – wyrazowych słów, żadna osoba nie przepisała bezbłędnie tekstu, składającego się z kilku pojedynczych zdań, nikt z nich (bez mojej podpowiedzi) nie potrafił udzielić poprawnej odpowiedzi do krótkiego tekstu o pogodzie... ROZUMIEM... że w grupie czuli się mocni, głośni i silni, ponieważ w pojedynkę system obnażył w nich wszystko... I znowu nie rozumiem, co poszło nie tak? Jak to możliwe, że szesnastoletni ludzie nie czytają ze zrozumieniem prostych zdań, nie potrafią płynnie przeczytać słowa DOM...?  Jak to możliwe, że umiejętności, których dzieci uczą się w pierwszej klasie szkoły podstawowej nie zostały wsparte u tych młodych ludzi? Jaka przyszłość ich czekała...? Już nawet nie chce mi się mnożyć pytań... Ale doskonale rozumiem ich gorycz, wściekłość, lęk i wstyd... Choć nie pojmuję  jak mogło do tego dojść...
Rozumiem... mojego syna... zawsze rozumiałam, bez słów, każdy jego płać, krzyk i lament, rozumiałam, tak podskórnie, może nawet bardzo podświadomie... Zagrożona ciąża, moja ciągła hospitalizacja, jego zakażenie i szpital w drugim miesiącu życia, szereg wizyt u lekarzy specjalistów, alergia na laktozę i każdy nowy produkt, dwie operacje przed drugim rokiem życia... Rozumiem... Lęk... i ciągły protest pomieszany z niepohamowaną złością jako reakcja na  wczesnodziecięce doświadczenia... Rozumiałam zawsze... Nie wiedziałam tylko jak mu pomóc. Każdy rzut na glebę, był krzykiem rozpaczy o zauważenie go i zapewnienie, że jestem obok...zawsze... Jego impulsywność, brak cierpliwości, domaganie się wszystkiego natychmiast w dużej mierze podyktowane były wyrzutami kortyzolu i niezintegrowanymi odruchami w ciele...	 ROZUMIAŁAM, ale nie wiedziałam co z tym począć... I tak zaczęła się wędrówka w poszukiwaniu rozwiązań... Wędrówka, która nie tylko nauczyła mnie cierpliwości, ponoszenia porażek i podnoszenia się, szukania możliwości i niesłuchania autorytetów, mówiących „nie da się”... Była to też wędrówka w głąb mnie, spotkania z moim lękiem, pozwoleniem sobie na przeżywanie własnej złości, spotkaniem ze wstydem, w obliczu społecznej oceny mnie jako matki... Nauczyłam się stosowania szeregu strategii w obliczu napadów złości, zdobyłam wiedzę o pracy z ciałem i pomocy synowi w integracji odruchów, zastosowałam wiedzę (zdobytą na różnych studiach i licznych kursach) o nauce wczesnego czytania, stymulacji lewej półkuli mózgu, koncentracji uwagi, rozwijaniu umiejętności analizy i syntezy wzrokowej, zabaw sensorycznych, terapii bilateralnej i neutotaktylnej, treningu umiejętności społecznych, nauce emocji i odczytywania ich w ciele, terapii behawioralno – poznawczej, pracy z dziećmi z autyzmem, zastosowaniu masażu motyla w traumie i lęku, odkryłam i zrozumiałam, że razem z synem jesteśmy wysoko wrażliwymi osobami... Ale przede wszystkim zastosowałam swój wysoki poziom empatii, by wyczuwać stany swojego dziecka i podejmować próby pomocy mu... I choć długa droga przed nim, wierzę, że odniesie sukces... 
Nasza wspólna historia i doświadczenia ukształtowały mnie i wyrobiły przekonanie, że zawsze można znaleźć rozwiązanie, należy tylko szukać... Obecnie pomagam rodzicom i ich dzieciom w przebyciu podobnej drogi, wspieram i mogę z całą pewnością powiedzieć... ROZUMIEM... I cieszę się, że nie są w tym sami... Bo to bardzo trudna droga i rozumiem, że czasem brakuje sił...
Moje życiowe doświadczenia, macierzyństwo, popełniane błędy, autoimunologiczne choroby i cudowny mąż, dały mi siłę do wstawienia czoła zarówno własnym trudnym emocjom, z którymi nie umiałam się spotkać od lat, ale także nauczyły mnie bezkompromisowego podejścia do siebie samej. Już wiem, co mi pomaga, a co ogranicza, co ciągnie w dół, a co ku górze, jakiś ludzi chcę mieć wokół siebie, a jakich nie chcę wcale, wiem co napakowałam do międzypokoleniowego plecaka, a jak jeszcze czegoś nie wiem, to wiem, że cierpliwość, bliskość, czytanie własnych sygnałów z ciała i miłość dają moc do stwarzania własnego dobrego życia, „bo dobrze widzi się tylko sercem”...

W jednej z moich ulubionych bajek - „Zaplątani”, jest pewna piosenka... „Marzenie mam”... I tak, marzenie mam..., by ludzie patrzyli na świat sercem, zaoszczędzi nam to wielu krzywd... Główny bohater w bajce mówi „no człowieku no... zobacz człowieka w człowieku”... o tak marzenie mam, żebyśmy widzieli w sobie ludzi, wspólnoty ludzi, chętnych do wzajemnej pomocy, obojętnie skąd pochodzimy...czy to z domu dziecka, czy z OHP czy z może spod Lewiatana jak Wiku (któremu mój mąż notorycznie daje piątaka), pomocna dłoń i powiedzenie ROZUMIEM, co przeżywasz, mam podobnie... może zbawić  świat... 

Marzenie mam...]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/9bed8ef1a41a6c9774e98ff0b420311f,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/9bed8ef1a41a6c9774e98ff0b420311f,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/168844,zakleci-juz-w-dziecinstwie-albo-i-wczesniej</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/168844,zakleci-juz-w-dziecinstwie-albo-i-wczesniej</link><pubDate>Mon, 05 Dec 2022 20:00:43 +0100</pubDate><title>Zaklęci już w dzieciństwie albo i wcześniej...?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/965f2ed9bf6c6e3ad29d463d3af7d772,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />" Wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem..."
Kochasz wolność? Ja bardzo! A gdybym tak powiedziała Tobie, że droga do niej jest jak ściąganie koszmarnie ciężkich kajdan, do których klucz ukryty jest w odpowiedzialności  za własne życie i gorzkim smaku autentycznego odrzucenia przez to, co utarte? A gdybym tak powiedziała, że wolność to znaczy odrzucenie, to znaczy wykrywanie z siebie wszystkich "musisz", "tak się powinno", "rób jak inni". Czy dalej pójdziesz drogą ku wolności? 

Czego powinna uczyć nas terapia i rozwój duchowy? W moim głębokim przekonaniu, winny uczyć brania odpowiedzialności za własne stany emocjonalne, myśli i w końcu czyny, których dokonujemy jako dorośli ludzie... 
Odpowiedzialność to trudna droga do zrozumienia, że nasze skrzywdzone w dzieciństwie wewnętrzne dziecko może zostać zaopiekowane przez nas samych! Tak, branie odpowiedzialności to ciężki kawałek rozwoju każdego człowieka... 
A cóż jest nam potrzebne do kroczenia tą drogą, prócz odwagi rzecz jasna!?... 
Wiedza i świadomość... 
Zapraszam Cię do kolejnej podróży wgląd siebie! Od Ciebie zależy jak daleko dojdziesz...

Ogromnie cieszę się, że udało mi się przeczytać "Uwiezieni w słowach rodziców. Jak uwolnić się od zaklęć, które rzucone na nas w dzieciństwie" Agnieszki Kozak i Jacka Wasilewskiego. Poznaj moją, jeszcze raz podkreślę - MOJĄ perspektywę ich dzieła...

Zanim o zaklęciach..., słów kilka o odpowiedzialności za naszą złość... 
Czyż nie wkurzają nas inni ludzie, nasze dzieci, parkingowy i szef w pracy? Oczywiście, że wkurzają! Złość jest oznaką przekroczenia naszych osobistych granic, jest drogowskazem "tylko dotąd, dalej stop", jednak wyrażanie złości to już zupełnie inna sprawa... Dlaczego o złości w temacie odpowiedzialności? Już wyjaśniam... Zapraszam Cię serdecznie do przeczytania malusiej, niepozornej książeczki pod tytułem " Kiedy Twoja złość krzywdzi Twoje dziecko". Książeczkę, oby nie napisać książunię  czyta się szybciutko, ale nie daj się zwieść! Mały kaliber lektury nie powinien być powodem do omijania zawartych w niej treści... Jest to kompendium wiedzy o przyczynach naszej złości, myślach - zapalnikach i konsekwencjach destrukcyjnych zachowań dorosłych wobec dzieci... Klaps, wyzwiska, drwiny, zawstydzanie itp., to wszystko przemoc, która krzywdzi nasze pociechy i zostawia niezmywalny ślad na ich psychice! Co z tym zrobić? Wziąć odpowiedzialność za siebie!!! I przeczytać książeczkę z różowym wilkiem na okładce! 

A teraz do sedna :)
Być może nie jestem obiektywna, a może wręcz jestem pewna o braku swojej obiektywności wobec Agnieszki Kozak!!! Autorka żółtej książki, po lekturze której powstała burza w mojej głowie, to sympatyczna Pani z Youtube, której chętnie słucham i oglądam i lubię.... za prostotę, za mówienie o ważnych dla mnie tematach, za podejście... Nie mogłam więc przejść obojętnie koło książki, którą stworzyła razem z Jackiem Wasilewskim... Nie mniej jednak, mój brak obiektywizmu co do autorki, może stać się zaletą, nie wadą! :)

Pracując z młodymi ludźmi, z kobietami oraz z sobą samą rzecz jasna, słyszę o pewnych nazwałaby je "sloganach" pokoleniowych... Myślę, że Ty też o nich słyszałaś/ słyszałeś! A może część z nich sama / sam powielasz? 
"dziewczynki się nie złoszczą / chłopaki nie płaczą/ nie rób kłopotu/ ojciec zawsze ma rację/ nie mów nikomu, co dzieje się w domu / musisz być dzielna / co ludzie powiedzą" ... i wiele innych...
Słyszymy to w naszych domach od rodziców, oni od swoich rodziców i razem mówimy to do naszych dzieci... Wszyscy razem pozamykani w klatkach zaklęć, powtarzanych z pokolenia na pokolenie, owinięci lękiem, wstydem i poczuciem winy, zdrewniali w swoich ciałach, marząc o kluczu do wolności...

Gdzie leży klucz? 
Mnie nie pytaj... każdy z nas  ma własny klucz... Wiem jednak, że dobrym kierunkiem mu wolnościowej drodze jest świadomość powtarzanego zaklęcie i wzięcie za nie odpowiedzialności... 
To nie wina żony czy dziecka, że alkoholik pije, to nie wina rodziców, że dorosłe dziecko jest zadłużonym bezrobotnym, to nie wina żony, że mąż przegrał wszystko w karty... 
Tak - już słyszę w uszach słowa krytyki - niektórzy mieli ciężkie dzieciństwo, pochodzą z przemocowych domów... To wszystko prawda!!! Jesteśmy społeczeństwem, po którym przetoczyła się trauma wojen, "komuny", początków kapitalizmu i mowy nienawiści... Żyliśmy ( a niektórzy dalej żyją) w biedzie i ubóstwie, z brakiem zaspokojenia podstawowych potrzeb, z pokruszonymi sercami, posklejanym często "na ślinę", by tylko przetrwać... Tak, rozumiem to i mam tego świadomość!!! Nie mniej jednak, jako osoby dorosłe mamy wybór! Możemy stawiać się w roli ofiary, pomieszanej z byciem sprawcą, a możemy podjąć decyzję, że od dziś staramy się wziąć za siebie odpowiedzialność...
Możesz wybrać... Od  dziś przestać żyć pod wpływem zaklęć i nie zaklinać własnych dzieci... Uwierz mi na słowo (lub nie wierz wcale), co mówisz, to do Ciebie wraca, co czynisz, to dostajesz, co siejesz, to zbierasz... To Twoja odpowiedzialność...

Czy ja powiedziałam, że droga do wolności jest prosta? 
Wymaga często zrywania z toksycznymi rodzinnymi więzami, kosztem może być odrzucenie i brak akceptacji tych, z którymi zdjęcia podobno wychodzą najlepiej... Ale gdy zamknę oczy i wyobrażam sobie wolno latającego orła, to serce w klatce piersiowej wyrywa mi się ku temu widokowi! Trzeba mieć odwagę, by żyć autentycznie, w prawdzie do siebie, wychodząc z systemu... Ale najpierw trzeba posprzątać to, co zalega pod dywanem! 
Życzę Wam i sobie odwagi, świadomości  szczęścia i wolności, bez zaklęć! 
Bo... " wolność kocham i rozumiem..."]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/965f2ed9bf6c6e3ad29d463d3af7d772,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/965f2ed9bf6c6e3ad29d463d3af7d772,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/165337,kiedy-cialo-mowi-nie</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/165337,kiedy-cialo-mowi-nie</link><pubDate>Tue, 16 Aug 2022 12:10:38 +0200</pubDate><title>Kiedy ciało mówi nie!</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/eac40d2133c37afd2de6a7f248bb6e54,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />„Gdzie kończy się ciało, a zaczyna umysł? Gdzie kończy się umysł, a zaczyna duch? Nie sposób ich oddzielić, gdyż są ze sobą powiązane i stanowią po prostu różne aspekty tej samej boskiej świadomości, która przenika wszystko”. B.K. S. Iyengar

I jeszcze jeden cytat, który pasuje jak ulał, a gdy go czytałam po raz pierwszy był dla mnie utuleniem, wyrazem bliskości, ratunkiem... "niezależnie od tego, jak duży jest ładunek bólu, dopóki pozwalamy sobie czuć i przeżywać, co jest w nas, oddychać głębiej, wibrować, dopóty zwracamy się w stronę życia" - Marzena Barszcz

Ciało... Jakie masz skojarzenia z tym słowem? Biologia, fizyczność, trawienie, oddychanie, spanie...? A może cellulit, krzywy nos, duże biodra? A może  nowa fryzura, torebka od Prady i najmodniejszy fason spodni? 

Ciało...

Kiedyś kojarzyło mi się z niskim wzrostem, problemami na lekcjach w-fu, wrodzoną wadą wzroku, dużymi biodrami po rodzinie matki i koniecznością dyscyplinowania dietą... Ciało... Dyscyplinowanie ciała to część życia kobiety. Już małe dziewczynki uczą się, że atrybutem kobiecości są szpilki mamy i czerwona szminka oraz dopasowywanie się do modowych wyznaczników... Czy to źle, nie mnie oceniać... Mi to nigdy nie zrobiło dobrze... 
A gdyby tak dla odmiany, zamiast celebrować dopasowywanie ciała do kanonów  mody, zacząć rozpowszechniać pogląd, że to kanony mody mają dopasować się do ciała...? A może w rzeczywistości tak jest, tylko moje młodociane założenia były błędne...?

Zarówno szpilki, kolor katany jak i kolejna szminka przestają być ważne w momencie, gdy usłyszysz słowo "choroba"... (a ile minie czasu, zanim to słowo usłyszysz...?!!! Od ilu lekarzy się odbijesz? Ilu ludziom będziesz musiała udowodnić, że to nie twoje wariactwo, to coś z ciałem dzieje się nie tak, choć badania wychodzą niejednoznacznie...?!!!)

Dlaczego ciało choruje? Dlaczego ono, te nieidealne, cellulitowe ciało ośmieliło się zacząć batalię przeciw Tobie?

Inne pytanie brzmi - dlaczego akurat ja? A jeśli już ja, to co teraz? Nic teraz? A może to w ogóle jest zły sen? To inne ciało, nie te moje...? (i tak przez wszystkie fazy oswajania się z własnym stanem zdrowia).
W całej sytuacji "choroby" zatrważające jest nie tylko to, że życie okazuje się kruche, ale to, że idziesz do lekarza, a on ma swoją teorię, idziesz do innego lekarza, a ten ma jeszcze inną, inni specjaliści - inne wersje tej samej, by się zdawało, choroby... Czyli co? XXI wiek, a tu same znaki zapytania? Więc szukasz na własną rękę, bo dość masz, że medycyna patrzy na ciebie jak na pojedynczy organ... oko...wątroba...jelita... A jak zaczynasz szukać, to cały zapas twojej życiowej energii i optymizmu zużywa się z prędkością światła... Co forum, to inne rewelacyjne diety, suplementy i podejścia do życia... A "ciałujcie" się wy wszyscy w... Lęk miesza się z rezygnacją, poczucie winy ze wstydem, a głowa krzyczy coraz głośniej "dlaczego ja? ciało moje?". 
Choroby o ostrym przebiegu dają inne objawy i tu medycyna akademicka daje dość szybkie i pomocne pomysły, gorzej z chorobami przewlekłymi, które atakują podstępnie, powoli, odbierając radość istnienia, odcinając powoli kupony od puli życia... Ty cierpisz, a badania nic nie wykazują, a przynajmniej nie tyle, na ile się czujesz... 

Można by tak wymieniać bez końca, mnożyć przykłady ludzi, których choroby dają niejednoznaczny obraz, a oni sami w kołowrotku gonią sami siebie...

Jeśli tak jak ja, chcesz wziąć odpowiedzialność za życie w swoje ręce, czytaj dalej... Jeśli jednak dalej zamierzasz tkwić w przekonaniu, że ktoś inny może wziąć za Ciebie odpowiedzialność... no cóż... szkoda czasu, pożegnajmy się od razu...
Widziałeś film "Za duży na bajki"? Ciocia Waldusia (genialna w tej roli Dorota Kolak) miała jedną złotą zasadę - "trzeba coś robić, nie można nic nie robić"... O tak! Szukanie rozwiązań naszych stanów zdrowotnych, poszukiwanie osób, które jednak chcą nam jakoś po-móc (czyli dać moc, jak cudownie mówił Marek Tarant), to zawsze lepsze rozwiązanie niż siedzenie bez celu jak główny bohater filmu...

Ponieważ moje obcowanie z ciałem, które "śmiało" zachorować trwa już ponad 10 lat, a do tego bezczelnie zachorowało na dwie choroby, jakby jednej było mało..., dało mi możliwość złapania dystansu, przewartościowania czy wolę modne szpilki czy wygodne trampki, dające oparcie na ziemi... (i znowu... nie krytykuję "nosicielek" szpilek, zwyczajnie mam inaczej, teraz cenię swoją wygodę). Nie mniej jednak nie stoję w miejscu, zawsze z ciekawością czytam co o "chorowaniu" mają do powiedzenia "mądre" książki. W niedalekiej przeszłości przeczytałam dwie:
Patric Obissier "Zrozumieć swoje choroby" i Gabor Mate "Kiedy ciało mówi nie". Polecam obie, pierwsza bardziej opisuje wpływ genów i pokoleniowych kodów na nasz stan zdrowia, druga... No cóż.... Zatrzymam się tu na chwileczkę!!!
Gabor Mate jest emerytowanym lekarzem, który dopiero pod koniec swojej kariery zaczął przyglądać się z większą uważnością chorobom swoich pacjentów... Zauważył, że na stan zdrowia nie mają wpływu jedynie geny lub przypadkowe czynniki zewnętrzne (np. wirusy i bakterie), a także środowisko rodzinne, obciążenia pokoleniowe i pierwsze lata życia. 
Sama książka nie musi być dla Ciebie drogi czytelniku cudownie odkrywcza, przecież nie od dziś wiadomo, że stan emocjonalny pacjenta ma wpływ na proces zdrowienia. Książka ta stanowi kompendium wiedzy o chorowaniu, w jednym miejscu przeczytasz o tym, że jeśli nie umiesz stawiać granic innym ludziom (bo np. dorastałeś we wrogim środowisku, które nie brało twoich potrzeb pod uwagę), to okazać się może, że nie umiesz zauważyć gdzie kończy się świat, a zaczynasz ty.... Jeśli Ty nie umiesz powiedzieć nie... ciało zrobi to za Ciebie! Po latach trenowania do bycia idealnym (czyli np. zasługującym na uwagę innych ludzi), poprawiania siebie bez końca, pomagania osobom, które tylko czerpią, zamiast współistnieć, twoje ciało powie "koniec"! Zapłacisz kosztowną cenę! Pamiętaj również, że jeśli funkcjonujesz w pewnych schematach, w tych samych schematach żyją Twoje dzieci...(nie bądź współodpowiedzialny za ich proces destruktywnego odchodzenia od siebie i ciała!) Gabon Mate podejmuje tyle wartościowych wątków, że trudno je tu wszystkie poruszyć... Traumy dziecięce, pokoleniowe, przekonania, brak umiejętności stawiania granic i odmawiania ludziom, przejmujące poczucie wstydu i winy za obronę samego siebie, poczucie odrzucenia i samotność, brak przynależności do rodziny pochodzenia, poczucie nie zasługiwania na miłość i wiele innych, które towarzyszą chorym na choroby autoimmunologiczne czy nowotworowe... Jeśli chcesz wiedzieć, co może być podłożem Twojej choroby (lub innym powodem niż tylko tym, na który wskazują lekarze), odważ się i sięgnij po książkę, wiedza to już krok do zdrowienia. Wiem, jest trudno, czasami przejmująco źle, lęk odbiera wolę działania... wiem, stoję po tej samej stronie ciała, ale zasada cioci Waldusia dodaje mi odwagi... Z uważnością, kroczek po kroczku odkrywam sama siebie, sprawdzam, na który kawałek ukrytego w podświadomości puzzla mam już miejsce i zmieniam powolutku życie, tak by było miejsce na mnie, taką jaka jestem!

Ciało to delikatne narzędzie, żeby z nim pracować, trzeba mieć wiedzę i umiejętności, pracując z nim, miej świadomość, że nie zawsze dużo na raz -  znaczy dobrze... Dlatego tak bardzo przekonuje mnie metoda "Dotyk Motyla"... Z czułością do siebie dobieraj osoby, którym powierzasz siebie i swoje ciało, dobieraj ludzi wokół siebie, którzy chcą prawdziwie Twojego dobra, nie wahaj się odchodzić o tych, którzy Ci szkodzą! Masz do tego prawo, a wręcz obowiązek! Nikt inny nie wie, co jest dla Ciebie najlepsze, oprócz Ciebie! Granice są ważne! Najważniejsze!
A jeśli chodzisz na szpilkach, ponieważ lubisz - świetnie, gorzej jeśli robisz to, bo zewnętrzny świat na Ciebie napiera..., uważaj - stąpasz po cienkim lodzie... chorób, złych stanów psychicznych i wielu innych, które mogą być wywoływane potrzebą gonienia za ideałem... nie do doścignięcia...]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/eac40d2133c37afd2de6a7f248bb6e54,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/eac40d2133c37afd2de6a7f248bb6e54,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/163675,dzika-laska</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/163675,dzika-laska</link><pubDate>Sun, 12 Jun 2022 20:39:08 +0200</pubDate><title>Dzika łaska</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/fa9a55df6819e03e0d36b8ed320c662f,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Dzika łaska. Kobieca mistyka (nie)zwykłego życia.
Zwykle piszę z poziomu pomiędzy rozumem a sercem... Dziś odezwała się moja dusza w cudownym uniesieniu nad słowami Mirabai Starr.

Dostałam prezent z okazji "Dnia Matki", książkę z kolorową okładką, która od razu zachęciła mnie do otwarcia i zaglądnięcia do środka...
To nie tylko książka, to podróż, to mistyczne przeniesienie, a zarazem zachwyt przyziemnością, połączenie sacrum i profanum, to... wzruszenie serca, poryw duszy (rozdział o śmierci córki podzielił moje serce na miliony kawałków, a zarazem dał wolność od własnych lęków i ukojenie w niepokoju)...
Autorka w porywający sposób opisuje cudowne, wielobarwne, niezwykłe kobiety, połączone w drodze do duchowych uniesień, które mimo różnych wierzeń, historii, doświadczeń, potrafią "współ - istnieć" zamiast żyć w patriarchalnych  podziałach.

Prawda o nas kobietach płynie poprzez bramy serca, nie przez materię czy stawanie w męskim wyścigu o władzę i uznanie. Esencją naszej natury jest być, tworzyć, kreować, trwać w dzikości, skupiać się na sercu, budować wspólnoty, pochylać się nad krzywdą, okazywać miłosierdzie, być wywrotową, akceptować niejednorodność. 

Wspominając wszystkie kobiety, które stanęły na mojej drodze, wiem, że wiele z nas (w tym ja) w pewnych okresach swojego życia, pomyliła swoją kobiecość, była bardziej męska niż kobieca, gdyż tego oczekiwał zewnętrzny świat, poddałyśmy się patriarchalnym kodom i wypełnialiśmy oczekiwania męskiej materii. Oceniając się wzajemnie, często traktując gorzej niż sami mężczyźni, zadawałyśmy sobie ból, używając siły, zapominając, że siłą kobiecości jest delikatność, łączność, życzliwość, a nie walka i podział.

Z drugiej jednak strony, patrząc na kobiety, które spotykają się ze mną w rozwojowym kręgu, jestem dumna, dumna z nich i ich wzrastania, dumna z siebie, że udało mi się z nimi połączyć, serce mi rośnie wraz z nimi na drodze do znalezienia esencji kobiecości. Dziękuję Wam moje drogie mistyczki za wspólne prowadzenie (nie)zwykłego życia.

Jestem szczęśliwa, że urodziłam się kobietą, kobietą w czasach, które mają możliwość odnaleźć własną drogę i zmienić bieg wydarzeń. Życzę nam, by materia nie zaburzała patrzenia przez serce, by profanum stawało się codziennym sacrum, w mistyce bycia esencją boskiego pierwiastka kreacji, w dzikiej łasce.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/fa9a55df6819e03e0d36b8ed320c662f,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/fa9a55df6819e03e0d36b8ed320c662f,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">okładka książki</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/161533,matrix-w-glowie</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/161533,matrix-w-glowie</link><pubDate>Wed, 06 Apr 2022 14:51:33 +0200</pubDate><title>Matrix w głowie?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/7b7b51aa9cb81c7d2eca0fbf395b87a8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Być szczęśliwym na Alasce.


Mam pewną przypadłość (z pewnością jest ich więcej niż jedna, ale ta przychodzi mi na myśl od razu, pisząc tę anegdotkę)… 
Czytam dużo, z różnych dziedzin, w większości oczywiście z zakresu swojej pracy, bycia mamą i kobietą… Ale od czasu do czasu czuję się na tyle przeładowana, że postanawiał zabrać się za lżejszą lekturę… Kiedy przed wyjazdem na urlop, w marketowym koszyku wygrzebałam dwie ślicznie wyglądające książunie, nie spodziewałam się, że moja „przypadłość” wylezie jak ślimak ze skorupki… Dwie „lekkie lekturki” okazały się być opowieściami o śmierci klinicznej i odnalezieniu drogi rozwoju osobistego przez alkoholika - kucharza… No cóż lekkie to one były tylko ze względu na  wagę…
Nie inaczej było tym razem… Po lekturze „Zstąpienia do bogini”, przeanalizowaniu świata znaczeń słów wraz z autystycznym mężczyzną, postanowiłam przeczytać coś „lekkiego”… O ironio! Turkusowa okładka z misiem w żółtych okularach skradła moje serce!!! A tytuł o szczęściu napawał mnie optymizmem… Nie doczytałam oczywiście podtytułu - „Silny umysł odporny na życiową niepogodę”… Lektura, choć niełatwa, stała się być zbawienna!  Autor w prosty, a zarazem mądry sposób przybliża nam psychoterapię kognitywna… A co to…? Uno momento…

Oglądaliście film „Matrix – część 4”??? Ja nie pamiętam poprzednich trzech części, pamięć mam wybitnie wybiórczą, więc prócz głównego filmowego wątku z wirtualnym światem poza prawdziwym światem, wyparłam wszystko… Czwarta część zrobiła na mnie ogromne wrażenie, nie tylko ze względu na braki w pamięci i wątek istoty energii kobiecej, ale także na postacie w pełni kierowane przez matrixowy system, do tego stopnia, że po wydaniu rozkazu, bodźca (jak zwał, tak zwał), byli w stanie wyskoczyć z okna ( z wysokiego piętra), skazując się na śmierć… Reszty nie zdradzę, obejrzyj sam / sama…

Dlaczego wspominam o tym filmie, pisząc o urzekającym (dla mnie) misiu na okładce książki? I tu jest sedno mojego wywodu… Autor misiowej książki – Rafael Santandreu, w błyskotliwy sposób przedstawia nam jaki matrix (w głowie) tworzymy sobie sami…, Matrix, który pozbawia nas lekkości i radości z życia codziennego… 

Strona po stronie, Rafael obnaża naszą przypadłość do tworzenia historii w głowie, które nas ograniczają, przypadłość produkującą wymówki do „nic nie robienia”, a zarazem zazdroszczenia bardziej zaradnym i pracowitym ludziom… Niemniej jednak, nie jest to książka jedynie o narzekaniu na ludzkie słabości, wręcz przeciwnie – wczytując się w nią, zauważamy, że możemy być szczęśliwi z depresją, mając czterokończynowe porażenie, żyjąc na Alasce… Jak to zrobić? Z pokorą wziąć odpowiedzialność za własne życie i własne myśli, pracując nad osobistym rozwojem, nie szukając winy za swoje błędy i niepowodzenia na zewnątrz… Przeczytasz książkę, znajdziesz sposób na silny i odporny umysł… Przynajmniej w teorii, praktyka należy już do Ciebie, do mnie…

Misiowa książka podbiła moje serce, nie tylko ze względu na okładkę...]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/7b7b51aa9cb81c7d2eca0fbf395b87a8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/7b7b51aa9cb81c7d2eca0fbf395b87a8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/159313,ksiazkomania</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/159313,ksiazkomania</link><pubDate>Fri, 28 Jan 2022 16:48:23 +0100</pubDate><title>Książkomania :-)</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/82f492ff41ee7e414819353967037813,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Książki są u nas świętością, nie ma dnia, żebyśmy czegoś nie czytali lub nie słuchali audiobooka...  Ale tu już chyba się powtarzam ;-)
Dziś mam trzy urocze nowości w naszym domu... :-)

Pierwsza to "Oswoić potwora gniewu". 

Rozmowa o emocjach dziecka to trudny kawałek wychowawczego chleba... Mierzymy się z emocjami naszej pociechy i własnymi reakcjami na nie. O ile o radości czy szczęściu dość łatwo się rozmawia, o tyle trudne do przeżycia emocje jak złość czy strach, mogą stanowić rodzicielskie wyzwanie. U nas często wraca temat gniewu, złości i przekraczania granic drugiej osoby... Z pomocą przyszła właśnie ta pozycja. Jest to książka, która wyjaśnia rolę gniewu, jego przyczyny i sposoby radzenia sobie z nim. 
Dzieci (dorośli również!!!) potrzebują rozmowy o swoich stanach emocjonalnych oraz wsparcia w ich przeżywaniu... Jeśli macie małego złośnika w domu, to serdecznie polecam tę pozycję!!! Jest to lektura zdecydowanie na kilka tygodni...

"Ja, spokój".

Czy masz czasem tak, że w twojej głowie trwa sztorm, a Ty się czujesz jak mała łódeczka bez kotwicy i planu na ratunek??? Każdy tak czasem ma... A gdy jest się osobą wysoko wrażliwą, to huragan szaleje prawie zawsze :-)
Masz własne myśli, zarażasz się myślami innych osób (myśli są twoje, tylko źródło zapożyczyłaś!), a głowa szaleje nie wiedząc gdzie początek, gdzie koniec tego wzburzonego nurtu. "Ja, spokój" daje proste i skuteczne rozwiązania. Nie rozwodzi się nad tym czy to o czym myślisz jest twoje czy ludzi wkoło, czy potrzebujesz szukać źródeł swoich myśli, w momencie burzy sprowadza nas do TU I TERAZ. Stajesz się spokojem... Kiedyś, ktoś powiedział mi, że nawet w oku cyklonu panuje spokój... O tak! Bądź spokojem.

"Ja, miłość".

Ta książka dała mi do wiwatu... 
Jest absolutnie cudowna. Do tego stopnia nas zauroczyła, że stanowiła w tym roku część prezentu na "Dzień babci i dziadka". A dlaczego stanowiła dla mnie zimny prysznic? 
Po pierwsze, po raz kolejny przypomniałam sobie jak łatwo można zarażać się emocjami innych ludzi, a następnie mielić je jako własne. To w moim przypadku niestety częsta przypadłość :-)
Po drugie, pokazała mi, że emocje innych ludzi, mogą być odbierane jako atak, a tak naprawdę kryje się pod nimi lęk... Dokładnie tak! Jak trudno jest wyjść poza własną burzę i podać parasol potrzebującym...? Miłość i współodczuwanie mają tę moc! A wiesz dlaczego? Ponieważ wszyscy pochodzimy z jednego źródła... źródła miłości. 
Po trzecie, mam potrzebę ujrzeć, że przede wszystkim to ja jestem miłością!!! Jeśli mi się to uda, świat wkoło zakwitnie, a na niebie zamiast deszczu pojawi się tęcza! 
"Ja, miłość" sprawiła, że zatrzymałam się, by spojrzeć w dawno skrywane w swoim sercu uczucia i tęsknoty, którym dawno nie dawałam prawa głosu, będąc zajęta innymi sprawami... To ja jestem miłością! I to przede wszystkim sobie tę miłość i uwagę powinnam dawać... Za lekcję dziękuję! Przyjmuję ją z pokorą i wdzięcznością.

Jak zwykle u mnie, książki dla syna, stają się nauką dla mnie... :-) W kolejce czeka druga część Pinka, już nie mogę się doczekać:-) 

Basia]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/82f492ff41ee7e414819353967037813,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/82f492ff41ee7e414819353967037813,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/124317,chlopiec-czy-dziewczynka-nie-musisz-juz-czekac-sprawdz-plec-dziecka-w-chinskim-kalendarzu-ciazy</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/124317,chlopiec-czy-dziewczynka-nie-musisz-juz-czekac-sprawdz-plec-dziecka-w-chinskim-kalendarzu-ciazy</link><pubDate>Mon, 18 Jan 2016 09:22:26 +0100</pubDate><title>Chłopiec czy dziewczynka? Nie musisz już czekać, sprawdź płeć dziecka w chińskim kalendarzu ciąży</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/1ea9c87717b8c2425a17432802bdeef8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Większość kobiet od momentu, w którym dowiedziały się, że są w ciąży, wprost nie może doczekać się poznania płci swojego dziecka. Teraz nie musisz już czekać do 20. tygodnia na badanie USG – ten chiński kalendarz da ci odpowiedź od razu!

[list][*][b]Chiński kalendarz płodności pozwala przewidzieć płeć dziecka na podstawie wieku matki i miesiąca poczęcia.[/b] [*][b]Zdaniem amerykańskich naukowców chiński kalendarz płcy sprawdza się w 85 proc. przypadków. Chińczycy wskazują na 90 proc. skuteczność starożytnej metody.[/b] [*][b]Chłopiec czy dziewczynka? Chiński kalendarz płodności wskazuje na płeć dziecka, nim uda się ją zobaczyć w USG.[/b] [/list]Informacja o tym, czy urodzi się chłopca, czy dziewczynkę jest bardzo ekscytująca dla przyszłych rodziców i dużo ułatwia - pozwala na zaplanowanie wyprawki, urządzenie pokoju, czy wymyślenie odpowiedniego [url=http://mamadu.pl/137935,imiona-dla-chlopcow-ranking-najpopularniejszych-imion-dla-chlopcow]imienia dla chłopca[/url] bądź dziewczynki.  [h2]Chiński kalendarz płodności[/h2] Tę starożytną metodę określania płci dziecka za jedną z najstarszych – może mieć nawet 700 lat! Choć chiński kalendarz płci jest tak stary, został przypadkowo odkryty całkiem niedawno w jednym ze starożytnych grobowców. [b]Chiński kalendarz płci[/b] do dziś popularny i wciąż jest używany w Chinach przez osoby szczególnie przywiązanych do tradycji. Jego oryginalną, zabytkową już wersję można obejrzeć w Instytucie Nauk, właśnie w stolicy Chin. [h2]Jaka płeć dziecka sprawdzisz z chińskim kalendarzem płci[/h2] Zgodnie z chiskim kalendarzem płodności wszystko opiera się na koncepcji starożytnego chińskiego wykresu płci i chińskiego kalendarza księżycowego. Do odkrycia płci dziecka (lub jej zaplanowania) potrzebujesz tylko dwóch rzeczy - daty urodzin mamy maleństwa i przybliżonej daty poczęcia dziecka. 

Po wpisaniu danych w odpowiednie rubryki pojawi się informacja o[b] płci dziecka[/b]. Można też skorzystać z [b]tabelki chińskiego kalendarza płci[/b], w której pionowe liczby, od 18 do 45, oznaczają wiek matki, a poziome, od 1 do 12 – miesiące w roku. Literki w środku tabelki mówią o przypuszczalnej płci. Możesz więc zwiększyć szansę na poczęcie dziecka o określonej płci, a więc chłopiec czy dziewczynka?

[h2]Chiński kalendarz płci – czy się sprawdza?[/h2]
Metoda ta nie daje oczywiście stuprocentowej gwarancji (choć Chińczycy utrzymują, że wynosi ona ponad 90%) i zawsze upewniaj się, pytając lekarza i wykonując[url=http://mamadu.pl/t/59,usg] badanie USG[/url]. Nikt jednak nie zabroni nam potraktować jej jako formy rozrywki i z ciekawości sprawdzić, czy płeć to kwestia loterii genetycznej, czy od dawien dawna zapisana jest gdzieś w gwiazdach.

Koniecznie napiszcie, czy chiński kalendarz płci ma rację, miłej zabawy![photo position="inside"]329147[/photo]Koniecznie napiszcie w komentarzu, czy sprawdziło się u was.[block position="indent"]147419[/block]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/1ea9c87717b8c2425a17432802bdeef8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/1ea9c87717b8c2425a17432802bdeef8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Chiński kalendarz płci pozwala określić płeć dziecka.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/157699,tuz-tuz-swieta</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/157699,tuz-tuz-swieta</link><pubDate>Sat, 04 Dec 2021 20:58:41 +0100</pubDate><title>tuż tuż... święta</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/c8eabbcb70aa5bd3416fa1669f35f4c7,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Święta to czas rodzinnych spotkań... My uwielbiamy jednak zaszyć się w domu, popijać kakao i delektować się byciem we troje... Chodzimy w piżamach, gramy w gry planszowe i oglądamy bajki i świąteczne filmy! Cały rok nie włączamy TV, więc w święta sobie na to pozwalamy, ponieważ możemy... :-)

Lista propozycji świątecznych filmów jest długaśna! Ja mam kilka propozycji, które nastrajają nas właściwie już od listopada ;-) I wcale nie są to Keviny i Listy do...

Pierwszą i najbardziej ulubioną bajką jest "Grinch" (bajka, nie film). Jest pięknie animowana, pełna humoru i oczywiście z wyjątkowym morałem. Grinch nie cierpi mieszkańców Ktosiowa, lecz musi wybrać się po zakupy, tuż przed Gwiazdką. No cóż kwintesencją, tego co o nich myśli jest cytat, który wypowiada do swojego psa: "Maks pamiętaj, o tej porze roku Ktosiowie są wyjątkowo perfidni, masz moje pozwolenie - jeśli któryś z nich powie nam coś miłego, możesz mu się rzucić prosto do gardła"... Idąc po zakupy, śpiewa "pada śnieg, śmierdzi ściek" i ledwo daje radę z  tym całym świątecznym nastrojem w Ktosiowie...  Oczywiście jesteśmy świadkami pięknej przemiany głównego bohatera. Ja lubię tę bajkę jeszcze za dwie rzeczy! Bardzo miły obrazek przyjaznej społeczności, pełnej życzliwości i wzajemnego wsparcia oraz za psa! Uroczy, posłuszny, przyjacielski i empatyczny, czyli zupełne przeciwieństwo naszego psa... ech... Może jeszcze chciałabym, żeby nie było mi zimno (jak bohaterom) przy takiej ilości śniegu! :-)

"Klaus" jest bajką, którą długo omijałam... Jak dla mnie była brzydko animowana, kanciata, z małą ilością kolorów. A jednak w tym roku mąż mnie namówił i żałowałam, że tak pochopnie ją oceniłam... Cudowna w każdym calu!!! O przyjaźni, o wielopokoleniowych waśniach i zmianie dzięki jednej zasadzie - jeden bezinteresowny czyn, niesie za sobą kolejne... A nośnikiem budowania nowego świata są dzieci... Sprawdźcie sami...

Tradycją w naszej rodzinie jest również "Bajkowe opowieści Myszki Mickey" z 1999 roku... Trzy opowieści, znani bohaterowie i ogromne ciepło bijące z ekranu. Polecam!

Teraz 3 propozycje, jak dzieci już pójdą spać ;-)

"Last Christmas" z fenomenalną Emilią Clarke (znaną z "Gry o tron", ja osobiście kocham ją za rolę "Me before you"), scenariusz do filmu napisała jedna z moich ulubionych aktorek  - Emma Thompson. Głowna bohaterka pracuje w sklepie z akcesoriami do Gwiazdki, choć sama nie przepada za tym świętem. Od czasu operacji serca, zachowuje się bardzo samolubnie i egoistycznie, tak jakby zabrakło w niej serca... to nie jest kolejna komedia romantyczna! Należy wyczekać do końca...

Z czym Wam się kojarzy Brazylia? Z karnawałem, Jezusem i tasiemcowymi serialami...? No może jeszcze ze słynną plażą... A jakbym Wam powiedziała, że obejrzałam brazylijski film i zbierałam szczękę z podłogi?! O tak! "Święta, święta, znowu święta". Jakby to opisać, żeby nie zdradzić fabuły??? Może tak... Jeśli tak jak ja sprzed kilku lat i główny bohater nie lubicie świąt - kolejek, zakupów na wypadek, jakby zaraz miał być Armageddon, prezentów, które wiadomo gdzie można sobie wsadzić, godzin spędzonych w kuchni i rodziny, za którą aż tak bardzo się nie przepada, to jesteście w domu! Taki jest główny bohater... Po kilku minutach, okaże się jednak, że akcja filmu jest wyjątkowa! W tle z klątwą dziadka i wyjątkowym rodzajem amnezji...

No dobra, żeby nie było tak przyciężkawo, mam naszą perełkę - komedia z różnymi świętami w tle...  "Randki od święta". Co jeśli rodzina czeka na Twoje zamążpójście, a Tobie dobrze jest tak jak jest... - z pracą w domu i bez faceta! Dla świętego spokoju przyprowadzasz randkę od święta i tylko na święta... Tu koniec jest oczywiście w pełni przewidywalny, ale fabuła śmieszna, lekka i pomysłowa... Polecam! 

Miłego  świętowania - czy to w tradycyjny sposób, czy tak jak my - w sposób, który jest dla nas wygodny :-) każdy lubi coś innego...!]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/c8eabbcb70aa5bd3416fa1669f35f4c7,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/c8eabbcb70aa5bd3416fa1669f35f4c7,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/156531,paleta-mozliwosci</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/156531,paleta-mozliwosci</link><pubDate>Thu, 14 Oct 2021 22:14:09 +0200</pubDate><title>Paleta możliwości</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/621bcf1b849cbc7fbd11b2d2bfb2a1c1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Ciastoliny, plasteliny, modeliny i inne dające się ugniatać w małych rączkach tworzywa dają wiele kreatywnych możliwości. Czyste, pobudzające wyobraźnię barwy przywołują na myśl kolorowe kwiatki, zwierzątka, domki i serduszka. Każde w innym kolorze!

Z taką myślą postawiłem przed swoją trzyletnią córeczką osiem pudełeczek z kolorowymi wieczkami. Na stole rozłożyłem dla niej "stanowisko pracy" i przekazałem małym rączkom kilka narzędzi: foremki, plastikowe nożyki i mały wałeczek. W mojej wyobraźni już wizualizowałem szereg kolorowych kwiatków, wielobarwne lody o wielu smakach i inne pyszności oraz piękne zwierzątka. 
Zająłem się "swoimi sprawami", dając swobodę twórczą i przestrzeń dla wyobraźni. 

Każdy rodzic wie, że gdy w drugim pokoju zapada cisza, nie wróży to nic dobrego... :) 
Dlatego postanowiłem zwizytować tę niewielką placówkę edukacyjną. 
Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem efekt wytężonej pracy w postaci substancji o bliżej nieokreślonych kolorach i kilka serduszek w tej samej tonacji.  Była to raczej irytacja wyrażona zdaniem: "Dlaczego pomieszałaś te wszystkie kolory?"
Na reakcję młodej twórczyni długo nie musiałem czekać. Głośny płacz trzylatki był najlepszą odpowiedzią na moje pytanie. Kolejna niezrozumiana artystka. Szloch, rozpacz i zawód, a także  wiele innych  emocji zostało przywołanych w formie mocno ekspresyjnej i głośnej. Oraz podsumowane wołaniem o pomoc: "Mama!".]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/621bcf1b849cbc7fbd11b2d2bfb2a1c1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/621bcf1b849cbc7fbd11b2d2bfb2a1c1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/156397,wstydz-sie-jako-i-ja-sie-za-ciebie-dziecko-wstydze</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/156397,wstydz-sie-jako-i-ja-sie-za-ciebie-dziecko-wstydze</link><pubDate>Thu, 07 Oct 2021 19:39:36 +0200</pubDate><title>&quot;Wstydź się, jako i ja się za ciebie wstydzę&quot;. Epidemia zawstydzania dzieci toczy się od pokoleń</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/b50389fc2c47f0be1b5679fa51ff0657,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kiedy przychodzi do mnie pomysł na tekst, zazwyczaj wiele sytuacji składa się w całość... To co usłyszę, zobaczę czy przeżyję stanowi kompletny obrazek z puzzli. Więc tym razem przyszedł wstyd.

Brene Brown pokazuje, że żeby zrozumieć istotę wstydu, należy sobie wyobrazić pewną sytuację - wychodzisz z pomieszczenia pełnego twoich znajomych i oni będą mówili o tobie różne nieprzyjemne rzeczy, są one tak przykre, że być może nigdy tam nie wrócisz, żeby spojrzeć im w oczy...

Ostatnio uczestniczyłam w szkoleniu dotyczącym emocji i ruchu, przestrzeni (polecam Bączka i Kaczkę!). Jedną z lekcji, które wyniosłam z tego kursu było coś oczywistego, a zarazem tak genialnie odkrywczego (dla mnie rzecz jasna). [b]Wstyd[/b] - emocja tak silna, tak mocno związana z naszym dzieciństwem, że często wkradająca się w relacje pomiędzy naszymi dziećmi a światem wkoło. Inaczej... 

Nasze dziecko coś przeskrobie ( coś społecznie nieakceptowanego oczywiście), a wstyd jest nam, za dziecko, za to, że inni ludzie to oglądali i generalnie wstyd za to, co powiedzą. A że nasze dziecko zrobiło jak czuło, może nie udźwignęło emocji, sytuacji, zew serca był silniejszy...? I generalnie nie rozumie, co mogło zrobić źle, będąc do cna zgodne ze sobą.

Tu wkraczamy my - rodzice i wzbudzamy w nim "należyty" wstyd. "[b]Powinieneś się wstydzić![/b]", "[b]Wstyd mi za ciebie![/b]"... Ale czy faktycznie wstyd nam za dziecko? A może przed innymi ludźmi? A może mamy własne dziecięce doświadczenia, które właśnie się odpaliły.

Wstyd jest naturalną emocją, która powinna uruchomić się wtedy, gdy faktycznie czujemy, że albo my, albo ktoś w stosunku do nas przekracza granice. 

[h2]Epidemia zawstydzania toczy się się przez pokolenia[/h2]
[b]Zawstydzanie dziecka[/b] jest szybkim i dość skutecznym mechanizmem wtłoczonym w nasze głowy. Czyż same nie przeżyłyśmy wąsatego wujka, który robił niewybredne aluzje o naszym ciele w wieku dojrzewania? Czy nie musieliśmy w dzieciństwie przepraszam za coś, czego nie zrobiliśmy? A może będąc jeszcze nie dość dużymi dziećmi, wstydziliśmy się za pijanego ojca? 

Tylko życie w autentycznym współczuciu (nie żalu, tylko empatycznym współistnieniu) oraz szacunku do siebie i do każdego człowieka wkoło może nam pomóc zerwać kajdany tego schematu. Łatwo powiedzieć, gdy jest się dorosłym człowiekiem. A może i nie tak łatwo?

To co mnie spotyka, zawsze staram się traktować jako lekcję, wydarza się po coś. Ostatnio dostałam taką lekcję. Asertywnie odmówiłam pewnej osobie wykonania powiedzmy "prośby", która z jednej strony (w mojej ocenie) była niestosowna, a na pewno przekraczająca moje granice, z drugiej -  wymagałaby ode mnie podjęcie ryzyka dostania mandatu (w najlżejszym przypadku). 

Osoba, której odmówiłam rzuciła "nie, to nie" i odwróciła się na pięcie, zostawiając mnie ze szczęką na podłodze. Co poczułam? Zaskoczenie, to z pewnością, zdumienie też i coś jeszcze - palący wstyd. No właśnie! Ale w zasadzie za kogo? 

Być może odpalił mi się stary schemat -  "Jak możesz odmawiać, tobie nie wolno nikomu odmawiać, masz cały świat nieś na plecach". Być może za tą osobę, że jest dorosła, prosi o dość niestosowną rzecz inną osobę, którą ledwo zna? Być może było mi wstyd za całą sytuację? 

Kiedy następnego dnia spotkałyśmy się, a ta osoba odwróciła wzrok udając, że mnie nie widzi(albo ignorując moje jestestwo), pomyślałam: "Trochę niezręcznie". Ale w zasadzie komu powinno być niezręcznie? No właśnie! Nie mnie! Nie mam sobie nic do zarzucenia, ale lata praktyk w trenowaniu i łamaniu moich granic przez najbliższych pozostawiły ślady.

Pomimo ogromnego wglądu w siebie, dalej włączają się najpierw stare nawyki, u mnie - tej dorosłej, jakbym dalej miała 10 lat. Dziękuję za tę lekcję! Zrozumiałam, że tak łatwo zarazić się czyimiś emocjami, że również obcy ludzie trafiają w moje czułe struny, ale przede wszystkim zrozumiałam, ile trzeba mieć uważności, by nie przelać swoich lęków, gniewu i wstydu na własne dzieci. Sekunda nieuwagi i już po tobie.

Brene Brown mówi o tym, że im niższe [b]poczucie wartości[/b], tym wyższy w nas poziom lęku o poczucie przynależenia do rodziny, do relacji w pracy, w szkole. Więcej wstydu spowodowanego przez karzącego krytyka w naszej głowie. 

[h2]Co jest receptą?[/h2] 
Miłość i akceptacja siebie, takim, jakim jestem. Zadanie na całe życie. Warto zapamiętać, że można zawsze przejrzeć się w lustrze z czułością i współczuciem i pamiętać o naszych dzieciach. Nie chowajmy ich na naszą modłę. One są odrębnymi bytami, a podstawowym obowiązkiem rodzica jest autentyczne kochanie swoich dzieci i akceptowanie takimi, jakie są. Pozwólmy im wstydzić się samym za siebie.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/b50389fc2c47f0be1b5679fa51ff0657,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/b50389fc2c47f0be1b5679fa51ff0657,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Zawstydzanie dzieci trwa od pokoleń.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/155227,obsesja-piekna-piszmy-drogi-powrotu</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/155227,obsesja-piekna-piszmy-drogi-powrotu</link><pubDate>Wed, 18 Aug 2021 15:10:02 +0200</pubDate><title>Obsesja piękna??? &quot;Piszmy drogi powrotu&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/4fe35a950169595b3908316213add81c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jaką masz relację z własnym ciałem? Jaką opiekunką jesteś dla siebie? Czy umiesz odnaleźć w sobie czułość? Zapraszam w drogę... do siebie...

W uszach słyszę Imany "No more fight left in me", a przed oczami pojawia się piękny i mądry teledysk. Nie ma we mnie żadnej walki... We mnie... W kobiecie.... w córce... w siostrze... w matce... w żonie... w synowej... w pracownicy... No more fight left in me...
Tematyka kobiecości i podejścia do ciała silnie ze mną rezonuje od dłuższego czasu... Być może ze względu na odnalezienie siebie w tańcu? A może ze względu na rozgaszczanie się w swoim kobiecym ciele z czułością i uważnością? A może ze względu ma mój stan zdrowia? Chyba powód nie jest ważny, liczy się, że jest to drogą, która zdecydowanie wiedzie mnie w dobrym kierunku...
Obiecałam sobie, że w końcu podczas tych wakacji poczytam coś lekkiego, zwiewnego, niestety nie jest mi dane... W moje ręce trafia ciągle coś, co wspólnie składa się na piękną układankę... KOBIETA. Początkowo wybrałam się w "Podróż bohaterki", z czułością objęłam się w "Świadomości kobiecości" i zatoczyłam krąg w "Obsesji piękna" (Agatko dziękuję!)... To wszystko skłania mnie do refleksji, że patriarchalny świat stawia przed nami ogrom wymagań, którym trudno jest sprostać, zwłaszcza w pojedynkę... 
Ostatnie warsztaty, które zorganizowałam dla kobiet, dodały mi odwagi do napisania tego artykułu... My kobiety mam wysoki standard wymagań - wygląd, ubranie, bycie dobrą matką, żeby nie użyć perfekcyjną matką..., bycie dobrą pracownicą i domową menagerką... W obecnej tendencji do polaryzacji rodzin i stawiania na jednostki, rozpad wielopokoleniowości, w wielu sytuacjach rodzice skazani sami na siebie...  Stres i osamotnienie buduje we współczesnych kobietach mury nie do przeskoczenia... 
Jestem ogromna fanką Marzeny Barszcz, która jest autorką "Psychoterapii przez ciało". Zwraca ona z wielką mądrością i świadomością naszą uwagę na ciało. Słuchając Marzenki, ujmuje mnie jej empatyczność i delikatność zarazem... W jednym ze swoich Live'ów nakreśliła relacje z ciałem po przebytych traumach relacyjnych (długotrwałych, powtarzających się, najczęściej zaznanych we wczesnym dzieciństwie). No więc jakie są te cielesne relacje według autorki? Możemy mieć relację wrogą (pełna nienawiść do ciała), zalęknioną, obojętną, ambiwalentną, obecną i bezpieczną... Zachęcam Was do poszukania informacji bezpośrednio od autorki, chyba nie potrafię tego przekazać w sposób właściwy, tak jak zrobi to Marzena... Ten live uruchomił we mnie dialog wewnętrzny... Jaka jest relacja z moim ciałem... Jak dbam sama o siebie? Jakie myśli o sobie i swoim ciele przewijają się jak taśma w mojej głowie? Patrząc na swoje ciało objęte bielactwem, tarczycę potarganą Hashimoto, zmęczone nadnercza, sfrustrowany żołądek odpowiedź jest i prosta i skomplikowana... Dziękuję losowi za mój stan zdrowia, to dzięki temu co ciało do mnie krzyczało przez lata, zmieniam swoje życie... Krzyk rozpaczy był ogromny, ale obecnie cieszę się dobrą relacją z samą sobą, a wyboista przeszłość to rodzaj jakby mary sennej, która mam wrażenie już dawno się skończyła. Dziękuję również za każdą lekcję daną od życia, za każdą osobę, która była ze mną w trudnej relacji, to właśnie dzięki błędom i trudnością, kryzysom rozwijam się i czuję jak każdego dnia zbliżam się do ścieżki mojego przeznaczenia... Tworzę także swoje własne plemię (Aniu Lachowicz - Glińska dziękuję za inspirację!!!), otaczam się ludźmi, na których mogę liczyć, a oni na mnie, plemię które jest wsparciem, źródłem dobroci, o której nie podejrzewałam wszechświat. Zawsze myślałam, że ze swoim czuciem i patrzeniem na  świat odstaję od reszty... Teraz jestem przekonana, że jak najbardziej pasuję, tylko grupa odniesienia sama się zmieniła... Wybrałam się w podróż bohaterki i kroczę ścieżką ku kobiecości, sile i odwadze bycia taką jaką mam być, a nie taką jaką widzieć chce mnie świat... Zapraszam również do tej drogi wspaniałe kobiety, które mimo bólu i cierpienia, mają odwagę kroczyć wraz ze mną...
Do smutnych refleksji na temat kobiecości natchnęła mnie książka "Obsesja piękna"... Autorka w druzgocący sposób pokazuje jak bardzo my kobiety uwikłane jesteśmy w świat komercyjnego sprzedawania ciała na ołtarzu  niedościgniętego piękna. Czym w zasadzie jest piękno? Kto tworzy kanon piękna? Jak bardzo staramy się doścignąć wizję świata, biczując się każdego dnia za zjedzenie ciastka czy zwałki tłuszczu na brzuchu? Przypomniała mi się pewna sytuacja. Stoję przy kasie z 6 letnim synem w jednej z popularnych drogerii. Syn pyta "Co to?" wskazując na sztuczne rzęsy. Odpowiadam "sztuczne rzęsy", a on z przerażeniem ciągnie za swoje własne rzęsy, żeby zobaczyć czy jego też odpadają i pyta "czy on też bedzie musiał sobie przykleić, jak jego własne odpadną"... No cóż... On nie... Bo nie jest kobietą... Szczęściarz... Tak, my kobiety nie tylko "musimy" przykleić rzęsy, doczepić paznokcie, ale i wydepilować i nabalsamować całe ciało, położyć makijaż na twarz, ubrać szpilki i niewygodną miniówkę, by udowodnić, że jesteśmy kobietami... Z drugiej strony narażając się na niewybredne komentarze  obcych mężczyzn na ulicy... Nie zrozumcie mnie źle, nie krytykuję tego wszystkiego. Chcesz, lubisz, to przyklejaj i balsamuj, twoja sprawa... Bardziej chcę zwrócić waszą uwagę na motywację... Czy robimy to dla siebie czy świat wymusza tak na nas...? 
Ja osobiście od lat nie kupuję kobiecych gazet, w których wciska się nam, że fotoshop to normalny i naturalny wygląd ciała, a bez najmodniejszego koloru sezonu nie istniejesz.... Po co nam moda? Zastanawiałyście się kiedyś po co ten cały komercyjny świat został stworzony? Dla dobra kobiet czy portfeli najbogatszych tego świata? Przeczytaj książkę, ponieważ stanowi zimny prysznic dla naszych mózgów!!! I twórz własne plemię, bliskość kobiety do kobiety, przestrzeń wsparcia bez krytyki i oceniania, w polu serca i czułości, a wszechświat odpłaci się po stokroć... "Piszmy drogi powrotu do siebie i swojego ciała" (Marzena Barszcz)...
Basia]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/4fe35a950169595b3908316213add81c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/4fe35a950169595b3908316213add81c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/154583,logo-zabawy-w-samochodzie-czyli-jak-wspierac-rozwoj-mowy-podczas-podrozy</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/154583,logo-zabawy-w-samochodzie-czyli-jak-wspierac-rozwoj-mowy-podczas-podrozy</link><pubDate>Sat, 24 Jul 2021 20:15:00 +0200</pubDate><title>Logo zabawy w samochodzie - czyli jak wspierać rozwój mowy podczas podróży</title><description><![CDATA[Rodzice, jeśli Wasze dziecko jest w terapii logopedycznej, to na pewno wiecie, że zbyt długie przerwy od treningu mowy nie są wskazane. Dobrym za to pomysłem jest wykorzystanie czasu w podróży do powtórzenia znanych już może na pamięć elementów domowej pracy logopedycznej. I nie tylko! Podróż samochodowa, dłuższa czy krótsza to moment na dobrą wspólną rodzinną zabawę.

Poza tym, takie ćwiczenia w samochodzie są bezpieczne. Nie potrzeba bowiem zbędnych akcesoriów, które w razie mocnego hamowania, mogłyby "zamienić się w cegłę" i zrobić krzywdę podróżującym.

Jak zatem wspierać rozwój mowy w samochodzie?

Po pierwsze - myśląca głowa rodzica i dobre przygotowanie, choćby listy pomysłów do odhaczania to już połowa sukcesu.

Po drugie - zanim wyruszycie, warto zastanowić się jakie gry lubi Twoje dziecko: czy to zabawy słowne, czy przestrzenne, a może logiczne łamigłówki? Drogową checklistę trzeba przecież skonstruować indywidualnie i dopasować do naszego dziecka.

Po trzecie - posłuchaj swojego dziecka i skorzystaj z jego propozycji zabawy w drodze, bo trzeba pamiętać, że tylko swobodna zabawa (choć w wypadku podróży, ograniczona fizycznie) jest źródłem rozwoju, ale też budowania relacji i dobrych więzi.
[photo]361463[/photo]

Podpowiadam, co może się sprawdzić:
☑ ćwiczenia buzi i języka, które na co dzień trenujecie w domu - dziecko może widzieć swoje miny w lusterku rodzica;
☑ liczenie samochodów (w konkretnym kolorze, konkretnej marki), pociągów, tramwajów, samolotów;
☑ liczenie (i nazywanie) maszyn rolniczych;
☑ liczenie mostów;
☑ liczenie zwierząt!
☑ liczenie ptaków (latem bocianów ci u nas dostatek)!
☑ zabawa w skojarzenia z kształtami chmur - co Ci przypomina, do czego jest podobna?;
☑ zabawa w skojarzenia z nazwami mijanych miejscowości;
☑ odczytywanie nazw miejscowości - to dla uczących się czytać dobry trening;
☑ odczytywanie pierwszej litery; miejscowości i wymyślanie nowej nazwy na tę samą literę;
☑ wymyślanie rymującego się wyrazu do nazwy miejscowości;
☑ dzielenie nazw miejscowości na sylaby i głoski;
☑ zabawa w ciąg wyrazów: dziecko wymyśla wyraz na ostatnią głoskę podanego przez nas wyrazu (dla utrudnienia, możemy zawęzić kategorię, np. do zwierząt, imion, rzeczy, itp.);
☑ zabawa w sylaby: mówienie o tym, co widzimy za oknem, używając wyłącznie zdań dzielonych na sylaby (sy-la-bi-zo-wa-nie);
☑ zabawa w wymyślanie wyrazów na konkretną głoskę - kto wymyśli najwięcej, albo każdy po kolei musi zaprezentować swój pomysł;
☑ zabawa w zgadywanie: o jakim owocu/warzywie/rzeczy myślę - tu można pofantazjować i używając niewielkich podpowiedzi opisywać dziecku podpowiedzi, ostatecznie można podać pierwszą (dla starszaków ostatnią) głoskę tego wyrazu;
☑ zabawa - zagadka: co właśnie zobaczyłam/-em za oknem: znów używamy skromnych podpowiedzi, by pobudzić wyobraźnię dziecka;
☑ śpiewanie i wymyślanie piosenek o tym, co właśnie za oknem samochodu, albo o tym dokąd zmierzamy;
☑ słuchanie audiobooka, o którego treści warto porozmawiać, by sprawdzić, czy rzeczywiście dziecko słuchało ze zrozumieniem.

Zabawy, które zaproponowałam rozwijają aparat mowy, ćwiczą koncentrację, spostrzegawczość oraz myślenie wyobrażeniowe, analizę i syntezę słuchową oraz wzrokową - wszystko, co cenne dla rozwoju mowy. 

[url=https://drive.google.com/file/d/1OMGuZ9lbw3NL00HCbuntvLSvv0vbVTFX/view?usp=sharing]Tutaj znajdziecie gotową Logo checklistę podróżną do druku.[/url]
 
Polecam i zapraszam do dobrej zabawy!]]></description></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/154367,dzika-dziewczynka</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/154367,dzika-dziewczynka</link><pubDate>Thu, 15 Jul 2021 14:30:09 +0200</pubDate><title>Dzika dziewczynka</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/bcba5ae4f2ae68735af1d57acd7b6639,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />A gdyby tak przez chwilę żyć pełnią wolności? Nie mieć w głowie dudniących myśli, społecznych zakazów i nakazów? Po prostu być... być w pełni sobą? Cudowny plan, prawda?

Wyjechaliśmy na wakacje... Nie jest moim zamiarem chwalenie się... Nie lubię się chwalić, nie umieszczam fotek z wakacji na portalach społecznościowych... Nie lubię... Uważam, że moje życie prywatne jest moim skarbem, a skarbem nie lubię się dzielić :-) Niemniej jednak, fakt wyjazdu jest tu znaczący...
Po długiej podróży dotarliśmy na miejsce, zmęczeni, ale szczęśliwi... Ciepło i miło, piękne zabytki i odmienny sposób życia. Podczas podróży uwielbiam podglądać inność życia... Zadziwia mnie za każdym razem odmienność trwania w życiu codziennym, pozwala mi to rozszerzać horyzonty i uczyć się elastyczności... 
Mam pewien dar? Talent? Nie wiem jak to nazwać? Kiedyś z racji "wyuczonej" skromności i umniejszania się nie przyznawałam się do tego otwarcie, obecnie uważam, że warto iść za głosem serca, nic w tym złego, że prócz słabych stron, mam również mocne strony... Od lat wiem o tym, że mam dar do kontaktów z dziećmi... czy to niepełnosprawnych dzieci, czy też zdrowych. Gdzie się nie pojawię, tam za chwilę siedzi koło mnie gromadka dzieci... Owy talent wykorzystuję również w terapii... Podążam za dzieckiem, próbuję zrozumieć jego świat, zauważyć potrzeby i jak najlepiej pomóc w ich realizacji... Wielkim nauczycielem w tej kwestii jest mój własny, wysoko wrażliwy syn... Jego świat jest moim światem pokory wobec emocji dziecka, jego granic i potrzeb... A całe matczyne doświadczenie wykorzystuję w pomocy innym dzieciom i ich rodzicom.... Od wielu lat... W przekonaniu, że robię to naprawdę dobrze i profesjonalnie!  Ale do brzegu :-)
Ten rok był dla mnie trudny, więc wyjazd na urlop był zbawiennym czasem.... Po mniej więcej dwóch dniach poznałam Dorę, lat trzy. No cóż... Była to jedna z moich kolejnych przygód w odkrywaniu świata dziecka... Dziewczynka okazała się być żywiołowa, spontaniczna, szybka, urocza i wysoko wrażliwa... Tak... Kolejne dziecko w pobliżu mnie, czujące i przeżywające więcej niż zwykły zjadacz chleba. Patrzyłam na nią i widziałam mojego trzyletniego syna... Labilność emocji, wyrzut niczym niepohamowanej złości i uśmiech rozkładający na łopatki... Dorisa stała się moją towarzyszką. Trzymała mnie za rękę, podawała małe rączki do masażu, opowiadała w swoim języku o dziecięcych doświadczeniach. Co ciekawe, z dużym zainteresowaniem słuchała, co i ja mam do powiedzenia, choć mówiłam do niej po polsku :-) To jest magia w moim życiu. uwielbiam ten nadprzyrodzony kontakt z drugim człowiekiem, bez zbędnych słów, bez egoizmu, bez czekania na poklaski ego, w radości trwania we dwoje.
Dora jest przykładem na to, że wysoko wrażliwe dzieci to nie jest tylko kolejny wymysł polskich pedagogów i psychologów, "nadwrażliwcy" rodzą się wszędzie.
Ta trzylatka przypomniała mi o bardzo ważnej  sprawie... Jej nieposkromiona chęć życia w pełnej zgodzie z sobą, upór w stawianiu na swoim (w realizowaniu swoich potrzeb) i podporządkowanie całej swojej rodziny, by żyć w wolności, przypomniało mi o mojej małej dziewczynce, w środku... Dzikość Dory była piękna, jej odwaga i bezkompromisowość w realizacji siebie zawstydziła mnie. Kiedy ja ostatnio dbałam o swoją dzikość, tak zwyczajnie..., o swoje wewnętrzne dziecko? Pięknie napisała o tym Natalia de Barbraro w "Czułej przewodniczce". Podkreśla ona jak ważne jest zadbanie o naszą dziką małą dziewczynkę, która potrzebuje dojść do głosu, potrzebuje opieki i zaspokojenia, inaczej będziemy realizować się w męczennicy, królowej śniegu lub nadmiernie potulnej. Nie mówię, że należy rzucić wszystko i jak Dora gnać przed siebie (choć dlaczego nie?), ale pobyć przez parę minut dziennie jak ta trzylatka, by odszukać spokój i zadowolenie z życia... Posłuchać centrum swojego ciała (brzucha, które robi bum bum - jak śpiewa Maria Peszek w utworze "Ave Maria"), pobyć tylko ze sobą..., bez wewnętrznego krytyka i natłoku myśli, co jeszcze trzeba zrobić w domu...
Kocham odkrywać oczywistości..., ponieważ ciągle o nich zapominam... Świat jest prosty, to my go komplikujemy...
P.S. najbardziej załamana moim wyjazdem była mama Dory;-)
Basia:-)]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/bcba5ae4f2ae68735af1d57acd7b6639,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/bcba5ae4f2ae68735af1d57acd7b6639,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/150599,terapia-logopedyczna-w-domu</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/150599,terapia-logopedyczna-w-domu</link><pubDate>Sat, 06 Feb 2021 20:32:24 +0100</pubDate><title>Terapia logopedyczna w domu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/311ac223f1662ae2b1a7e3f10c0aeff7,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jeśli Twoje dziecko jest w terapii logopedycznej, na pewno już wiesz, że to, co uda się wypracować podczas spotkania z terapeutą to tylko jeden z elementów pracy logopedycznej. Część obowiązku spada na Rodzica i jego umiejętnym, a przede wszystkim efektywnym realizowaniu zaleceń terapeutycznych w domu. Dzięki rozmowom z rodzicami wiem, że to najtrudniejszy do osiągnięcia cel, jednak konieczny. Pracując bowiem z dzieckiem jedynie raz czy dwa razy w tygodniu, pozostaje jeszcze następnych 5 czy 6 dni tygodnia, których nie można „zmarnować”. Późniejsza podróż „w poszukiwaniu straconego czasu” też okazałaby się zawodna.
Mam kilka podpowiedzi, które czas pracy logopedycznej w domu mogą Ci ułatwić.

[b]Stała godzina[/b]
Zakładam, że spotkania z terapeutą już goszczą w grafiku Twojego dziecka – zapewne jest to określony, zazwyczaj ten sam dzień tygodnia i stała godzina spotkań. Dlaczego nie przenieść tego standardu do domu? Ustal z dzieckiem dogodny dla Was czas w ciągu dnia, niech to będzie konkretna godzina. Najlepiej (z mojej perspektywy, oczywiście) kiedy dziecko nie jest tuż po zajęciach żłobkowych, przedszkolnych czy szkolnych, ale już nieco wypoczęte. Dobrze zadbać o to, by nie były to również późne godziny wieczorne, gdy dziecko wyczerpane emocjonalnie, psychicznie i fizycznie po całym dniu, na pewno nie będzie miało ochoty na współpracę z rodzicem. Pamiętajmy też, by nie angażować dziecka do ćwiczeń terapeutycznych tuż po posiłku, ani zaraz po kontakcie z ekranem (telewizor, telefon, tablet itp.) - może być zbyt pobudzone i niechętne do podjęcia wymagających koncentracji zadań. Dla każdego dziecka inna pora będzie dogodna. Rolą rodzica jest pomóc ten czas wybrać, by zaaranżować domowe zajęcia.

[b]Odpowiednie miejsce zajęć[/b]
Wyznaczcie miejsce, gdzie najlepiej będzie Wam się pracowało. Stanowisko powinno być jasne, dobrze oświetlone, bez niepotrzebnych rzeczy dookoła. Jeśli myślę o najmłodszych dzieciach (około roku, dwóch lat) dobre miejsce to dywan, na którym podczas zabawy, będzie można w wygodny dla dziecka sposób realizować cele terapeutyczne. Starsze dzieci (choć już dwulatki też mogą się do tej grupy zaliczać) można zaprosić do stolika. Ważne, by był on, wraz z siedziskiem, dobrze dopasowany do wzrostu dziecka, by ułatwił pracę, a nie był przeszkodą. Pamiętaj, że nóżki dziecka powinny stabilnie opierać się o podłogę, plecki - proste, a blat stołu na takiej wysokości, by dziecko swobodnie mogło rysować, układać, czytać, itp. Prawidłowa postawa całego ciała podczas ćwiczeń logopedycznych jest bardzo ważna, nie tylko w gabinecie terapeutycznym, ale również w domu.

[b]Brak „rozpraszaczy”[/b]
Warto zadbać o to, by podczas pracy terapeutycznej w domu nic niepotrzebnie dziecka nie rozpraszało. Wyłącz więc telewizor i radio, by nic nie grało w tle, wycisz telefon, by móc całą swoją uwagę poświęcić maluchowi (tak, brak rozpraszaczy dla rodzica też ma znaczenie). Schowaj rozrzucone na podłodze zabawki; a na stoliku, czy biurku (lub obok) zostaw tylko to, co przyda się podczas ćwiczeń.

[b]Woda[/b]
Planując czas pracy w domu, dobrze przygotować dziecku wodę (ja zawsze mam butelkę przy sobie:)), by uniknąć biegania do kuchni i gaszenia pragnienia, odsuwając tym samym zadania do wykonania na dalszy plan.

[b]Określony czas pracy[/b]
Podczas pracy z dziećmi zauważyłam, że lubią one wiedzieć dokładnie ile czasu będziemy pracować oraz kiedy spotkanie się zakończy. Młodsze dzieci zaglądają na mój zegarek i dopytują do której kreseczki (na tarczy) będziemy ćwiczyć, a starszaki proszą o podanie konkretnej godziny i same kontrolują upływ czasu. Przełóżmy to na czas pracy w domu. Skoro ustalamy odpowiednią godzinę, to ustalmy też konkretną ilość minut, które poświęcimy na terapię. Oczywiście trzeba to odnieść do rodzaju oraz ilości pracy, z którą musicie się zmierzyć w domu (w porozumieniu z logopedą) – i tak jednemu dziecku wystarczy 20 minut dziennie, inne będzie potrzebowało 60 minut, rozdzielonych na przykład na dwa bloki czasowe. Oczywiście, warto dziecko poinformować, że jeśli minie ustalony czas, a my będziemy jeszcze trwać w wykonywaniu jakiegoś zadania, trzeba je dokończyć. To Cię uchroni przed dziecięcymi pretensjami, że nie dotrzymujesz rodzicielskiej umowy.
Klepsydra może okazać się świetnym rozwiązaniem. Ten odmierzacz czasu sprawdzi się przecież już u maluszków, które przy okazji będą mogły nauczyć się pojmowania upływu czasu.
[photo]353463[/photo]
[b]Czas wspólny[/b]
Czas, który spędzasz z dzieckiem również może stanowić element pracy terapeutycznej w domu, szczególnie gdy mowa o najmłodszych dzieciach. Wtedy możesz tak zaaranżować wspólne chwile, by realizować zadania podczas zabawy, a maluch nawet nie będzie zorientowany, że to czas ćwiczeń.

[b]Konkretne cele[/b]
Terapeuta powinien wytłumaczyć Ci, co i w jaki sposób z dzieckiem wypada w domu ćwiczyć. Zabierając się do tej pracy terapeutycznej dobrze na wstępie dziecku uświadomić i wytłumaczyć jaki będzie plan ćwiczeń, czyli jaki jest cel naszego domowego spotkania, jakie zadania mamy do wykonania. LOGO-CHECK-LIST.

[b]Zaufanie terapeucie[/b]
To podstawowe założenie podjęcia wyzwania pracy z dzieckiem w domu. Dobra relacja terapeuty z rodzicem jest bardzo ważnym elementem, budującym skuteczność terapii. Ważne, by rodzic rozumiał swoje zadanie, był zaangażowany i uważnie realizował cele wyznaczane przez logopedę do pracy w domu. Wtedy zwiększa się skuteczność działań logopedycznych. Terapeuta powinien dostarczyć Ci, rodzicu, potrzebne materiały i wytłumaczyć jak z nimi pracować oraz na co zwrócić szczególną uwagę. 
Jeśli kusi Cię, by samemu, w internecie, czy księgarni szukać ćwiczeń dla dziecka, to znaczy, że chyba nie ufasz logopedzie prowadzącemu dostatecznie. Nie sięgaj bezwiednie również po ćwiczenia które niegdyś może miało Twoje starsze dziecko (chyba że uzgodniłeś to z terapeutą). Jeśli masz wątpliwości, dlaczego akurat to macie ćwiczyć – dopytaj. Jeśli dopytujesz, a odpowiedzi nie wyczerpują Twojej ciekawości i logopeda nie spełnia twoich oczekiwań – zmień go. Przecież idziesz do specjalisty po to, by pomógł Twojemu dziecku. Dobra współpraca rodzica z terapeutą i wzajemne zrozumienie to klucz do sukcesu.

Na koniec warto dodać, że dziecko lubi uczyć się zarządzać swoim czasem, szczególnie w wieku przedszkolno-szkolnym, a zaproszone do współtworzenia planu może sprawić, że będzie bardziej zaangażowane w jego realizację.

Życzę Ci, Rodzicu, cierpliwości, wyrozumiałości i uczenia się czerpania radości z codziennych zmagań logopedycznych ze swoją pociechą.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/311ac223f1662ae2b1a7e3f10c0aeff7,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/311ac223f1662ae2b1a7e3f10c0aeff7,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Praca terapeutyczna nie może stać się dla dziecka i Rodzica przykrym obowiązkiem.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/150597,w-kolorze-indygo</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/150597,w-kolorze-indygo</link><pubDate>Fri, 05 Feb 2021 22:34:12 +0100</pubDate><title>W kolorze indygo</title><description><![CDATA[Jestem książkoholikiem (to nie są przechwałki...ma to swój ukryty cel...cierpliwości). Uwielbiam czytać i czytam wszystko… (no może poza romansami i bajkami o kopciuszku z „sado-masakro” dla naiwnych kobiet w tle)… Oczywiście z racji zainteresowań i wszechobecnej w naszym domu „wysokowrażliwości”, zazwyczaj są to książki o tematyce społecznej, psychologicznej, o pracy z ciałem i dla ciała… Cokolwiek wpadnie w ręce, pochłaniam… I tak trafiłam na dzieci indygo…

„Fenomen dzieci indygo” jest książką raczej z pogranicza parapsychologii, niemniej jednak to kolejny puzzel do układanki nadmentalności, high need baby czy nadmiernego myślenia… Dlaczego coraz więcej dzieci nie może odnaleźć się w systemie? Odstają w przedszkolu, odstają w szkole, wśród rówieśników… Są dziećmi niosącymi w sobie zmianę… Dzieci na miarę Ery Wodnika, która nastała wraz z ubiegłorocznym grudniem… Książka pewnie może mieć i swoich zwolenników i swoich hejterów… Jak wszystko w obecnym czasie… Jesteś ciekawy dzieci indygo? A może Ty lub Twoje dziecko jesteście po to, by zmienić świat, tylko jeszcze się na Was nie poznano? Być może… Przeczytaj i się przekonaj…

Jak na uzależnioną osobę przystało, w książkoholizm wciągam całą rodzinę… Mój syn ostatnio otrzymał ode mnie Pinka… No cóż zakochałam się!!! Pink uczy mnie wielu rzeczy! Jestem ważna! Mam wady, ale mam też swoje mocne strony! Jestem wyjątkowa, choć nieidealna… Mogę być z siebie zadowolona, a czasami mogę być smutna bez wyraźnego powodu… I jeśli czasem oglądając fejsbokowo – instagramowe fotorelacje idealnych matek – celebrytek, a to z wakacji zagramanicą, a to w wielkim świecie szołbizu,  ty sama czujesz się jak „upadła Madonna z wielkim cycem” rodem z „Allo Allo”, nie przejmuj się! Kup sobie „Pinku” i już wszystko zrozumiesz! Jesteś wyjątkowa, choć nieidealna… A poza tym zdradzę ci tajemnicę… Internety kłamią… ;-) 
Piknku...Nauczył mnie wiele...a to czego nauczył syna…, to już zupełnie inna historia…:-)
Basia]]></description></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/146575,nadzwyczajni-mentalnie</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/146575,nadzwyczajni-mentalnie</link><pubDate>Wed, 15 Apr 2020 18:12:59 +0200</pubDate><title>Nadzwyczajni mentalnie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/6357a00f2ec3c2cd4d7f05a33070fc93,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kiedy będąc w ciąży czytałam "Zaklinaczkę dzieci" Tracy Hogg, natrafiłam na pewien podział dzieci, które przychodzą na świat. Były w nim istne aniołki - dzieci książkowe, grzeczne, śpiące i jedzące jak w zegarku. Były również temperamentne, które są przeciwieństwem aniołków... Nie spodziewałam się wtedy, że urodzi się chłopczyk "zaklasyfikowany" przez Tracy jako "wrażliwiec". Można dodać bardzo.... "wrażliwiec".

Czytając kwietniowy "Sens", trafiłam na artykuł Jolanty Marii Berent "Można zwariować! Ale nie trzeba" i od razu przypomniało mi się jak sama zaczęłam przygodę ze zgłębianiem wiedzy na temat wysoko wrażliwych dzieci. 
Poszukiwania tej wiedzy były dla mnie wyrazem matczynej determinacji. Mój syn jest właśnie wysoko wrażliwy dzieckiem. A kim są WWO (wysoko wrażliwe osoby)? Myślę, że jak przedstawię pewne charakterystyczne cechy mojego syna, wszystko stanie się jasne... Elein Aron w swojej książce daje dość dużą dawkę wiedzy, pokazując jednocześnie, że o tego typu problemie (darze?!) mówi się od niedawna... Christel Petitcollin, autorka "Jak mnie myśleć" i "Jak lepiej myśleć" przedstawia problemy ludzi, których nazywa "nadwydajnymi mentalnie", ukazując ich dorosłe życie często przez pryzmat dziecięcego niezrozumienia w najbliższym środowisku...
A jak to było u mnie? 

Przede wszystkim pomogło mi moje wykształcenie i długoletnia praca z osobami (dziećmi) ze spektrum autyzmu, intuicja, która nie dawała się zagłuszyć radami innych, "bardziej doświadczonych" matek z mojego środowiska... oraz jak się również okazało moja własna wysoka wrażliwość... Christel zwraca uwagę, że około 20% społeczeństwa może należeć do WWO, tudzież "nadwydajnych mentalnie" i bardzo często zdarza się, że dzieci dziedziczą te cechy po rodzicach. No cóż ... Taki dar przekazałam synowi... Cieszę się,  że żyje on w zupełnie innych czasach niż ja żyłam, będąc dzieckiem... Mam nadzieje, że z jednej strony (podkreślania indywidualizmu dziecka, głośnym mówieniu o niepełnosprawności i specjalnych potrzebach rozwojowych) jest to dla niego lepszy start w życie dorosłe.
Osoby wysoko wrażliwe cierpią ze względu na natłok bodźców ze środowiska. Ich umysły szybo przestają przetwarzać dane w momencie stresu, nacisku, presji czasu, szybko reagują lękiem na sytuacje z gruntu rzeczy nie będące bardzo stresujące dla nazwijmy to "zwyczajnie mentalnych". Cechą różnicującą WWO od osób ze spektrum (w tym z ZA) jest wysoka wrażliwość społeczna, nazwałabym to "nadempatią". Dzieci wysoko wrażliwe mogą zareagować dość gwałtownie, gdy np. nauczyciel użyje dosadnego nacisku głosowego (gdzie ja to przeczytałam? ;-) ), zwyczajnie nakrzyczy na kogoś innego w klasie czy grupie przedszkolnej, przy czym nie musi to być wcale bliska osoba dla  WWO. Przeżycie to może być trudne dla wysoko wrażliwego dziecka, szybko zacznie ono odmawiać chodzenia do przedszkola/szkoły. Oczywiście jest to tylko przykład, ale obrazuje jak wrażliwe są to dzieci. Są to także często te dzieci, które generalnie mogą reagować paraliżującą nieśmiałością i wstydliwością, wykraczającą poza normę wiekową. Występują u nich zaburzenia integracji sensorycznej czy odruchów posturalnych i dynamicznych (tak jak u dzieci ze spektrum i dzieci urodzonych przez cesarskie cięcie), przez co bywają zbyt wycofane społecznie lub odwrotnie - bardzo ruchliwe, wszędzie ich pełno,  odbierane są jako dzieci niezdyscyplinowane czy nie umiejące wytrzymać długo w jednym miejscu, nie mniej jednak rozumieją relacje rówieśnicze (czyli nie mają zaburzeń w obrębie neuronów lustrzanych jak w autyzmie). Trzeba podkreślić, że są to dzieci bardzo zdolne, często "szczególnie uzdolnione" w jakimś zakresie (np. wiedzy o zjawiskach przyrodniczych), w innym odstają od normy rozwojowej (umiejętności manualne, odwzorowywanie ruchów w przestrzeni...itp). Jeszcze jedną cechą wyróżniająco WWO jest owa "nadzwyczajność mentalna" - dzieci te często przeżywają porażki przez bardzo długi czas, pamiętają, że jakieś dziecko wyrządziło im krzywdę osiem miesięcy temu, często zadają zapętlone pytania odnośnie zachowań innych dzieci ("jak to się mogło wydarzyć, że Fabian pół roku temu zabrał mi zielone autko w przedszkolu?"), generalnie zadają mnóstwo pytań o wszystko. Kolejna cecha - mają ogromne problemy z przeżywaniem emocji na ekranie. Dla mojego syna tak samo trudny jest lęk przed złym bohaterem w bajce, jak i wstyd, rozczarowanie i miłość. Często domaga się on przewijania "trudnych" momentów w filmie, co za tym idzie - kino jest wyprawą prawie niemożliwą, nie tylko ze względu na natłok bodźców, ale i emocji, których nie da się przewinąć. Na dzień dzisiejszy pierwsze obejrzenie bajki jest tolerowane, ale kolejny raz już odpada. WWO dość trafnie określa swoje emocje i podaje przyczyny ich wystąpienia, ma zdolność analizy tego co czuje, gorzej z poradzeniem sobie z tymi uczuciami. Porażki społeczne, lęk i nadmierne analizowanie własnych zachowań i zachowań innych osób, powoduje, że osoby wysoko wrażliwe mają utrudniony start w dorosłym życiu, często nie wierzą we własne siły, przejmują się tym, co pomyślą o nich ludzie, a natłok myślowy nie daje chwili odpoczynku...
Mój syn urodził się o czasie, przez parę dni był w miarę spokojny, po kilku dobach zaczęła się przygoda: kolki, odruch Moro zakłócający sen nam i jemu, silna potrzeba bycia ciągle kołysanym, nietolerancja laktozy, problemy z tolerowaniem nowości w diecie, gwałtowna reakcja na głód, w zasadzie brak jakiejkolwiek tolerancji na choćby mały głodzik, nienawiść do spania w łóżeczku, problemy z zasypianiem, szybkie wybudzanie się. Większości problemów już nie pamiętam, ale na pytania innych osób "kiedy następne dziecko" moje ciało reaguje nerwowym śmiechem :-)
Do dziś mój syn potrzebuje planu i regularnych posiłków (wakacje muszą być zaplanowane), często mówi o różnych lękach i reaguje ogromnym oporem na próby wprowadzenia "surowej dyscypliny" - zamiast dyrektywnych rozporządzeń, bardziej toleruje umiarkowaną dyscyplinę - konsekwentne i jasne granice z marginesem swobody. Jazdy na rowerze uczyliśmy się w sumie trzy lata (wliczając rowerek biegowy), za to w wieku 2 lat znał już mnóstwo dinozaurów, do dziś nie wymieni wszystkich miesięcy (5 lat), za to ze spokojem wymienia wszystkie gady pustynne... Kolejna cecha "nadwydajnych" - uczą się "w lot" tego , co je interesuje i często ich wiedza wykracza poza ich wiek rozwojowy, ale rzeczy, które ich nudzą, nie są w stanie opanować przez dłuższy czas...
U nas najtrudniejszym czasem jest okres, kiedy oboje (WWO) stajemy się przeładowani, nasze układy nerwowe rozgrzane do czerwoności ledwo zipią, ja mam ochotę wcisnąć się w małą mysią dziurę, żeby odpocząć, a mój syn rozgoryczony i rozżalony próbuje szukać ukojenia właśnie u mnie... Nauka dla nas obojga - złapać moment przed przeładowaniem nerwowym i próbować temu zapobiegać. 
Mimo, że oboje jesteśmy wysoko wrażliwi i w zasadzie w dalszym ciągu uczymy się własnej obsługi, to każdego dnia mój syn daje mi lekcję życia - moja interpretacja rzeczywistości, jest tylko moja! On ma zupełnie inną i nie zawaha mi się jej przedstawić :-)

Basia.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/6357a00f2ec3c2cd4d7f05a33070fc93,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/6357a00f2ec3c2cd4d7f05a33070fc93,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/141247,per-aspera-ad-astra</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/141247,per-aspera-ad-astra</link><pubDate>Wed, 15 Apr 2020 00:33:31 +0200</pubDate><title>Per aspera ad astra</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/9a6cc9064107b2a021d135671747b8b8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Każdy kolejny etap w rozwoju malucha przesuwa jego granice dostępu do otaczającego świata.

Na początku "drogi", tuż po narodzinach, dziecko widzi bardzo słabo, znacznie mniej wyraźnie niż osoba dorosła. Następnie, gdy stopniowo wzrok się doskonali, maluch zaczyna widzieć ostrzej i dalej. Noworodek widzi rozmazane przedmioty oddalone o 20-30 centymetrów od twarzy, kilkumiesięczne niemowlę dostrzega obiekty z odległości 60 cm. Natomiast między 3 a 6 miesiącem życia dziecko zaczyna widzieć przestrzennie.
Kolejne etapy rozwoju wzroku otwierają przed małym człowiekiem zupełnie nowe, nieznane dotąd perspektywy i możliwości. Im dalej dziecko widzi, tym dalej sięga, tym większe odległości przemierza. Te swoiste "rekordy" cieszą nas rodziców, ale przede wszystkim malucha, dając mu bodźce do rozwoju. Każda kolejna wycieczka na czworakach po mieszkaniu  jest jak podróż do nowej krainy. Każdy kolejny krok to kolejny etap. Gdy uda się dosięgnąć kulki zawieszonej najniżej nad łóżkiem, maluch czuje radość, ale już wkrótce dostrzeże kolejną kulkę. Przed małym zdobywcą pojawia się nowy cel. 
Gdy - pełen dumy - patrzę na ten niezwykle dynamiczny rozwój mojej córki, zastanawiam się, na ile ja sam w dorosłym życiu zachowałem naturalną, dziecięcą otwartość na nowe doświadczenia, czy wciąż z entuzjazmem podejmuję nowe wyzwania, czy z niepohamowanym, radosnym zapałem codziennie potrafię patrzeć dalej i sięgać wyżej..]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/9a6cc9064107b2a021d135671747b8b8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/9a6cc9064107b2a021d135671747b8b8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/146449,szpilki-zatrzymane-w-biegu</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/146449,szpilki-zatrzymane-w-biegu</link><pubDate>Mon, 06 Apr 2020 11:31:16 +0200</pubDate><title>Szpilki zatrzymane w biegu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/eba55e1b70b8721b520377090b9c9230,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wychowanie bliźniąt, budowanie przyjaźni, rozwój zawodowy i naukowy przeplatane z upadkami, potknięciami i nierzadko utratą wiary w człowieka – wszystko to spowodowało, że bardzo długo nie miałam ani czasu, ani natchnienia, by napisać kilka słów refleksji dla Was, drogie mamy, a właściwie dla Was – drodzy rodzice. Brzmi znajomo? Myślę, że dla każdego z nas, żyjącego w społeczeństwie konsumpcyjnym i poddającemu się, czasem mimo woli, zjawiskowi macdonaldyzacji życia społecznego. Jednak nagle moje niebotycznie wysokie szpilki zostały zatrzymane podczas sprintu przez nieprzewidywalnego koronawirusa. Jak ja się w tym odnajduję? Nazywam to moją drogą pokory.

Już kiedy kilka miesięcy temu przeczytałam książkę Yuval Noah Harari pt. „Homo Deus. Krótka historia jutra”, byłam przerażona tym, w jakim kierunku zmierza nasz świat, a raczej – w jakim kierunku podążają ludzkie pragnienia. Wielkie korporacje i wpływowi ludzie robią wszystko, by stać się „bogami”, by za wszelką cenę osiągnąć nieśmiertelność i „szczęście”. 

Kiedy jednak nasz świat nagle dopadła pandemia koronawirusa, znaleźliśmy się w rzeczywistości, której wcale się nie spodziewaliśmy, a już na pewno nie byliśmy na nią gotowi. Pandemia ta, co ważne, dopadła nas wszystkich niezależnie od tego, jaki mamy status społeczny, czy jesteśmy na liście „Forbesa”, czy mamy tyle pieniędzy, że dopadają nas pokusy, by kolonizować Księżyc. 

Nie byliśmy na taką sytuację gotowi jako ludzie, którzy wszystko mają na wyciągnięcie ręki i chcą coraz więcej, a potrzeby prawdziwych relacji przestają mieć już dla nich priorytetowe znaczenie. To nie jest oczywiście zarzut do nikogo – po prostu nasz świat tak się rozwija, że mamy łatwy dostęp do wszystkiego i ciężko na wszystko pracujemy, jednak mam wrażenie, że zgubiliśmy po drodze coś najcenniejszego, czyli pokorę i wdzięczność. 

Jakże często wybrzmiewały mi w ciągu ostatnich lat słowa księdza Jana Twardowskiego: „Mali ludzie rozmawiają o rzeczach, przeciętni o ludziach, a wielcy o przeżyciach duchowych”. Sama się wielokrotnie łapałam na tym, że rozmawiam o innych ludziach czy o rzeczach, jednak moja wiara, ewangelia towarzysząca niemal codziennie nie pozwalała mi zapomnieć, że najważniejsi są dla mnie ludzie i ich emocje. 

Nie chcę brnąc dalej w wywody na temat przyczyn tego stanu ani snuć teorii, a skupię się na tym, abyśmy zdali sobie sprawę, że ta sytuacja może nas czegoś nauczyć, daje nam niezwykłą możliwość, abyśmy byli bliżej siebie niż kiedykolwiek, abyśmy skupili się na prawdziwych potrzebach naszych, ale także naszych bliskich, abyśmy uporządkowali swoje sprawy, bo za jakiś czas wrócimy do dawnej rzeczywistości, ale już od nas zależy, czy wrócimy umocnieni i „lepsi” także dla samych siebie. 
[b]
Nowa rodzicielska rzeczywistość[/b] 
Oczywiście skutki pandemii dla każdego z nas są inne: jednych dotyka bezpośrednio śmierć bliskich, inni zmagają się z utratą pracy i utratą źródeł utrzymania, jeszcze inni muszą zamykać firmy, które niejednokrotnie budowali całe życie. Są też ludzie samotni czy starsi, dla których spacer czy pójście do kościoła były jedyną formą kontaktu z drugim człowiekiem. Są też tacy jak ja, czyli samotne matki, ojcowie czy rodzice, którzy nadal są aktywni zawodowo, nierzadko są jedynymi żywicielami rodziny, a teraz w „nowej rzeczywistości” muszą stale zajmować się dziećmi, jednocześnie zdalnie wykonując pracę. Z moich obserwacji wynika, że staramy się wspierać siebie nawzajem i kreatywnie podchodzimy do tego, jak radzić sobie w nowej sytuacji. W mediach społecznościowych, które są naszym dobrem technologicznym, pojawia się wiele materiałów z pomysłami na wspólne spędzanie czasu. Ja postanowiłam, że wsłucham się w potrzeby moich córek i że w końcu zrobimy razem rzeczy, na które do tej pory nie miałyśmy czasu albo robiłyśmy je w pośpiechu, a teraz możemy się im oddać ze spokojem, skupiając się na wzajemnych potrzebach i emocjach.  

[b]Babeczki, naleśniczki i dobre uczynki[/b]
Zaczęłyśmy od selekcji ubrań i zabawek. To była doskonała okazja, by znaleźć jakiś wspólny cel. Nasz był jeden: podzielić się zabawkami i ubraniami z tymi, którzy tego potrzebują. Moje córki bardzo chętnie zaangażowały się w zwykłe prace domowe jak sprzątanie czy gotowanie, a ja nie musiałam się skupiać w końcu na tym, że przecież obiad czy ciasto trzeba upiec jak najszybciej, bo czas jest taki cenny. Nigdzie nie musiałyśmy się spieszyć, wszystko było robione precyzyjnie, a kuchnia i owszem na początku była brudna, ale w końcu to zaczęło się wydawać takie nieważne. Efekty wspólnego tygodniowego gotowania były takie, że któregoś ranka moje bliźniaczki obudziły mnie, podając mi śniadanie do łóżka z przekazem: dziękujemy, że możemy robić to, czego pragniemy wspólnie z Tobą. 

[b]Roztańczone ogrodniczki[/b]
Wiosna była dla nas naturalnym czasem na wspólne spacery, bieganie i jazdę na rowerze. W nowej rzeczywistości musiałyśmy nauczyć się aktywnie spędzać czas w domu. Naszą enklawą okazał się taras, a w chłodniejsze dni po prostu duży pokój. Zaczęłyśmy razem ćwiczyć i tańczyć, a nawet poświęciłyśmy pół dnia na przebieranki ciuchów z mojej szafy. Emocje towarzyszące moim córkom zapamiętam do końca życia.
Później przyszedł czas na porządkowanie tarasu. Trudno oddać wyłącznie słowami to, z jakim zapałem dziewczynki ścierały starą farbę z mebli ogrodowych, a potem nakładały nową, czy to, z jakim zaangażowaniem rozsypywały ziemię do kwiatów i pomidorków. Ale najcenniejsze było dla mnie, że mogłam u moich córek zobaczyć samą siebie, moje cechy, empatię, której ich uczę. Nagle zorientowałam się, że to, ile poświęcam im czasu, owocuje i jest widoczne w takich trudnych sytuacjach. 
[photo]344267[/photo]

[b]Mama nauczycielką[/b]
Fakt, że musiałam w ciągu dnia zajmować się pracą, ale także odrabiać z dziećmi lekcje, był dla mnie najcenniejszą lekcją pokory i wdzięczności. Wielu z was dziś doświadcza, jakie to trudne pogodzić te dwie sprawy, ale ja też osobiście doświadczyłam tego, jak trudno jest być nauczycielem i jaki ogromny wpływ mają także oni na wychowanie naszych dzieci. Przyznaję – nie miałam świadomości, że to jest tak trudny zawód. Moja mama zawsze była dla mnie wzorem, ale teraz podziwiam ją za to, jakim była nauczycielem i jaka jest dla moich córek, bo bez jej pomocy w tym trudnym okresie byłoby mi trudno wszystko pogodzić. 

Oczywiście przez te kilka tygodni jeszcze bardziej wyjaskrawił się system pracy i nauki moich bliźniąt, ale też uświadomiłam sobie, jak ważne jest, by traktować je indywidualnie i skupiać się osobno na każdej z nich. Teraz miałyśmy tak dużo czasu, że z powodzeniem mogłyśmy odrabiać lekcje przez pół dnia. A jakież one były szczęśliwe, że robią to wszystko ze mną... I wiecie co? Wcale nie byłam zmęczona po kilku godzinach snu, bo przecież wiadomo, że pracę odłożyłam na noc... 

[b]Wierszyki, teatrzyki i śpiewanie[/b] 
Nic tak nie kształtuje wrażliwości jak sztuka pod każdą postacią. Nie braknie zatem w naszym repertuarze wspólnego czytania, recytacji, teatrzyków, gry na gitarze czy śpiewania. To, co dla mnie najcenniejsze z tego okresu, to fakt, że wspólnie przeczytałyśmy moją ukochaną książkę „Oscar i Pani Róża” Erica-Emmanuela Schmitta. Polecam każdemu, bo to kolejny krok na drodze do pokory. 
Kiedy piszę ten tekst, nie ma moich córek obok, bo są ze swoim tatą i wiem, że też umacniają relacje. Bardzo za nimi tęsknię i mam wiele obaw o ich zdrowie. Ale wiecie, na co czekam? Na nasz kolejny wspólny „domowy” tydzień, bo nasz dom i emocje w nim panujące to nasza oaza i prawdziwe szczęście, a wszystko wokół jest tylko dodatkiem, bez którego potrafimy się obejść.
[photo]344275[/photo]

Drodzy Rodzice, wykorzystajmy ten czas zamknięcia w czterech ścianach, by naprawdę być bliżej siebie, by tworzyć w naszych mieszkaniach prawdziwy Dom.

[i]Ps. Jestem daleka od szerzenia defetyzmu a mój wrodzony optymizm i wiara w człowieka podpowiadają mi, że będziemy ze sobą więcej rozmawiać także o przeżyciach duchowych[/i]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/eba55e1b70b8721b520377090b9c9230,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/eba55e1b70b8721b520377090b9c9230,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">ręcznie robiona biżuteria:)</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/145695,jak-oddech-wplywa-na-rozwoj-dziecka</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/145695,jak-oddech-wplywa-na-rozwoj-dziecka</link><pubDate>Fri, 07 Feb 2020 20:06:51 +0100</pubDate><title>Jak oddech wpływa na rozwój dziecka?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/f5de0d78b6098d377cb6702b8530cc59,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kiedy rozmawiam z rodzicami dzieci w różnym wieku, nierzadko zdarza się usłyszeć, że dziecko śpi w nocy z otwartymi ustami, albo podczas oglądania bajek bezwiednie ”rozdziawia” buzię. Bywa i tak, że kiedy pytam o to, jaki oddech rodzice obserwują u dziecka, trudno im szybko odpowiedzieć, bo nigdy nie zwracali na to uwagi – czy nosem, czy ustami, jak w dzień, a jak w nocy.
Drodzy Rodzice, to jednak bardzo istotne, by Wasze dziecko zawsze oddychało nosem!

[b]Dlaczego moje dziecko oddycha ustami?[/b]
Prawidłowy tor oddechowy zarówno u niemowlaka, przedszkolaka, starszaka i dorosłych to tor nosowy – czyli pełne oddychanie z zamkniętą buzią przy wdechu i wydechu. Kiedy zaś, by oddychać, usta są rozchylone mówimy o ustnym torze oddychania – nos nie uczestniczy we wdechu ani wydechu powietrza.

Dlaczego zatem niektórym trudno zachować prawidłowy – nosowy tor oddechowy? 
Przyczyny mogą być różne, począwszy od nieprawidłowej budowy anatomicznej twarzoczaszki (skrócone wędzidełko podjęzykowe, krzywa przegroda nosowa itp.), przez obniżone napięcie mięśniowe, które obserwować możemy od urodzenia, aż po choroby alergiczne, astmę oraz przerost migdałka gardłowego, migdałów podniebiennych czy nawracające infekcje górnych dróg oddechowych. Zwrócić również trzeba uwagę na pojawiające się u dzieci parafunkcje, w postaci ssania palca, wargi, policzka, rogu kocyka, smoczka, a także picie z butelki przez dziecko powyżej 18 miesiąca życia. Takie zachowania z kolei mogą prowadzić do tzw. oddychania nawykowego torem ustnym.

[photo]342959[/photo]

[b]Oddech ustami a rozwój twarzoczaszki[/b]
Warto poobserwować swoje dziecko, by mieć pewność, że oddycha ono prawidłowo. Kiedy bowiem przez długi czas, szczególnie w okresie niemowlęcym, przedszkolnym i wczesnoszkolnym będzie oddychało torem ustnym, może to doprowadzić do późniejszych zmian w wyglądzie jego twarzy, wpływając również na zaburzenie całej postawy ciała. 

Dzieci oddychające ciągle ustami mają zupełnie odmienny od prawidłowego profil twarzy: pociągły, płaski i wąski, kości policzkowe są zapadnięte, żuchwa cofnięta, szczęka jest wąska, a nos duży. Z tym wiążą się kolejne nieprawidłowości: 
- pozanormatywny wzrost zębów, więc – wady zgryzu, 
- zmiana pierwotnego kształtu łuków zębowych, 
- podniebienie twarde staje się coraz bardziej spiczaste, bo brakuje mu profilowania przez prawidłowo ułożony na nim język (zaburzona zostaje  prawidłowa wertykalno-horyzontalna pozycja spoczynkowa języka), 
- nieprawidłowy rozrost oraz funkcjonowanie stawów skroniowo-żuchwowych, 
- obniżenie napięcia mięśni warg, policzków i żuchwy (z tego powodu nawet kilkulatek nadal może się obficie ślinić). 
Cała głowa zaczyna ciążyć ku przodowi, a zatem utrzymanie prawidłowej postawy ciała (głowy w równej linii z kręgosłupem) staje się utrudnione.

[b]Oddech ustami a rozwój mowy[/b]
Możliwymi skutkami oddychania ustami są również zaburzenia rozwoju mowy oraz wady wymowy. Jako neurologopeda, zwracam szczególną uwagę na nieprawidłową pozycję spoczynkową języka, konieczną do zmienienia. Kiedy oddychamy ustami, język opada na dno jamy ustnej, podczas gdy jego miejsce jest zawsze na podniebieniu twardym, oczywiście gdy nie podejmujemy aktywności głosowej ani jedzeniowej. 

Osłabiony język może utrudnić i zaburzyć prawidłowy rozwój mowy, wpływając na niepoprawną realizację głosek, wymagających uniesienia języka – l, t, d, n, sz, ż, cz, dż, r. Leżący język może również przedostawać się między zęby podczas mówienia, wtedy będziemy już mówić o wadzie wymowy – seplenieniu.
Oczywiście, jeśli pomyślimy o dwulatku, jego język ma prawo jeszcze się nie pionizować przy mówieniu, ale podczas spoczynku powinien przyjąć wysoką pozycję na podniebieniu. W trakcie zaś zabawy w naśladowanie odgłosów zwierzątek dziecko powinno umieć kląskać/klikać językiem (jak konik). Dobrze też obserwować, czy maluch potrafi wykonać językiem ruch unoszący (do zębów, podniebienia, na wargę górną), a jako trzylatek prawidłowo wypowiada głoskę „l” z czubkiem języka uniesionym za zęby górne. Prawidłowa praca języka w tym zakresie wcale jednak nie oznacza, że nasze oddychające ustami dziecko będzie dobrze wypowiadać pozostałe głoski – trzeba być czujnym i obserwować, oczywiście podejmując jednocześnie działania zmieniające niepoprawny tor oddechowy pod okiem specjalisty – choćby neurologopedy lub laryngologa.

[b]Oddech ustami a zachowanie[/b]
Warto widzieć, że prawidłowy sposób oddychania nosem zapewnia odpowiednie dotlenienie komórek mięśniowych i mózgowych, i wpływa na ich poprawne funkcjonowanie. Jeśli zaś dziecko nadmiernie oddycha ustami może przejawiać niepokojące objawy, takie jak trudności z koncentracją, niepokój, senność, ale także nadmierną ruchliwość, pobudzenie, nadaktywność psychoruchową, czasem również agresję.
Wczesne podjęcie ćwiczeń zmieniających sposób oddychania może okazać się ratunkiem dla tego typu problemów behawioralnych u dzieci.

[b]Oddech ustami a mniej efektywny sen[/b]
Z wyżej opisanymi zaburzeniami zachowania wiąże się nierozerwalnie oddychanie nosem w czasie snu. Bez względu na to, z jakiego powodu dziecko nie oddycha nosem, jakość snu wpływa na funkcjonowanie dziecka w ciągu dnia, nawet przy zachowaniu odpowiedniej liczby godzin snu.

Zauważcie, czy Wasze dziecko podczas snu przyjmuje dziwne pozycje (np. w kształt litery C z odchyloną do tyłu głową), czy co noc wierci się podczas snu, ciężko i głośno oddycha, chrapie, a może zgrzyta zębami, albo śpi spokojnie ale nagle wybudza się z krzykiem, gwałtownie łapiąc powietrze, zdarzają mu się bezdechy senne?
To wszystko może niestety utrudniać dziecku dobry, efektywny sen, który ma być odpoczynkiem dla mózgu, by mógł od nowa funkcjonować w kolejnym dniu. Po przebudzeniu możemy zaobserwować u dziecka wysuszoną śluzówkę jamy ustnej, kaszel, a na poduszce możliwe są do zauważenia mokre plamy, od wyciekającej nocą przez otwarte usta śliny.

[b]Gdzie szukać pomocy?[/b]
Jeśli zauważasz u swojej pociechy choćby jeden z opisanych przeze mnie wyżej niepokojących objawów, koniecznie skonsultuj się z neurologopedą lub laryngologiem! Czasem przyda się również pomoc ortodonty, fizjoterapeuty i alergologa. Jestem zwolennikiem holistycznego spojrzenia na pacjenta (zarówno jeśli chodzi o dzieci, jak i o dorosłych), stąd tylu wymienionych specjalistów. 
Prawidłowy tor oddechowy to bardzo poważne zagadnienie, bo wpływa na rozwój i funkcjonowanie człowieka jako psycho-fizycznej całości..

Warto również poobserwować siebie – czy z Twoim oddechem, snem i pozycją języka w spoczynku jest wszystko dobrze?

Pamiętaj: do oddychania służy NOS, usta do mówienia i jedzenia :)]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/f5de0d78b6098d377cb6702b8530cc59,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/f5de0d78b6098d377cb6702b8530cc59,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Kiedy dziecko przez długi czas będzie oddychało torem ustnym, może to doprowadzić do późniejszych zmian w wyglądzie jego twarzy.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/145261,niezwykly-rodzic-rodzic-swiadomy</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/145261,niezwykly-rodzic-rodzic-swiadomy</link><pubDate>Sun, 05 Jan 2020 11:54:46 +0100</pubDate><title>Niezwykły rodzic? rodzic świadomy!</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/bed6d0c3102385c9b9348693770a51e7,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wyobraź sobie, że jesteś górnikiem we własnej kopalni.
 Rodzi się dziecko. 
Staje się nowym górnikiem w twojej kopalni.
Co z tym zrobisz? 
Pozwolisz mu drążyć własne korytarze, doświadczając na własną rękę, nawet gdy to może oznaczać, że będzie ono narażone na wiele niebezpieczeństw? Czy może ze względu na swoje doświadczenie staniesz się "górnikiem - autorytetem", kierując każdym krokiem własnego dziecka (bo przecież taki niedoświadczony, a świat taki niebezpieczny, no i ty wiesz lepiej i chcesz dla swojego "dziecka - górnika" najlepiej! najbardziej!).

Czas przerwy świątecznej, to dla mnie okres zwolnienia obrotów, ciszy i spokoju, to czas nadrabiania zaległych lektur... 
Zabrałam się, więc do lektury "Niezwykły rodzic". Okładka promuje, że jest to książka o współczesnym rodzicielstwie "lekko, zabawnie, niezwykle mądrze", ale nie dajcie się zwieść, że jest to lekka lektura! Dlaczego?
Dr Tomasz Srebnicki w wywiadzie z Beatą Pawłowicz opowiada o dzisiejszym spojrzeniu na rodzicielstwo, na rolę rodzica i współczesne problemy... Dlaczego nie jest to lekka lektura, przecież forma wywiadu daje czytelnikowi pozór rozmowy przy kawie...? Bo autor podejmuje bardzo wiele mądrych kwestii dotyczących bycia rodzicem, całego systemu rodzinnego i problemów z jakimi mierzą się dzisiejsze dzieci/ młodzi ludzie, "obdzierając" nas z ułudy, będąc szczerym do bólu.

Czy podczas wchodzenia w rolę rodzica realizujemy potrzeby dziecka czy może własne (niezaspokojone w czasach, kiedy sami byliśmy dziećmi)? Dlaczego czasami wchodzimy w rolę nadopiekuńczości? Czy dbamy o dobro dziecka, czy może "używamy go" do własnych celów...? Dlaczego żona "wyprasza" męża z łóżka, gdy rodzi się dziecko? Od czego ucieka pod płaszczykiem dobra i bezgranicznej miłości do swojej pociechy? Dlaczego trudno nam zaakceptować odrębność naszego dziecka, wolimy "szyć" mu całożyciowy garnitur na naszą miarę? Pytań można mnożyć wiele...

Ale czy jesteśmy już w tak beznadziejnej sytuacji, że nie możemy stać się "nie-zwykłym rodzicem"??? Według mnie - nie! Książka zawiera wiele ćwiczeń do pracy własnej, odkrywając nasze przekonania i sfery, którym należy się przyjrzeć...

Jakim rodzicem należy być? [b]Świadomym![/b] Swoich ograniczeń, niezaspokojonych potrzeb, które realizujemy w związku oraz z własnym dzieckiem, przekonań, które ograniczają nasze patrzenie na rzeczywistość...

Lektura nie-lekka, ale bardzo mądra!

Drugą lekcję w tym świątecznym okresie zaserwowała mi Christel Petitcollin w książce "Jak mniej myśleć"...
Masz w głowie niekończącą się taśmę myśli, jesteś nadwrażliwy na bodźce, twoje poczucie sprawiedliwości przeszkadza w kontaktach w pracy i  życiu prywatnym, a może twoje dziecko ma spektrum autyzmu??? To lektura dla Ciebie! 
Dlaczego część populacji odstaje od reszty? Być może są (jesteście) "nadwydajni mentalnie"? Czyli jacy? Wyjątkowi? Ponadprzeciętni? Prawopółkulowi!
Ale co to oznacza, musicie odkryć sami!
Miłej lektury!]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/bed6d0c3102385c9b9348693770a51e7,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/bed6d0c3102385c9b9348693770a51e7,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/142465,sila-nawyku</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/142465,sila-nawyku</link><pubDate>Sun, 02 Jun 2019 21:30:47 +0200</pubDate><title>SIŁA NAWYKU</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/3e5a27ccdd820fc64c1c213e971e722a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Złota zasada zmiany nawyku: nie możesz wyplenić złego nawyku, możesz go jedynie zmienić. Jak to działa? Wykorzystaj tę samą wskazówkę. Dostarcz tej samej nagrody. ZMIEŃ ZWYCZAJ!" Charles Duhigg "Siła nawyku".

Wstaję rano. "Powitanie słońca" (w dobrym czasie psychiczno - fizycznym), zmywarka, witaminy, śniadanie, herbata w czajniczku, kawa z roślinnym mlekiem (obowiązkowo!!!), toaleta poranna, budzenie syna, modlitwa o więcej cierpliwości do czterolatka, śniadanie, kolejna modlitwa, bo śniadanie nie takie i paprochy jakieś i w ogóle wszystko nie takie, mąż wychodzi z psem, zęby, modlitwa, bo nie chce myć zębów, ubieranie, modlitwa, bo nie chce się ubierać (w końcu bawi się w najlepsze), buziaki, bieg po schodach, jedynka, dwójka, kierunkowskaz, skręt, sprzęgło, jedynka, dwójka... piątka... parking, dziennik, otwieranie drzwi, powitanie.... I tak od poniedziałku do piątku...
Ile czynności robimy nawykowo, rutynowo, poza naszą świadomością, ilu sobie nie uświadamiamy? Rutyna i schemat dają poczucie bezpieczeństwa i panowania nad życiem, codziennością... Ale oddalają nas od świadomości "tu i teraz". Biegamy jaki chomiki w kółeczku i cieszymy się, że ten bieg jest naszym świadomym wyborem. A jeśli wcale nie?
Wiele osób zastanawia się, dlaczego nie może schudnąć, odżywiać się zdrowo (pomimo obietnicy trzymania się diety od jutra, jutro w diecie nie nadchodzi), zmusić się do ruszenia tyłka z kanapy, jak robią to inni wkoło... O ile jesteśmy zdrowi, a naszym organizmem nie kierują przybysze z zewnętrznego świata (np. grzyby i pasożyty), szczegół wyróżniający fitludziska, to nawyki... dobre nawyki...
Autor "Siły nawyku" dość dosadnie i rzetelnie przekonuje, że naszym postępowaniem w znacznej mierze kierują wypracowane przez lata nawyki... Jako dziennikarz śledczy, zbadał dokładnie naturę powstawania samych nawyków, pokazał również jak nawyki zmieniać, a co najważniejsze podkreślił, że złe nawyki zostają z nami do końca życia! To właśnie dlatego do końca życia jest się alkoholikiem (choć trzeźwym, po odwyku i terapii), narkomanem, pracoholikiem... Nawyk pozostaje, ale od naszej świadomości tego nawyku i ciężkiej pracy zależy czy uda nam się coś zmienić...
Chcesz być fit? Lepiej się odżywiać? Być bardziej aktywnym? Zerwać z uzależnieniem? Przeczytaj książkę!!!! Jest dla każdego, kto chce być bardziej świadomy siebie i własnych wyborów!
Jesteś rodzicem? Zastanów się jakie nawyki wyrabiasz w swoich dzieciach? Dokładnie tak - to Ty jesteś pierwszym kreatorem zachowań swoich dzieci... Przecież same nie nauczyły się jeść słodyczy, oglądać telewizji, obsługiwać telefonu, ktoś wykonał pierwszy krok...
A ile nawyków chciałbyś/ chciałabyś zmienić w sobie????]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/3e5a27ccdd820fc64c1c213e971e722a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/3e5a27ccdd820fc64c1c213e971e722a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/141445,wiez-intuicyjna</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/141445,wiez-intuicyjna</link><pubDate>Sat, 16 Mar 2019 17:41:06 +0100</pubDate><title>&quot;Więź intuicyjna&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/187f32aba69c8b103ce4e9a3bd5b1455,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Eureka!" W końcu to zrozumiałam.... Już wiem! A wiedza zmieniła mój mały świat....

Nie masz czasem wrażenia, że bez Ciebie świat dookoła się zawali? Że podczas Twojej nieobecności z domu zostaną tylko zgliszcza??? Byłam przekonana, że to przez moją nadgorliwość albo kobiecą naturę wielozadaniowości... Okazało się, że być może nie tylko...

Pamiętam moment powrotu do pracy po rocznym urlopie macierzyńskim. Nagle okazało się, że mój sposób pracy nie przystaje do nowego życia, życia z niemowlakiem... Nieregularny, czterdziestogodzinny grafik stał się przyczyną czegoś, co było dla mnie z jednej strony zaskoczeniem, a z drugiej przyczyną niekończących się wyrzutów sumienia.... 
Tak bardzo wyczekiwany powrót po pracy do domu. Wchodzę, a mój roczny syn, odwraca głowę, dając mi znak - "zostawiłaś mnie". To nie trwało chwilę, tydzień czy dwa... Tak było zawsze. Moje wyjście z domu równało się "pokaranie przez syna". Byłam odbiorcą złego humoru, niewyspania, porażki i smutku, to zawsze ja bez problemu potrafiłam odczytać znaczenie każdego lamentu, każdej łzy i wybuchów agresji. Tłumaczyłam to sobie rolą matki, bo przecież Tacie wolno było wyjść z domu, przyjść późno, realizować siebie i zawsze witał go uśmiech syna, zupełnie odwrotnie niż mnie. 
Szukając odpowiedzi, zrozumiałam, że łączy mnie z synem coś innego niż mojego męża. Myślałam, że jest to wynik relacji matka - syn, wspólnej choroby i bycia wysokowrażliwym. 
Nie do końca miałam rację...

"Eureka!" W końcu to zrozumiałam.... Już wiem! A wiedza zmieniła mój mały świat....

Odpowiedzi dostarczył mi Juul. 

Wiecie czym jest "więź intuicyjna"? Jest czymś innym niż więź uczuciowa, jest swego rodzaju powiązaniem/połączeniem egzystencjalnym między dzieckiem a jednym z rodziców. I nie chodzi tu o większą miłość do jednego rodzica czy do jednego dziecka, miłość jest równie duża, ale więź wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju. Jest to trudne do wyjaśnienia, sam Jasper ma z tym trudność... Niemniej jednak, kiedy to przeczytałam, mogłam jedynie wykrzyczeć "EUREKA!", ponieważ od razu wiedziałam, co ten wspaniały autor ma na myśli...
Co ciekawsze, nie zawsze jest to więź syn - matka, ojciec - córka, tu wcale nie chodzi o kompleks Elektry czy Edypa... To coś zupełnie odmiennego, głębszego i zrozumiałego dla tych, którzy ową więzią są połączeni. A najważniejsze chyba jest to, że dziecko od razu wie o istnieniu więzi, praca polega na tym, że to rodzic musi ją odkryć, wtedy cały świat zakwitnie na nowo...
Czy jesteś połączony / połączona taką więzią???

Jeszcze jedno, zerwanie więzi czy to poprzez śmierć czy odejście rodzica z domu, może dać prawdziwe poczucie osamotnienia egzystencjalnego... 
Wraz ze śmiercią mojego taty, umarł kawałek mnie, ważny kawałek mnie, którego nie zapełni już nikt, nawet żyjąca wciąż matka...

Wiedza dała mi odpowiedź, czy dała siłę na przyszłość, czas pokaże...

Basia.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/187f32aba69c8b103ce4e9a3bd5b1455,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/187f32aba69c8b103ce4e9a3bd5b1455,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/140457,byc-mama</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/140457,byc-mama</link><pubDate>Wed, 09 Jan 2019 00:53:26 +0100</pubDate><title>Fundamenty</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/82f08b0350b32051c15c2b4190270a4c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Być mamą to przede wszystkim stan emocjonalny, niezmierzona, bezwarunkowa miłość, codzienne poświęcenie, ale i spełnione marzenie. Cudowna więź tworzona każdego dnia.

Gdy Ona poświęca w 100 procentach swój czas, ciało, umysł i emocje Ukochanej Istocie, ja jestem rozproszony pomiędzy pracą zawodową a szeregiem różnych domowych robót, tych ważnych i tych mniej istotnych.
Tymczasem, w każdej sekundzie wspólnego rodzinnego istnienia, niezależnie od  tego czy jesteś Mamą, czynną jak apteka 24h, czy wspierającym ojcem, tworzą się niezliczone więzi. We wspólnocie przestrzeni, doświadczeń i emocji. 
Umysł Maluszka chłonie wszystko, czego doświadcza swoimi zmysłami. Magazynuje i tworzy z tych elementów swoje Ja oraz koncepcję otaczającego Świata. Wystarczą nasze proste gesty, słowa, mimika twarzy, żeby przekazać wiele. Najlepiej jak potrafimy. Najważniejsza jest szczerość przekazu i radosne bycie razem. Wielka ufność i spontaniczna natura Maluszka daje nam tę możliwość. Odkrywamy w sobie kreatywność, cierpliwość i... niecierpliwość. Widzimy na własne oczy, zupełnie bez dystansu, tworzenie się ludzkiej natury. Bo po co nam dystans, skoro napędza nas przeświadczenie, że ta mała istota jest najcudowniejsza, wspaniała, piękna i ma ogromny potencjał. I tak jak to bywa w miłości, wspólne odkrywanie tego potencjału jest cudownym i budującym doświadczeniem. Na początku cieszymy się, że maluch każdego dnia uczy się czegoś nowego. Rozpoznaje nas, odpowiada uśmiechem, chwyta i odrzuca piłeczkę, albo obserwuje uważnie, gdy budujemy dla niego wieżę z klocków. Kiedyś też taką zbuduje, tylko wymaga to jeszcze czasu. A następna będzie budowla już niekoniecznie z klocków. Budowla, która stanie się domem, pełnym miłości, zaufania i szczerości.  I tak historia kołem się toczy.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/82f08b0350b32051c15c2b4190270a4c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/82f08b0350b32051c15c2b4190270a4c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/139527,po-cesarsku</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/139527,po-cesarsku</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2018 12:08:12 +0100</pubDate><title>Po cesarsku</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/bb9c58f3924e1c4f55a2115605f97029,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Spór o to czy cesarskie cięcie jest prawdziwym porodem jest stary jak świat.... Wcale w tym miejscu nie chcę się w ten spór włączać lub stawać po jednej ze stron. Ważną kwestią z mojego punktu widzenia na pewno jest to, że każda z form porodu przynosi pewne konsekwencje, dla dziecka i dla kobiety, a w zasadzie dla całej rodziny (nie można pominąć roli wspierających ojców)!

Dziś o pracy z dzieckiem po cesarskim cięciu...
Ponieważ jest to operacja często wykonywana zanim zacznie się akcja porodowa (zanim rozpoczną się skurcze oraz okołoporodowe zmiany hormonalne), często maluszka pomija wiele etapów związanych z pierwszym trudnym doświadczeniem przyjścia na świat...
Oczywiście nie oznacza to, że dzieci urodzone w sposób "naturalny" w stu procentach rodzą się bez zaburzeń, o których mam zamiar wspomnieć, ale statystycznie występują one u nich znacznie rzadziej.

Cesarskie cięcie pozbawia przede wszystkim dziecka pierwszego głębokiego docisku (kiedy dziecko wydostaje się na świat przez kanał rodny). Różnica w przyjściu na świat czasami daje o sobie znać już wieku niemowlęcym, kiedy to dziecko może być nadmiernie pobudzone lub zupełnie odwrotnie zbytnio zahamowane, nadmiernie rozdrażnione, mieć problemy z zasypianiem, z tolerancją bodźców dotykowych itp. I tutaj znowu muszę zaznaczyć, że dzieci z naturalnych porodów też mogą mieć takie objawy, ale wynikać one mogą z trochę innych powodów. 

Brak pierwszych doświadczeń proprioceptywnych (czucie głębokie związane z przeciskaniem się przez kanał rodny), może spowodować zaburzenia sensoryczne, ale także zakłócać integrację odruchów w ciele.

Jakie objawy dają takie zaburzenia?
- nadwrażliwość dotykowa
- zaburzenie czucia głębokiego, niepewność grawitacyjną
- nadwrażliwość odruchów obronnych - Perez, Galant itp.
- labilność emocjonalną - nieumiejętność samouspokajania się, zbytnia drażliwość na bodźce (np. słuchowe)
- nadwrażliwy Odruch Strachu Paraliżującego
- zbytnie wycofanie w relacjach grupowych lub zbytnie pobudzenie - wybieganie przed... grupę (np. nieprzewidywanie konsekwencji swoich działań)...

Niezintegrowane odruchy rzutują na nasze emocje i zachowania, które często łatwo przeoczyć lub zrzucić na cechy charakteru/ temperament. Czasami dzieci radzą sobie dość dobrze i ich ciało uczy się odbierać świat w taki sposób, by bodźce z zewnątrz zbytnio nie zakłócały funkcjonowania w życiu codziennym. Bywa też tak, że problemy pojawiają się dopiero, kiedy dziecko rozpoczyna edukację szkolną, a wymagania w szkole stają się dużą barierą...

Masz dziecko po cesarskim cięciu? Obserwuj je, bądź czujna/ czujny, być może jego zachowania nie wynikają tylko z "trudnego" charakteru, być może potrzebuje wsparcia i diagnozy odruchów posturalnych i dynamicznych czy Integracji Sensorycznej... 

P.S. moje osobiste dziecko, urodzone naturalnie, potrzebuje pracy z odruchami...., a wiedza na ten temat bardzo nam pomogła i odciążyła cały system rodzinny, dając szansę na spokojniejszą codzienność...

Więcej o cesarski cięciu można poczytać w bardzo ciekawym artykule... - http://ciaza.siostraania.pl/maly-cesarz-jak-ciecie-cesarskie-moze-wplynac-dziecko/?fbclid=IwAR2LnRCHJNono3M2fL1idgKlTDkgQYiQB67T1bhKQ1Eg2tskoVHDKc_ZCng

Powodzenia!

Basia:-)]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/bb9c58f3924e1c4f55a2115605f97029,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/bb9c58f3924e1c4f55a2115605f97029,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/139509,troche-o-swoim-i-twoim-przemijaniu</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/139509,troche-o-swoim-i-twoim-przemijaniu</link><pubDate>Fri, 02 Nov 2018 09:52:13 +0100</pubDate><title>Trochę o swoim i twoim przemijaniu..</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/283e432bdf478c15f816402e7e04af01,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Mam przez duże em dużo szczęścia chyba w życiu...Otaczają mnie mądrzy i świadomi ludzie i gdyby nie fakt, że  z natury i wyboru jestem pesymistką można by rzec  że to już wystarczy, że to  high life a  to przecież ani trochę jednak nie jest hajlajfem...

Ale jakby to od początku...

Wpajano nam swego czasu, że w życiu życzyć i oczekiwać powinno się zdrowia, pomyślności wszelakiej, szczęścia i to jest najważniejsze....[b]Bo jest[/b] , ale każdy ma swoją definicję tego-swego zdrowia ,   tego-swego szczęścia etc.. I co by tu nie gadać to szczęście zawsze będzie z różnej perspektywy                      i punku widzenia inne. Co wcale nie oznacza, że nie lubimy tego swego szczęści i tego swego zdrowia porównywać z cudzym szczęściem i cudzym zdrowiem...Nasze szczęście nie jest przypadkowe i jeśli coś niechcący się uda to już raczej nie szczęście tylko nasza ciężka praca. A u innych to raczej już tylko szczęście bo oni raczej nie mogą tyle pracować i tyle się umęczyć co my . Jakby ktoś , coś więcej chciał o tym  to bardzo proszę [url=http://https://psycholog-pisze.pl/ciekawostki-psychologiczne-4-teoria-atrybucji/]TU[/url]
Ze zdrowiem też jest jakoś tak podobnie. Tyle tylko, że tu -to im więcej się chorób ma tym lepiej ponoć bo wtedy może więcej zainteresowania na zmianę ze współczuciem dostaje się w gratisie.

A im więcej o tym swoim szczęściu i zdrowiu  myślę to tym bardziej chyba jednak myślę, że tego szczęścia nie mam. Otaczało mnie tylu mądrych i świadomych ludzi...którym nie mogłam pomóc, choć chciałam. Tego swego zdrowia też bym użyczyła jak by trzeba było, a było trzeba ..
I choć wiem, że taka kolej rzeczy to sama się na nią nie potrafię zgodzić, a zgodzić muszę...
Bo gdyby to chociaż było zaplanowane i człowiek mógłby  się przygotować...nie żeby jakąś wyprawkę robił, ale tak normalnie po ludzku pożegnał się i oswoił ..To może by to tak inaczej było.

A póki jest świadomość jest i lęk.
I oto może właśnie chodzi...]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/283e432bdf478c15f816402e7e04af01,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/283e432bdf478c15f816402e7e04af01,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/138885,wracasz-do-pracy-najpierw-okresl-swoje-kryteria</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/138885,wracasz-do-pracy-najpierw-okresl-swoje-kryteria</link><pubDate>Mon, 24 Sep 2018 12:42:19 +0200</pubDate><title>Wracasz do pracy? Najpierw określ swoje kryteria</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/731b92d0a70ce6f21231358e5a7eee58,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zastanawiasz się nad powrotem do pracy lub jej zmianą? Nie wiesz czy to dobre decyzja, być może obawiasz się, że w nowym miejscu będzie tak samo lub gorzej? Zanim podejmiesz krok w kierunku zmiany zawodowej warto abyś określiła pewne kryteria, dzięki którym masz szansę znaleźć miejsce pracy możliwie najbardziej odpowiadające twoim oczekiwaniom zarówno finansowym jak i niefinansowym.

Co warto wziąć pod uwagę zmieniając pracę
Abyś mogła znaleźć swoje miejsce na rynku pracy dopasowane do własnych potrzeb i możliwości, musisz spojrzeć na siebie z trzech perspektyw: siebie, pracodawcy i rynku, którego jesteś częścią niezależnie od tego, czy aktualnie pracujesz zawodowo czy też nie. Dowiedz się jaki jest twój zawodowy cel, do czego dążysz w kontekście tego co jest dla ciebie ważne oraz czym dysponujesz (umiejętności, wiedza i cechy, które posiadasz i możesz je zaoferować przyszłemu pracodawcy).
Następnie zbierz informacje o miejscach gdzie twoje kompetencje mogą się przydać. Zrób listę pracodawców, firm, organizacji, które potencjalnie mogłyby zatrudnić ciebie, regularnie przeglądaj ogłoszenia. To m.in. dzięki nim uaktualnisz swoją wiedzę na temat tego co się dzieje na rynku pracy oraz kogo szukają pracodawcy. 
Określ co jest dla ciebie ważne w przyszłej pracy
Rozmawiając na temat potencjalnej współpracy pamiętaj, że jesteś partnerem dla swojego przyszłego pracodawcy. On oferuje tobie możliwości rozwoju za konkretne wynagrodzenie, ty natomiast oferujesz konkretne umiejętności, dzięki którym organizacja czy firma, o którą zabiegasz ma szansę wzrosnąć i rozwinąć się. Jeśli twoje dotychczasowe doświadczenie zawodowe nie wiąże się ze zbyt przyjemnymi wspomnieniami warto abyś zastanowiła się co jest ważne dla ciebie w nowym miejscu pracy. Z czego na pewno nie chciałabyś zrezygnować, co możesz negocjować a co odpuścić. Lub inaczej co jest twoim must have, co sprawi, że osiągniesz optymalne warunki pracy a co spowoduje, że rozwiniesz skrzydła. Posłuż się poniższą listą. 
•	Możliwość wykorzystywania własnych zdolności, uczenia się nowych rzeczy w pracy
•	Możliwość awansowania
•	Ładne otoczenie w pracy
•	Możliwość pomagania innym
•	Bycie dla innych autorytetem
•	Niezależność w podejmowaniu decyzji
•	Niezależność od szefa
•	Możliwość tworzenia nowych rzeczy
•	Wysokie zarobki
•	Możliwość życia zgodnie z własnymi wartościami
•	Możliwość decydowania o czasie pracy
•	Możliwość bycia aktywnym fizycznie
•	Możliwość podejmowania ryzyka
•	Możliwość pracy z innymi ludźmi
•	Dobre relacje ze współpracownikami
•	Różnorodność zadań w pracy
•	Możliwość pracy z ludźmi o podobnych poglądach
•	Pewność zatrudnienia
•	Pewność zarobków
Dookreślenie własnych kryteriów zawodowych ułatwia określenie kierunku kariery a także podejmowanie partnerskich rozmów o współpracę. Nazwanie tego co jest dla ciebie ważne życiowo i zawodowo wzmacnia i pomaga przejść przez zawodową zmianę a także pozwala ruszyć z miejsca, w którym dzisiaj się znajdujesz. 
Najbliższe warsztaty „rusz z miejsca z karierą” startują 26.09 br. Szczegóły [url=https://ruszzmiejscawewrzesniu.evenea.pl/]tutaj[/url]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/731b92d0a70ce6f21231358e5a7eee58,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/731b92d0a70ce6f21231358e5a7eee58,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">pixabay.com</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/138871,moja-prawa-reka</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/138871,moja-prawa-reka</link><pubDate>Sun, 23 Sep 2018 14:15:27 +0200</pubDate><title>Moja prawa ręka</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/ec8c4a19daca975e5b91c764d6003ec2,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W codziennych, rytmicznie powtarzających się rodzicielsko-niemowlęcych rytuałach (karmienie, odbijanie, wydalanie, kąpiel, sen, etc.), można zagubić istotę tych wszystkich dni.

Nieustający rozwój dziecka. Z dnia na dzień, z godziny na godzinę. W  jednej chwili stajemy się świadkami wielkich kroków, nie tyle dla ludzkości, co dla naszych ukochanych dzieci. Pierwszy krok Neila Armstronga był wielkim krokiem dla ludzkości.  Gest rączką u niemowlaka jest kolejnym znakiem nieustających skoków rozwojowych, które możemy zaobserwować u naszych cudownych, małych istot. Moment, gdy niemowlę obserwuje swoją rączkę i jej ruchy, jest dla niego tak samo ważny, jak niegdyś pierwszy krok na księżycu. Powoli zaczyna rozumieć swój wpływ na własne ciało. Wspaniale móc to obserwować na co dzień. 

W życiu każdego mężczyzny przychodzi moment, w którym musi odważyć się na szczerość wobec samego siebie.  Nie zauważyłbym tego gestu ani jego ogromnego znaczenia, gdyby nie moja cudowna partnerka, nieprzerwanie obecna przy małej Łucji i skupiona na wszelkich objawach nieustającego dziecięcego rozwoju. 

I obietnica. Od dziś będę bardziej uważny. Żeby nie tylko być obecnym, ale też świadomym tego, czego doświadczamy całą rodziną.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/ec8c4a19daca975e5b91c764d6003ec2,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/ec8c4a19daca975e5b91c764d6003ec2,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/138001,seks-jest-prosty-nie-komplikuj</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/138001,seks-jest-prosty-nie-komplikuj</link><pubDate>Fri, 27 Jul 2018 15:33:19 +0200</pubDate><title>Seks jest prosty. Nie komplikuj!</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/2f781e415c04cfd680a008f94cdda7f5,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Pracuję od jakiegoś czasu jako coach seksu i związków i zauważyłam, że podstawowym problemem moich klientek i klientów jest to, że ... komplikują seks.  Pokazuję im, że można inaczej - prosto, na luzie i z uśmiechem. Postanowiłam spisać swoją filozofię myślenia o seksualności. Oto mój pierwszy manifest. Manifest Wystarczająco Dobrego Seksu. Niech wam dobrze służy!

[b]Wierzę, że wystarczająco dobry seks jest lepszy niż seks idealny.[/b] Dlaczego? Bo w pogoni za wymarzoną atmosferą i fajerwerkami pojawia się napięcie, irytacja i nierzadko rozczarowanie. A seks powinien być łatwy i radosny. Zamiast szukać wielokrotnych orgazmów i spędzać godziny na tworzeniu w najdrobniejszych szczegółach magicznej/romantycznej/sado-masochistycznej (czy jakiejkolwiek lubisz) atmosfery, może lepiej otworzyć się i przyjąć to, co przychodzi? Jeden orgazm? Ekstra. Brak orgazmu? Też nie koniec świata, może następnym razem. Przecież mogę dać sobie jeszcze odrobinę czułości i dokończyć to, co zaczęłam/zacząłem z partnerem lub partnerką? Romantyczny nastrój? Czy naprawdę muszę rozstawić dwa miliony świeczek i zapalić kadzidełka oraz wziąć długą kąpiel przed? Pewnie, byłoby miło, ale tak na co dzień mało kto może sobie na to pozwolić. Może wystarczy jedna świeczka zapachowa i miła muzyka w tle, a za to więcej czasu na bycie razem?
[b]
Wierzę, że wystarczająco dobry seks jest lepszy niż brak seksu.[/b]Bo kiedy tak się skupiamy na idealnych warunkach do zbliżenia, często rezygnujemy w połowie drogi. Bo zmęczenie, bo praca, bo dzieci. W naszym zabieganym życiu, szczególnie gdy jesteśmy rodzicami, rzadko mamy okazję spędzić godzinę sam na sam, bez rozpraszaczy. Trzeba dać dzieciom jeść, pocieszyć, gdy się budzą z płaczem, w weekendy zrobić zakupy na cały tydzień i nadrobić czas z rodziną. A do tego trzeba jeszcze pracować poza domem!

Wierzę, że regularny seks, nawet szybki i zwyczajny, jest dobry dla naszego zdrowia fizycznego i psychicznego i dla naszych związków. Energia seksualna może w nas krążyć i czujemy ją w duszy i ciele jeszcze przez długi czas.
[b]
Wierzę, że seks to nie tylko stosunek.[/b] Tak naprawdę, nikt nie musi nikogo niczym penetrować, żeby można było mówić o seksie! Widzisz, jak powiększasz sobie erotyczny repertuar i zmniejszasz presję poprzez taką zmianę myślenia? Przypomnij sobie dzień, gdy nie miałeś erekcji albo byłaś zbyt zmęczona żeby współżyć. Czy nie byłoby miło cieszyć się tym, co w tamtym momencie było wykonalne? Może odrobiną przytulanek, wzajemnym masażem, wspólnym oglądaniem porno albo samomiłością? Po prostu wyluzuj się i zobacz, gdzie poniesie cię chwila.
[b]
Wierzę, że seks jest prosty.[/b] To my sami go komplikujemy. Wyobrażamy sobie, że trzeba posiąść jakąś tajemną wiedzę, zrobić doktorat i nauczyć się na pamięć sekretnych sztuczek gejsz. Jasne, jest wiele rzeczy, których warto spróbować w łóżku. Możesz czytać, chodzić na warsztaty czy na indywidualne sesje coachingowe. Kluczem do łatwego seksu są świadomość i komunikacja. Jeśli wiesz, czego chcesz i (co jeszcze ważniejsze) czego nie chcesz i jasno o tym mówisz partnerowi czy partnerce, wszystko staje się prostsze. Chcesz czegoś? Powiedz to lub pokaż. Chcesz dać przyjemność drugiej osobie? Zapytaj jak albo spróbuj i sprawdzaj, jak ci idzie. Tak po prostu. Nie ma w tym wielkiej filozofii.

[b]Wierzę, że seks to dobra zabawa. I dużo śmiechu.[/b] Serio, jeśli będziesz traktował/a go zbyt serio to jesteś na dobrej drodze do porażki. Pomyśl, gdy wtłoczysz do pochwy za dużo powietrza a potem wyjmiesz penisa, wyda ona dźwięk jakby puszczała bąka. Zabawne, prawda? Nie ma sensu się tego wstydzić. Lepiej się pośmiać i zachwycić niesamowitymi zdolnościami naszego ciała. Dla mnie sypialnia to taki plac zabaw dla dorosłych. Mamy nasze specjalne zabawki i ulubione gry (słów mi brak, żeby podkreślić jak fantastyczne są te nasze zabawki!). Następnym razem, spróbuj potraktować zbliżenie jak dobrą zabawę i zobacz, co się wydarzy.

[b]Wierzę, że w seksie zawsze jest nadzieja.[/b] Większość problemów można rozwiązać (a jak się nie da to można to jakoś obejść, jak mawia mój mąż informatyk) i mieć dobry seks. Czasem będzie on wystarczająco dobry. A czasem przekroczy Twoje oczekiwania i będzie tak dobrze, że będziesz pojękiwać i krzyczeć „O tak!”. Czego sobie i Tobie życzę jak najczęściej.


Spodobał Ci się mój Manifest? [url=http://ankagrzywacz.pl/kontakt/]Napisz proszę[/url], co z niego bierzesz dla siebie.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/2f781e415c04cfd680a008f94cdda7f5,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/2f781e415c04cfd680a008f94cdda7f5,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">fot. StarFlames / Public Domain</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/137829,obalamy-mity-dlaczego-boimy-sie-chust</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/137829,obalamy-mity-dlaczego-boimy-sie-chust</link><pubDate>Tue, 17 Jul 2018 23:14:14 +0200</pubDate><title>Obalamy mity! Dlaczego boimy się chust?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/1b2583135a2e3370b83cd3aff1a4f7b0,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Noszenie w chuście pozwala rodzicowi i dziecku zbudować niespotykaną więź, daje poczucie bezpieczeństwa i ogromnej bliskości.  Dzięki fizjologicznej pozycji malec może bezpiecznie podziwiać świat, dlatego jest ona polecana już od urodzenia. Niestety wokół noszenia w chuście nadal krąży wiele mitów.

1. Udusi się! Nie ma czym oddychać!
Dziecko w chuście jest w pionie ale nie jest pionizowane, to pozwala na całkowitą kontrolę maluszka podczas noszenia. Chusta musi ciasno otulać dziecko i odciążać kręgi i krążki międzykręgowe. Musi być ułożone tak, aby jego plecki były zaokrąglone odpowiednio do stanu rozwoju kręgosłupa, stabilizację głowy osiągamy poprzez podwinięcie miednicy. Nie ograniczamy pola widzenia maluszka ani nie naciągamy na główkę materiału. Prawdopodobieństwo asfiksji (zamartwicy), czyli niedoboru tlenu w organizmie może wystąpić jedynie w przypadku źle zawiązanego wiązania "kołyska" dlatego my doradcy ClauWi nie uczymy tego wiązania i zazwyczaj odradzamy.
[photo]328923[/photo]2. Nie noś bo się przyzwyczai!
„nie noś dziecka, bo przyzwyczaisz” lub „nie noś dziecka, bo je rozpieścisz” któraś z nas to słyszała? :) To przedłużenie stanu, który malec zna z twojego brzucha. Nasz świat jest dla niego wielkim wyzwaniem, to do niego się przyzwyczaja! Chusta może być pomocą w adaptacji do nowych warunków. Kontakt ciało do ciała daje poczucie bezpieczeństwa. Noszenie ma dobry wpływ na samopoczucie dziecka ćwiczy ono odbieranie bodźców i redukuje stres, wspomaga system nerwowy. Wzmacnia zaufanie oraz pewność siebie (brak lęków separacyjnych, nieutulonego płaczu, poczucie bezpieczeństwa, odbiór otoczenia z bezpiecznej pozycji)
3. Chusta elastyczna jest najlepsza na początek.
Nic bardziej mylnego. Chusty elastycznej nie dociągamy - zawiązujemy ją 
i wkładamy w nią dziecko. Nie daje odpowiedniego podparcia dla kręgosłupa i spełnia rolę nosidła. Nie możemy wykonywać nią takich wiązań jak chustą tkaną. Bezpieczne wiązanie to takie, w którym są 3 warstwy materiału na dziecku, co może sprawiać, że dziecku będzie w niej gorąco. Wprowadza dziecko w zbyt duże odwiedzenie a przy większych kilogramach sprężynuje. 
4. Dziecko w chuście garbi się!
Kształt kręgosłupa maluszka jest zupełnie inny  niż osoby dorosłej. Powinno pozostać zagłębienie, aby dziecko mogło zaokrąglić plecki, zwłaszcza podczas snu, zapewnia nam to chusta która pracuje i wzdłuż i wszerz. Stabilizację głowy dziecka, osiągamy to poprzez podwinięcie miednicy oraz dzięki napięciu górnej krawędzie ( głowa dziecka nie opada do tyłu a na naszą klatkę piersiową. Wiązanie musi umożliwić osiągnięcie pozycji zgięciowo odwiedzeniowej dziecko w chuście powinno mieć pozycję kuczną, a nie siedzieć na chuście (powinno kołysać się wraz z ciałem noszącego)[photo]328925[/photo]
5. Chusty są drogie.
Dobre chusty możemy kupić już od ok 200 zł, dotyczy to zarówno nowych i używanych, rzadko tracą na wartości na rynku wtórnym. Popularne i przystępne cenowo firmy to: Little Frog, Natibaby, LennyLamb, Yaro, Didymos, Girasol, Hoppediz czy Storchenwiege.
Czasami warto kupić chustę używaną czyli "złamaną", nowe często (nie zawsze (!), bo cieniutkie chusty są miękkie od nowości) są sztywne, co może sprawiać trudności początkującym rodzicom.
6. Wyleci, wypadnie!
Z prawidłowo zawiązanej chusty dziecko nie ma prawa wypaść. Zawsze dbamy o jakość wiązania, o to żeby było bezpieczne dla dziecka i rodzica. Dlatego jesteśmy do dyspozycji rodziców którzy nie są pewni swoich umiejętności. Doradcy Noszenia to osoby, które skończyły specjalny kurs i zyskały uprawnienia pozwalające prowadzić prywatne konsultacje oraz warsztaty zbiorowe dla rodziców i par spodziewających się potomka. Na takim kursie zdobywamy wiedzę podstawową z zakresu anatomii, wykonujemy ćwiczenia, które pozwalają nam lepiej zrozumieć jak rozwijają się dzieci w pierwszym roku życia. 

A Wy jakie mieliście obawy przed pierwszym motaniem? A może Wasze obawy wzbudziły komentarze innych?]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/1b2583135a2e3370b83cd3aff1a4f7b0,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/1b2583135a2e3370b83cd3aff1a4f7b0,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/137827,jak-odroznic-nosidlo-ergonomiczne-od-wisiadla</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/137827,jak-odroznic-nosidlo-ergonomiczne-od-wisiadla</link><pubDate>Tue, 17 Jul 2018 18:53:02 +0200</pubDate><title>Jak odróżnić nosidło ergonomiczne od „wisiadła”?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/a00b94e80b62459af931b1b2c01cb33b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Dzieci od urodzenia możemy nosić tylko w chuście, ale gdy zaczynają samodzielnie siadać rodzice mają często ochotę spróbować czegoś innego - nosić je w nosidle, które może być wybawianiem na wakacjach i w podróży. Włożenie dziecka do nosidła jest na pewno prostsze niż zamotanie chusty, jednak jego wybór może sprawić wiele trudności. Na rynku obecnych jest wiele modeli nosideł, bardzo duża część z nich to „wisiadła”, w których dziecko przybiera nieprawidłową pozycję. Godne uwagi są nosidła ergonomiczne, nosidła hybrydy i typu Mei Tai - nosidła miękkie.

„Wisiadłami” nazywamy nosidła, w których dziecko nie jest w stanie przybrać fizjologicznej postawy. Posiadają wąski pasek w kroczu, na którym dziecko wisi całym ciężarem. Są one usztywniane i nie zapewniają podparcia dla kręgosłupa. W „wisiadle” nogi zazwyczaj zwisają bezwładnie, w niektórych typach możemy zauważyć, że materiał wbija się mniej więcej w okolicy połowy uda, co jest niekorzystne dla stawów biodrowych. Noszący odczuwa dyskomfort, ponieważ przesunięty jest środek ciężkości, a dziecko wisi. Przyglądając się rodzicom noszącym swoje pociechy w tego typu nosidłach możemy zauważyć, że praktycznie wszyscy podtrzymują biodra swoich dzieci, podnoszą nóżki do góry, podświadomie czują, że pozycja, w jakiej znajduje się dziecko nie jest dla niego komfortowa. Maluchy bardzo często nie dają znać, że jest im niewygodnie, radość z bycia blisko rodzica przyćmiewa dyskomfort. [photo]328913[/photo][photo]328909[/photo]
http://hipdysplasia.org/developmental-dysplasia-of-the-hip/prevention/baby-carriers-seats-and-other-equipment/
Korzystając z wszelkiego typu nosideł musimy zwrócić uwagę, aby nigdy nie nosić pociech przodem do świata. Wielu rodziców uważa, że noszenie przodem do świata jest lepsze, ponieważ dzieci mają większe pole widzenia, niestety nie jest to prawdą. Dziecko jest narażone na nadmiar bodźców, a poza tym nie jest w stanie przyjąć prawidłowej pozycji ciała, gdyż całym ciężarem opiera się na spojeniu łonowym i genitaliach. [photo]328915[/photo]
Nosidła ergonomiczne i miękkie są alternatywą dla chust w przypadku dzieci samodzielnie siadających. Panel sięga zawsze od kolanka do kolanka, ma to dobry wpływ na rozwój oraz samopoczucie dziecka. Jest mu po prostu wygodniej. Pozycja, jaką przyjmuje dziecko, czyli obejmowanie nogami, powoduje, że noszący nie czuje obciążenia. Nosidło powinno być [photo]328917[/photo]dopasowane, przylegać do rodzica, noszony nie może chwiać się na boki. Producenci przebijają się w rozwiązaniach, które miałyby umożliwić bezpieczne noszenie noworodków w nosidłach. Możemy spotkać się z wkładkami dla noworodków, (nawet w przypadku najlepszych nosideł ergonomicznych) nie zapewnia ona dziecku odpowiedniej pozycji i nie odciąża kręgosłupa. Niektóre wkładki są bardzo grube, co dodatkowo sprawia dyskomfort.[photo]328919[/photo]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/a00b94e80b62459af931b1b2c01cb33b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/a00b94e80b62459af931b1b2c01cb33b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/137737,nieslubne-dziecko-mojej-zony-jak-zaprzeczyc-ojcostwu-meza-matki</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/137737,nieslubne-dziecko-mojej-zony-jak-zaprzeczyc-ojcostwu-meza-matki</link><pubDate>Wed, 11 Jul 2018 12:31:48 +0200</pubDate><title>„Nieślubne dziecko mojej żony” – jak zaprzeczyć ojcostwu męża matki?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/9b1ea764728996b79a8155fc3006086e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zaprzeczenie ojcostwa męża matki to dość częsty przypadek pojawiający się na gruncie coraz to bardziej skomplikowanych relacji małżeńskich. Nierzadko zdarza się bowiem, iż małżonkowie nie regulując dotychczasowych stosunków prawno-rodzinnych, w praktyce wkraczają na nową drogę życia w pojedynkę. Problem powstaje jednak w momencie, kiedy w samotnym życiu któregoś z małżonków pojawia się nowy partner, jeszcze większy natomiast – gdy ze związku tego, narodzi się dziecko. Jeśli  bowiem dziecko to, urodzi się jeszcze w czasie trwania małżeństwa albo przed upływem trzystu dni od jego ustania lub unieważnienia, domniemywa się, że pochodzi ono od męża matki. Często, wbrew realnemu stanowi spraw...

[b]Kiedy zachodzi domniemanie ojcostwa męża matki?[/b]

Domniemanie ojcostwa opiera się na dwóch istotnych faktach:

- pozostawanie matki dziecka w związku małżeńskim oraz:
- urodzenie się dziecka w czasie trwania tego związku albo przed upływem trzystu dni od jego ustania lub unieważnienia.

Domniemanie to pozostaje zatem całkowicie niezależne od tego, czy małżonkowie  w czasie trwania ich związku (tj. do chwili jego ustania lub unieważnienia) albo też przed upływem trzystu dni od ustania lub unieważnienia ich małżeństwa, rzeczywiście obcowali ze sobą fizycznie. Z punktu widzenia oceny ustawowych przesłanek przypisania ojcostwa, liczy się bowiem jedynie przewidziana treścią art. 62 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, potencjalna możliwość doprowadzenia przez małżonków do poczęcia nowo narodzonego dziecka w tym okresie.

Możliwe są więc sytuacje gdy prawnie – ojcem dziecka pozostawać będzie np. mężczyzna pozostający z żoną w faktycznej, wieloletniej separacji (nie orzeczonej formalnie przez sąd), na co dzień zamieszkujący zagranicą i prowadzący tam życie z nową partnerką. Niedopilnowanie przez małżonków kwestii formalnego rozwiązania węzła małżeństwa, przed datą narodzin potomka żony, zadecyduje bowiem w tym przypadku o przypisaniu ojcostwa wciąż aktualnemu mężowi matki.

[b]Pod pojęciem daty „ustania związku małżeńskiego” rozumieć należy:[/b]

- datę uprawomocnienia się orzeczenie sądu o rozwiązaniu małżeństwa stron poprzez rozwód (patrz: wyrok SN z 6 listopada 1967 r., I CR 355/67, LexisNexis nr 319096, OSNCP 1968, nr 7, poz. 123), a także:
- datę śmierci jednego z nich.

Warto dodać w tym miejscu, iż wyrok rozwodowy nie zawsze uprawomocnia się w tym samym czasie co do wszelkich postanowień zawartych w jego sentencji. Sentencja ta składa się bowiem z kilku części: rozwiązania małżeństwa stron (z winy jednej ze stron, bez orzekania o winie, z winy obu stron), orzeczenia o sposobie korzystania z ich wspólnego mieszkania, o kwestii władzy rodzicielskiej nad wspólnymi dziećmi, o kontaktach z nimi o alimentach itp. Może więc zdarzyć się, iż jedno z małżonków zaskarży wyrok tylko w części dotyczącej alimentów lub np. władzy rodzicielskiej nad małoletnimi dziećmi stron. W tym przypadku wyrok uprawomocni się po upływie 21 dni od daty jego ogłoszenia lub wydania, tylko w części niezaskarżonej.
[photo]328711[/photo]
Jeżeli więc dziecko urodziło się po ogłoszeniu, lecz przed uprawomocnieniem się wyroku rozwodowego jego matki, to urodziło się w czasie trwania małżeństwa i ma za sobą domniemanie z art. 62 § 1. Podobnie rzecz się przedstawia, jeżeli od dnia uprawomocnienia się wyroku rozwodowego do daty urodzenia dziecka nie upłynęło 300 dni.

Z kolei pod pojęciem „daty unieważnienia małżeństwa”, należy rozumieć datę uzyskania prawomocności przez wyrok sądu unieważniający małżeństwo stron z przyczyn enumeratywnie wymienionych w Kodeksie rodzinnym i opiekuńczym.

[b]Przykład 1:[/b][i][/i]
[i]Państwo Tomasz i Joanna są małżeństwem od 2005r. Od roku Pani Joanna nie mieszka z mężem, pozostając w nieformalnym związku z Panem Grzegorzem, z którym spodziewa się dziecka. Pani Joanna złożyła pozew rozwodowy do Sądu, domagając się orzeczenia przez Sąd o rozwodzie z winy obu stron. Sąd wydał wyrok rozwodowy zgodnie z żądaniem powódki. Pan Tomasz zaskarżył orzeczenie Sądu w części orzekającej o rozwodzie stron, domagając się wydania przez Sąd orzeczenia rozwodu z winy małżonki. W oczekiwaniu na wyrok sądu odwoławczego, Pani Joanna urodziła dziecko Pana Grzegorza. Z uwagi na fakt, iż orzeczenie sądu w zakresie dotyczącym rozwiązania małżeństwa stron pozostawało w tym czasie nieprawomocne (pomimo nawet uprawomocnienia się tegoż orzeczenia w pozostałej części dotyczącej, np. alimentów, władzy rodzicielskiej nad pozostałymi dziećmi małżonków, kontaktów z tymi dziećmi) – ojcem najmłodszego dziecka formalnie pozostaje zatem Pan Tomasz.[/i]

Jeśli więc mąż matki posiada pewność co do tego, iż nie jest ojcem dziecka narodzonego w trakcie trwania jego związku małżeńskiego z matką dziecka lub w okresie pierwszych 300 dni od daty ustania lub unieważnienia małżeństwa wiążącego go z małżonką, jedynym sposobem na „wyzbycie się” ojcostwa względem nowo narodzonego dziecka pozostaje powództwo z art. 63 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego.

[b]Gdzie i kiedy wytoczyć powództwo o zaprzeczenie ojcostwa?[/b]

Powództwo to winno zostać wytoczone przed sąd rejonowy właściwy ze względu na miejsce zamieszkania pozwanego (tj. małżonki oraz jej dziecka). Jeśli jednak brak jest podstaw dla wytoczenia powództwa według przepisów o właściwości ogólnej (według miejsca zamieszkania matki oraz dziecka), o właściwości miejscowej sądu zadecyduje miejsce zamieszkania powoda (ojca dziecka).

Mąż matki może wytoczyć powództwo o zaprzeczenie ojcostwa w ciągu sześciu miesięcy od dnia, w którym dowiedział się o urodzeniu dziecka przez żonę, nie później jednak niż do osiągnięcia przez dziecko pełnoletności.
[photo]328713[/photo]
Jeżeli mąż matki został całkowicie ubezwłasnowolniony z powodu choroby psychicznej lub innego rodzaju zaburzeń psychicznych, na które zapadł w ciągu terminu do wytoczenia powództwa o zaprzeczenie ojcostwa, powództwo może wytoczyć jego przedstawiciel ustawowy. Termin do wytoczenia powództwa wynosi w tym wypadku sześć miesięcy od dnia ustanowienia przedstawiciela ustawowego, a jeżeli przedstawiciel powziął wiadomość o urodzeniu się dziecka dopiero później – sześć miesięcy od dnia, w którym tę wiadomość powziął.

[b]Przykład 2:[/b][i][/i]
[i]Pan Tomasz jest chory na schizofrenię. Stan ten uniemożliwia mu normalne funkcjonowanie i podejmowanie codziennych decyzji. Sądową opiekę nad Panem Tomaszem objęła jego matka – Pani Eleonora. Pani Eleonora dowiedziała się o fakcie narodzin dziecka, żony Pana Tomasza i jej nowego partnera 10 marca 2015r. Dziecko to urodziło się 15 czerwca 2014r. a do tej pory matka Tomasza nie miała wiedzy na temat jego istnienia. Pani Eleonora ma zatem czas do 10 września 2015r. na wniesienie powództwa w imieniu syna o zaprzeczeniu jego ojcostwa nad nowo narodzonym dzieckiem jego żony.[/i]

Jeżeli przedstawiciel ustawowy męża całkowicie ubezwłasnowolnionego nie wytoczył powództwa o zaprzeczenie ojcostwa, mąż może wytoczyć powództwo po uchyleniu ubezwłasnowolnienia. Termin do wytoczenia powództwa wynosi w tym wypadku sześć miesięcy od dnia uchylenia ubezwłasnowolnienia, a jeżeli mąż powziął wiadomość o urodzeniu się dziecka dopiero później – sześć miesięcy od dnia, w którym tę wiadomość powziął.

[b]Przykład 3:[/b][i][/i]
[i]Stan Pana Tomasza poprawił się na tyle, iż dnia 10  kwietnia 2015r. sąd uchylił orzeczone wobec niego ubezwłasnowolnienie. Jego dotychczasowa przedstawicielka  ustawowa – Pani Eleonora, na miesiąc przed uchyleniem ubezwłasnowolnienia syna, poinformowała go o fakcie narodzin dziecka jego żony. Pan Tomasz ma więc czas do 10 października 2015r. (6 miesięcy) na złożenie powództwa o zaprzeczenie jego ojcostwa.[/i]

Jeśli Pani Eleonora przekazałaby synowi tę samą informację po dacie uprawomocnienia się wyroku uchylającego ubezwłasnowolnienie np. 10 sierpnia 2015r., czas na złożenie powództwa zakończyłby się 10 lutego 2016r., tj. po upływie 6 miesięcy od dnia w którym mąż matki dziecka – Pan Tomasz dowiedział się o fakcie narodzin potomka żony.

Warto dodać, iż przesłanki te obowiązują także w przypadku braku formalnego orzeczenia o ubezwłasnowolnieniu ojca dziecka. Jeśli bowiem mąż matki zapadł na chorobę psychiczną lub innego rodzaju zaburzenia psychiczne w ciągu terminu do wytoczenia powództwa o zaprzeczenie ojcostwa, ale pomimo istnienia podstaw do ubezwłasnowolnienia całkowitego nie został ubezwłasnowolniony, może on wytoczyć powództwo w ciągu sześciu miesięcy od ustania choroby lub zaburzeń, a gdy powziął wiadomość o urodzeniu się dziecka dopiero później – w ciągu sześciu miesięcy od dnia, w którym tę wiadomość powziął.

[b]Kogo należy pozwać?[/b]
Mąż matki powinien wytoczyć powództwo o zaprzeczenie ojcostwa przeciwko dziecku i matce, a jeżeli matka nie żyje – przeciwko dziecku.

Nie może on jednak wystąpić z powództwem o zaprzeczenie swojego ojcostwa, jeżeli dziecko zostało poczęte w następstwie zabiegu medycznego, na który uprzednio wyraził zgodę.
[photo]328715[/photo]
Co istotne – także matka dziecka, a nawet samo dziecko mogą wystąpić z takim powództwem.

Matka powinna wytoczyć powództwo o zaprzeczenie ojcostwa przeciwko mężowi i dziecku, a jeżeli mąż nie żyje – przeciwko dziecku. Termin dla wytoczenia powództwa o zaprzeczenie ojcostwa przez matkę to sześć miesięcy od urodzenia dziecka.

Dziecko powinno wytoczyć powództwo przeciwko mężowi swojej matki i matce, a jeżeli matka nie żyje – przeciwko jej mężowi. Jeżeli mąż matki nie żyje, powództwo powinno być wytoczone przeciwko kuratorowi ustanowionemu przez sąd opiekuńczy. Dziecko może jednak wytoczyć wskazane wyżej powództwo dopiero po uzyskaniu pełnoletniości, nie później jednak niż w ciągu trzech lat od jej uzyskania.

[b]Kiedy domniemanie ojcostwa nie działa?[/b]
Warto dodać, iż domniemania ojcostwa męża matki nie stosuje się, jeżeli dziecko urodziło się po upływie trzystu dni od orzeczenia separacji.

Domniemanie to pozostaje wyłączone, także wówczas jeśli dziecko urodziło się co prawda w okresie pierwszych trzystu dni od  daty ustania lub unieważnienia małżeństwa (np. orzeczenia rozwodu matki z pierwszym mężem), niemniej – po zawarciu przez matkę małżeństwa z kolejnym mężczyzną, domniemywa się, że dziecko to pochodzi od drugiego męża.

Podobnie także – prawomocne zaprzeczenie macierzyństwa kobiety wpisanej w akcie urodzenia jako matka dziecka automatycznie eliminuje domniemanie pochodzenia dziecka od jej męża (patrz: wyrok SN z 2 marca 1966 r., II CR 31/66, LexisNexis nr 314795, OSNCP 1966, nr 11, poz. 198).

[photo]328719[/photo]
[b]Jakie są skutki zaprzeczenia ojcostwa dziecka?[/b]
Na skutek uprawomocnienia się wyroku zaprzeczającego ojcostwo ustają wszelkie prawa i obowiązki wynikające ze stosunku domniemanego pokrewieństwa dziecka i męża jego matki. Ze skutkiem wstecznym, tj. od daty poczęcia tego dziecka ustaje także nad nim władza rodzicielska męża matki. W doktrynie przeważa jednak pogląd zgodnie z którym ważność zachowują jednak te czynności prawne, których mąż matki dokonał w imieniu dziecka, do czasu obalenia domniemania jego ojcostwa. Z uwagi na ochronę zasad bezpieczeństwa obrotu prawnego, do chwili uprawomocnienia się takiego wyroku mężowi matki przysługuje bowiem prawo reprezentacji dziecka. Co istotne, do tej daty ciąży także na nim obowiązek ponoszenia wspólnie z matką kosztów utrzymania i wychowania dziecka.

Prawomocny wyroku zaprzeczający ojcostwo wyłącza ze skutkiem wstecznym (od daty poczęcia dziecka) prawo męża matki do dziedziczenia po nim. Także dziecko, na skutek uprawomocniania się wskazanego wyroku, nie może dziedziczyć po mężu matki. Zapadłe już postanowienie o stwierdzeniu nabycia spadku, uwzględniające ojcostwo prawne męża matki, może być uchylone lub zmienione w trybie art. 679 k.p.c.

Czy można odzyskać koszty utrzymania poniesione przed zaprzeczeniem ojcostwa?
Jak wskazano powyżej, do czasu uprawomocnienia się wyroku zaprzeczającego ojcostwo męża matki, ma on obowiązek ponoszenia wspólnie z matką kosztów utrzymania i wychowania dziecka. Pojawia się więc pytanie czy po tej dacie, mąż matki może wystąpić o zwrot poniesionych w tym przedmiocie wydatków?

Odpowiedzi na powyższe udzielił Sąd Najwyższy w uchwale składu 7 sędziów SN z 11 października 1982 r. (III CZP 22/82, LexisNexis nr 301677, OSNCP 1983, nr 1, poz. 2). W cytowanym rozstrzygnięciu Sąd Najwyższy przyjął zasadę prawną, zgodnie z którą nie ulegają zwrotowi spełnione już świadczenia alimentacyjne, świadczenia te były bowiem spełnione w okresie, gdy miały one usprawiedliwioną podstawę prawną. Niemniej jednak mąż matki, zobowiązany prawomocnym wyrokiem do świadczenia na rzecz dziecka alimentów, może z chwilą prawomocnego obalenia domniemania jego ojcostwa w drodze zaprzeczenia ojcostwa żądać ustalenia, że jego obowiązek alimentacyjny ustał co do świadczeń alimentacyjnych niespełnionych do tej chwili. Ustaje także obowiązek dalszych świadczeń, a mąż matki może żądać na podstawie art. 138 orzeczenia przez sąd, że jego obowiązek alimentacyjny ustał.

[b]Adwokat Dagmara Jagodzińska[/b]
[url=http://adwokat-bielsko-czechowice.pl]Kancelaria Prawa Rodzinnego[/url] - Bielsko-Biała]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/9b1ea764728996b79a8155fc3006086e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/9b1ea764728996b79a8155fc3006086e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/136785,jak-zabezpieczyc-sie-przed-dlugami-malzonka-w-trakcie-rozwodu</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/136785,jak-zabezpieczyc-sie-przed-dlugami-malzonka-w-trakcie-rozwodu</link><pubDate>Fri, 18 May 2018 21:58:52 +0200</pubDate><title>Jak zabezpieczyć się przed długami małżonka w trakcie rozwodu?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/e84d3bcef0f3f89f3de25f19706ea6a1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />„Jestem w trakcie postępowania rozwodowego z moim małżonkiem. Mąż prowadzi od lat działalność gospodarczą, która w chwili obecnej, z uwagi na postępujący spadek formy psychicznej męża – chyli się ku upadkowi. Powoli napływać zaczynają pod nasz wspólny adres zamieszkania, pierwsze wezwania do zapłaty oraz ponaglenia. Rozwód ciągnie się już ponad pół roku, a ja obawiam się narastania kolejnych długów… Co zrobić, aby zabezpieczyć się przed postępującym zadłużeniem?”

Rozwód, nawet najmniej skomplikowany – trwa przez pewien czas. Od chwili złożenia pozwu, aż po uzyskanie prawomocnego orzeczenia o rozwiązaniu małżeństwa mija najczęściej od jednego do nawet kilkunastu miesięcy. W międzyczasie, małżonkowie funkcjonują w swoistym „stanie przejściowym” pomiędzy faktycznym zakończeniem wspólnego pożycia, a formalnym rozdzieleniem ich od siebie pod względem prawnym oraz… majątkowym.

Wypada bowiem wskazać, iż o ile małżonkowie, w czasie trwania małżeństwa nie zawarli tzw. intercyzy (czyt. umowy małżeńskiej majątkowej), która wprowadzałaby pomiędzy nimi system rozdzielności majątkowej umownej, najpewniej pozostają w dalszym ciągu w systemie automatycznej, wspólności ustawowej małżeńskiej, powstałej między nimi z chwilą wstąpienia w związek małżeński. Co niezwykle istotne, wspomniana wspólność trwa pomiędzy małżonkami, aż do czasu prawomocnego rozwiązania ich małżeństwa, a zatem utrzymuje się także przez cały czas trwania postępowania o rozwód – przed Sądem I oraz II instancji, aż do dnia uprawomocnienia się wyroku orzekającego rozwód tych małżonków.

Skoro zaś, w okresie tym, małżonkowie pozostają w ustroju wspólności majątkowej małżeńskiej, oznacza to, iż w dalszym ciągu – rzeczy nabywane przez jednego z nich (poza enumeratywnie wymienionymi w przepisach wyjątkami) trafiają do wspólności majątkowej małżeńskiej, z kolei długi zaciągane przez każdego z małżonków, obciążają tę wspólność.

Sytuacja nie jest jednak beznadziejna. Po pierwsze bowiem, należy pamiętać o treści art. 41 par. 2 Kr.o. Zgodnie z cytowanym tu artykułem, w sytuacjach w których małżonek zaciągnął zobowiązanie bez zgody drugiego małżonka albo zobowiązanie jednego z małżonków nie wynika z czynności prawnej, wierzyciel może żądać zaspokojenia z majątku osobistego dłużnika, z wynagrodzenia za pracę lub z dochodów uzyskanych przez dłużnika z innej działalności zarobkowej, jak również z korzyści uzyskanych z jego praw, o których mowa w art. 33 pkt 9, a jeżeli wierzytelność powstała w związku z prowadzeniem przedsiębiorstwa, także z przedmiotów majątkowych wchodzących w skład przedsiębiorstwa. Zakres odpowiedzialności małżonka oczekującego na orzeczenie rozwodu, za zobowiązania zaciągnięte przez drugiego z małżonków, zależał będzie więc w zasadzie od tego, czy małżonek który zaciągnął zobowiązanie, uczynił to za zgodą współmałżonka, czy też bez takiej zgody. Jeżeli małżonek zaciągnął zobowiązanie za zgodą drugiego małżonka, wierzyciel może żądać zaspokojenia nie tylko z majątku osobistego dłużnika, ale także z całego majątku wspólnego małżonków.

Po drugie, istnieją rozwiązania umożliwiające doprowadzenie do ustania systemu wspólności majątkowej małżeńskiej, przed rozwodem. Najprostszą formą zabezpieczenia interesów majątkowych małżonka oczekującego na rozwód, byłoby więc np zawarcie ze współmałżonkiem tzw. intercyzy – umowy małżeńskiej majątkowej o ustanowieniu rozdzielności. Na jej zawarcie, niezbędna pozostawać będzie jednak zgoda współmałżonka, który winien stawić się w wybranej kancelarii notarialnej i zawrzeć Umowę, jako jedna z jej stron.

Co jeśli zgody tej brakuje? Pozostają już tylko dwa wyjścia. Można czekać na orzeczenie rozwodu, którego prawomocne orzeczenie spowoduje wprowadzenie pomiędzy małżonkami z automatu – systemu rozdzielności majątkowej, albo wybrać drogę kolejnego postępowania sądowego. Jedyną bowiem (poza umową) drogą ustanowienia rozdzielności majątkowej małżonków, przed orzeczeniem rozwodu, pozostawać będzie złożenie osobnego pozwu – tym razem, skierowanego do sądu rejonowego. Sąd ten, rozpozna wówczas sprawę o przymusowe ustanowienie rozdzielności majątkowej małżeńskiej; jeśli złożony zostanie odpowiedni pozew, także  z datą wsteczną. Spowoduje to jednak, iż obie sprawy – o rozwód i o rozdzielność – będą toczyć się równolegle. Istotna pozostawać będzie przy tym, data zapoczątkowania postępowania o ustanowienie rozdzielności. Zgodnie z Uchwała SN z dnia 14.4.1994 r., III CZP 44/94:

„Chociaż wspólność majątkowa istniejąca między małżonkami ustaje także z chwilą uprawomocnienia się wyroku rozwodowego, to w orzecznictwie Sądu Najwyższego utrwalony jest pogląd, że orzekanie o zniesieniu małżeńskiej wspólności majątkowej z mocą wsteczną jest dopuszczalne także po prawomocnym rozwiązaniu związku małżeńskiego przez rozwód, jeżeli powództwo zostało wytoczone przed tą datą (tak Sąd Najwyższy w uchwale z dnia 5 listopada 1993 r. III CZP 161/93, Wokanda 1994/1/4 oraz w uchwale z dnia 14 kwietnia 1994r. III CZP 44/94, OSNCP 1994, nr 10, poz. 190)”

Należy zatem dopilnować, aby w powyższej sytuacji, powództwo w sprawie o ustanowienie rozdzielności majątkowej małżonków, także z datą wsteczną – złożone zostało przed prawomocnym zakończeniem postępowania w sprawie o rozwód. Jak widać, mowa tu jednak o kolejnym procesie sądowym. Warto poczekać zatem z jego wszczęciem na moment powstania realnego ryzyka narastania długów.

[b][url=https://www.facebook.com/adwokatbielsko/]Adwokat Dagmara Jagodzińska[/url][/b]
Właściciel Kancelarii Adwokackiej w Bielsku-Białej i Czechowicach-Dziedzicach
Autorka bloga: [url=https://www.facebook.com/rozwodbielsko/]Adwokat Rozwód Bielsko[/url]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/e84d3bcef0f3f89f3de25f19706ea6a1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/e84d3bcef0f3f89f3de25f19706ea6a1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/135377,orgazmu-mozna-sie-nauczyc-na-smartfonie</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/135377,orgazmu-mozna-sie-nauczyc-na-smartfonie</link><pubDate>Fri, 02 Mar 2018 18:44:49 +0100</pubDate><title>Orgazmu można się nauczyć… na smartfonie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/ddafd1acfd9e4097a24ebe9801dd7fa9,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wybierz swoją przyjemność… czyż to nie zachęcające powitanie? I nie chodzi wcale o wizytę w domu uciech, a o chwilę uciechy we własnym domu. Albo w samochodzie. Albo na pikniku... cokolwiek nam podpowiada wyobraźnia. O czym mowa? O stronie internetowej, która uczy kobiety w masturbacji. I robi to w niesamowitym stylu. Jest zmysłowo, kobieco, elegancko i bardzo, bardzo dosłownie. Przesuwanie paluszkiem po ekranie telefonu już nigdy nie będzie  takie samo.

Ale od początku. Projekt OMG YES (czyli [i]„O mój Boże, tak!")[/i]  wymyślili kobieta i mężczyzna - Lydia Daniller i Rob Perkins, a firma, która go realizuje ma równie uroczą, co trudno przetłumaczalną nazwę For Goodness Sake LLC (co oznacza za równo [i]„na miłość boską”[/i] oraz [i]„dla dobra sprawy”).[/i] W centrum tej całej inicjatywy stoją kobiety. To one wzięły udział w dużych jakościowych i ilościowych (1) badaniach na temat kobiecej seksualności, które stanowią naukową podstawę dla serwisu. Kilkanaście odważnych kobiet zdecydowało się wystąpić przed kamerą i opowiedzieć nam i pokazać, jak dają sobie przyjemność . 
[i]
[b]Tak, tak, na OMG YES zobaczycie zbliżenia kobiecych genitaliów, jakie znacie przede wszystkim z pornografii. Tu jednak cel jest inny – dokładne instrukcje mają przede wszystkim nauczyć użytkowniczki i użytkowników, jak pieścić łechtaczkę i zewnętrzne narządy płciowe[/b].[/i] 

[b]Lekcje masturbacji przez internet[/b]

Jak wyglądają „lekcje” masturbacji przez internet? Logujesz się na swoim koncie z komputera (a najlepiej ze smartfona, za chwilę wyjaśnię dlaczego) i wybierasz jeden z dostępnych tematów. Aktualnie można wykupić dostęp do pierwszego sezonu, który skupia się na ręcznej stymulacji łechtaczki. Wybieram na przykład temat „niespodzianka”. Tam wita mnie krótki filmik, w którym kobieta w zwyczajnych ciuchach i codziennym makijażu opowiada, jak lubi się dotykać. Mówi, że chętnie zmienia tempo, siłę i miejsce nacisku. Potem mamy trochę porad na temat wybranej techniki, kilka statystyk mówiących, co lubią kobiety (np. 65% badanych lubi ciągle siebie zaskakiwać, zmieniać coś w trakcie pieszczot łechtaczki). Potem jeszcze kilka autentycznych wypowiedzi do poczytania i przechodzimy do video. Ta sama kobieta jest już w bieliźnie lub naga i pokazuje własną technikę samomiłości. Filmik w niczym nie przypomina kiczowatego porno. Jest estetycznie, zmysłowo, widać uśmiech na twarzy „instruktorki”. Nagranie nie kończy się orgazmem, chodzi tylko o zaprezentowanie sposobu dotykania. 

[b]Ćwiczenia praktyczne[/b]

Następnie przychodzi czas na ćwiczenia praktyczne. I tu naprawdę przydaje się smartfon z dużym ekranem. Naszym oczom ukazuje się mówiąca, kobieca cipka. Opowiada nam, co lubi i strzałkami pokazuje, jaki ruch wykonać. Gdy zaczynamy przesuwać palcem po monitorze, wirtualne ciało ożywa, przesuwają się wargi. Całkiem niezła symulacja realnego dotyku. Gdy wykonuję ćwiczenie prawidłowo, głos lektorki zachęcająco mruczy i mówi, że jest dobrze. Gdy przerywam, zachęca do kontynuacji, a gdy robię coś niezgodnie z techniką, podpowiada, co zmienić. Na koniec czeka mnie jeszcze garść wskazówek, jak daną technikę wykorzystać w sypialni, także z partnerem lub partnerką oraz jakie są najczęściej popełniane błędy. Nie ma punktów czy ocen, ale już samo wprowadzenie zaleceń w życie może dać ogromną satysfakcję. 
[b]
Tu do podejrzenia "grzeczna" demonstracja funkcji. Bardziej dosłowną można zobaczyć na stronie projektu. 
[youtube]https://youtu.be/-9980M6KNhQ[/youtube]

Kobiece problemy z orgazmem[/b]

W mojej pracy, czyli w coachingu seksu, trudności z doświadczaniem przyjemności i brak orgazmu to jedne z najczęstszych problemów zgłaszanych przez kobiety (lub ich partnerów). Przyczyn może być wiele – od fizycznych, przez traumy i blokady psychiczne. Ale bywa, że chodzi o zwykły brak wiedzy. I nie ma w tym nic dziwnego.

[i][b]W szkole o masturbacji mówi się zwykle w kontekście chłopców, którzy w ten sposób rozładowują swoje napięcie seksualne. O dziewczętach zwykle się nie wspomina[/b].[/i] 

Konserwatywne podręczniki i programy przedstawiają tę naturalną i zdrową praktykę jako „problem wieku dojrzewania” i zalecają przekierowanie energii na aktywność sportową. O tym, że masturbacja ma wiele zalet, nikt już nie wspomina. A jest to najprostsza droga do udanego seksu. Aby mieć udane współżycie z drugą osobą, musimy zaprzyjaźnić się ze swoim ciałem i dowiedzieć się, co ono lubi. 

Takie strony jak OMG YES to dla mnie ogromna pomoc. Moje sesje odbywają się online i nie ma w nich nagości czy pokazywania seksualnych technik. Jest tylko rozmowa i zadania domowe. Teraz mogę poprosić klientkę o wykonanie ćwiczeń ze strony i tym samym ułatwić jej poszukiwanie przyjemności. Bo co innego powiedzieć „opukaj swoją łechtaczkę i wargi” a co innego zobaczyć, jak ktoś to robi na video i wykonać wirtualne ćwiczenia. 

[b]Przyjemność dla każdego[/b]

Czy OMG YES jest tylko dla kobiet? Zdecydowanie nie! Niemal połowę użytkowników strony stanowią mężczyźni. Dla nich taki instruktaż to nieocenione źródło wiedzy o kobiecej przyjemności i mnóstwo fantastycznych inspiracji, jak pieścić partnerkę. 

Uwielbiam ten serwis jeszcze za jedną rzecz – pokazuje piękno kobiecego ciała w całej jego różnorodności. Są kobiety młodsze i starsze, o różnym kolorze skóry i wymiarach. Firma przygotowuje teraz drugi sezon i ma wielkie plany – ma być o seksie penetracyjnym, gadżetach erotycznych, o męskiej przyjemności, o osobach transpłciowych i kobietach, które doświadczyły rytualnego okaleczania genitaliów. Będzie też o seksualności w ciąży i po porodzie, z czego już się cieszę, bo wypełniłam specjalną ankietę na ten temat. 

OMG YES jest płatnym serwisem. Płacisz jeden raz około 120 zł i otrzymujesz dostęp do jednego sezonu. Strona nie jest dostępna po polsku, ale tworzone są nowe wersje językowe. Niezły pomysł na prezent, prawda?  

Chciał/abyś dowiedzieć się czegoś na temat orgazmu? [url=https://www.facebook.com/ankagrzywaczcoaching/]Zadaj mi pytanie[/url], a odpowiem na nie na żywo podczas mojej transmisji na Facebooku już w niedzielę o 21. 





(1) Women's Experiences With Genital Touching, Sexual Pleasure, and Orgasm: Results From a U.S. Probability Sample of Women Ages 18 to 94. J Sex Marital Ther. 2018 Feb 17;44(2):201-212]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/ddafd1acfd9e4097a24ebe9801dd7fa9,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/ddafd1acfd9e4097a24ebe9801dd7fa9,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Alba, uczestniczka projektu</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/135375,orgazmu-mozna-sie-nauczyc-na-smartfonie</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/135375,orgazmu-mozna-sie-nauczyc-na-smartfonie</link><pubDate>Fri, 02 Mar 2018 18:44:31 +0100</pubDate><title>Orgazmu można się nauczyć… na smartfonie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/ddafd1acfd9e4097a24ebe9801dd7fa9,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wybierz swoją przyjemność… czyż to nie zachęcające powitanie? I nie chodzi wcale o wizytę w domu uciech, a o chwilę uciechy we własnym domu. Albo w samochodzie. Albo na pikniku... cokolwiek nam podpowiada wyobraźnia. O czym mowa? O stronie internetowej, która uczy kobiety w masturbacji. I robi to w niesamowitym stylu. Jest zmysłowo, kobieco, elegancko i bardzo, bardzo dosłownie. Przesuwanie paluszkiem po ekranie telefonu już nigdy nie będzie  takie samo.

Ale od początku. Projekt OMG YES (czyli [i]„O mój Boże, tak!")[/i]  wymyślili kobieta i mężczyzna - Lydia Daniller i Rob Perkins, a firma, która go realizuje ma równie uroczą, co trudno przetłumaczalną nazwę For Goodness Sake LLC (co oznacza za równo [i]„na miłość boską”[/i] oraz [i]„dla dobra sprawy”).[/i] W centrum tej całej inicjatywy stoją kobiety. To one wzięły udział w dużych jakościowych i ilościowych (1) badaniach na temat kobiecej seksualności, które stanowią naukową podstawę dla serwisu. Kilkanaście odważnych kobiet zdecydowało się wystąpić przed kamerą i opowiedzieć nam i pokazać, jak dają sobie przyjemność . 
[i]
[b]Tak, tak, na OMG YES zobaczycie zbliżenia kobiecych genitaliów, jakie znacie przede wszystkim z pornografii. Tu jednak cel jest inny – dokładne instrukcje mają przede wszystkim nauczyć użytkowniczki i użytkowników, jak pieścić łechtaczkę i zewnętrzne narządy płciowe[/b].[/i] 

[b]Lekcje masturbacji przez internet[/b]

Jak wyglądają „lekcje” masturbacji przez internet? Logujesz się na swoim koncie z komputera (a najlepiej ze smartfona, za chwilę wyjaśnię dlaczego) i wybierasz jeden z dostępnych tematów. Aktualnie można wykupić dostęp do pierwszego sezonu, który skupia się na ręcznej stymulacji łechtaczki. Wybieram na przykład temat „niespodzianka”. Tam wita mnie krótki filmik, w którym kobieta w zwyczajnych ciuchach i codziennym makijażu opowiada, jak lubi się dotykać. Mówi, że chętnie zmienia tempo, siłę i miejsce nacisku. Potem mamy trochę porad na temat wybranej techniki, kilka statystyk mówiących, co lubią kobiety (np. 65% badanych lubi ciągle siebie zaskakiwać, zmieniać coś w trakcie pieszczot łechtaczki). Potem jeszcze kilka autentycznych wypowiedzi do poczytania i przechodzimy do video. Ta sama kobieta jest już w bieliźnie lub naga i pokazuje własną technikę samomiłości. Filmik w niczym nie przypomina kiczowatego porno. Jest estetycznie, zmysłowo, widać uśmiech na twarzy „instruktorki”. Nagranie nie kończy się orgazmem, chodzi tylko o zaprezentowanie sposobu dotykania. 

[b]Ćwiczenia praktyczne[/b]

Następnie przychodzi czas na ćwiczenia praktyczne. I tu naprawdę przydaje się smartfon z dużym ekranem. Naszym oczom ukazuje się mówiąca, kobieca cipka. Opowiada nam, co lubi i strzałkami pokazuje, jaki ruch wykonać. Gdy zaczynamy przesuwać palcem po monitorze, wirtualne ciało ożywa, przesuwają się wargi. Całkiem niezła symulacja realnego dotyku. Gdy wykonuję ćwiczenie prawidłowo, głos lektorki zachęcająco mruczy i mówi, że jest dobrze. Gdy przerywam, zachęca do kontynuacji, a gdy robię coś niezgodnie z techniką, podpowiada, co zmienić. Na koniec czeka mnie jeszcze garść wskazówek, jak daną technikę wykorzystać w sypialni, także z partnerem lub partnerką oraz jakie są najczęściej popełniane błędy. Nie ma punktów czy ocen, ale już samo wprowadzenie zaleceń w życie może dać ogromną satysfakcję. 
[b]
Tu do podejrzenia "grzeczna" demonstracja funkcji. Bardziej dosłowną można zobaczyć na stronie projektu. 
[youtube]https://youtu.be/-9980M6KNhQ[/youtube]

Kobiece problemy z orgazmem[/b]

W mojej pracy, czyli w coachingu seksu, trudności z doświadczaniem przyjemności i brak orgazmu to jedne z najczęstszych problemów zgłaszanych przez kobiety (lub ich partnerów). Przyczyn może być wiele – od fizycznych, przez traumy i blokady psychiczne. Ale bywa, że chodzi o zwykły brak wiedzy. I nie ma w tym nic dziwnego.

[i][b]W szkole o masturbacji mówi się zwykle w kontekście chłopców, którzy w ten sposób rozładowują swoje napięcie seksualne. O dziewczętach zwykle się nie wspomina[/b].[/i] 

Konserwatywne podręczniki i programy przedstawiają tę naturalną i zdrową praktykę jako „problem wieku dojrzewania” i zalecają przekierowanie energii na aktywność sportową. O tym, że masturbacja ma wiele zalet, nikt już nie wspomina. A jest to najprostsza droga do udanego seksu. Aby mieć udane współżycie z drugą osobą, musimy zaprzyjaźnić się ze swoim ciałem i dowiedzieć się, co ono lubi. 

Takie strony jak OMG YES to dla mnie ogromna pomoc. Moje sesje odbywają się online i nie ma w nich nagości czy pokazywania seksualnych technik. Jest tylko rozmowa i zadania domowe. Teraz mogę poprosić klientkę o wykonanie ćwiczeń ze strony i tym samym ułatwić jej poszukiwanie przyjemności. Bo co innego powiedzieć „opukaj swoją łechtaczkę i wargi” a co innego zobaczyć, jak ktoś to robi na video i wykonać wirtualne ćwiczenia. 

[b]Przyjemność dla każdego[/b]

Czy OMG YES jest tylko dla kobiet? Zdecydowanie nie! Niemal połowę użytkowników strony stanowią mężczyźni. Dla nich taki instruktaż to nieocenione źródło wiedzy o kobiecej przyjemności i mnóstwo fantastycznych inspiracji, jak pieścić partnerkę. 

Uwielbiam ten serwis jeszcze za jedną rzecz – pokazuje piękno kobiecego ciała w całej jego różnorodności. Są kobiety młodsze i starsze, o różnym kolorze skóry i wymiarach. Firma przygotowuje teraz drugi sezon i ma wielkie plany – ma być o seksie penetracyjnym, gadżetach erotycznych, o męskiej przyjemności, o osobach transpłciowych i kobietach, które doświadczyły rytualnego okaleczania genitaliów. Będzie też o seksualności w ciąży i po porodzie, z czego już się cieszę, bo wypełniłam specjalną ankietę na ten temat. 

OMG YES jest płatnym serwisem. Płacisz jeden raz około 120 zł i otrzymujesz dostęp do jednego sezonu. Strona nie jest dostępna po polsku, ale tworzone są nowe wersje językowe. Niezły pomysł na prezent, prawda?  

Chciał/abyś dowiedzieć się czegoś na temat orgazmu? [url=https://www.facebook.com/ankagrzywaczcoaching/]Zadaj mi pytanie[/url], a odpowiem na nie na żywo podczas mojej transmisji na Facebooku już w niedzielę o 21. 





(1) Women's Experiences With Genital Touching, Sexual Pleasure, and Orgasm: Results From a U.S. Probability Sample of Women Ages 18 to 94. J Sex Marital Ther. 2018 Feb 17;44(2):201-212]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/ddafd1acfd9e4097a24ebe9801dd7fa9,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/ddafd1acfd9e4097a24ebe9801dd7fa9,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Alba, uczestniczka projektu</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/135373,orgazmu-mozna-sie-nauczyc-na-smartfonie</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/135373,orgazmu-mozna-sie-nauczyc-na-smartfonie</link><pubDate>Fri, 02 Mar 2018 18:44:17 +0100</pubDate><title>Orgazmu można się nauczyć… na smartfonie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/ddafd1acfd9e4097a24ebe9801dd7fa9,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wybierz swoją przyjemność… czyż to nie zachęcające powitanie? I nie chodzi wcale o wizytę w domu uciech, a o chwilę uciechy we własnym domu. Albo w samochodzie. Albo na pikniku... cokolwiek nam podpowiada wyobraźnia. O czym mowa? O stronie internetowej, która uczy kobiety w masturbacji. I robi to w niesamowitym stylu. Jest zmysłowo, kobieco, elegancko i bardzo, bardzo dosłownie. Przesuwanie paluszkiem po ekranie telefonu już nigdy nie będzie  takie samo.

Ale od początku. Projekt OMG YES (czyli [i]„O mój Boże, tak!")[/i]  wymyślili kobieta i mężczyzna - Lydia Daniller i Rob Perkins, a firma, która go realizuje ma równie uroczą, co trudno przetłumaczalną nazwę For Goodness Sake LLC (co oznacza za równo [i]„na miłość boską”[/i] oraz [i]„dla dobra sprawy”).[/i] W centrum tej całej inicjatywy stoją kobiety. To one wzięły udział w dużych jakościowych i ilościowych (1) badaniach na temat kobiecej seksualności, które stanowią naukową podstawę dla serwisu. Kilkanaście odważnych kobiet zdecydowało się wystąpić przed kamerą i opowiedzieć nam i pokazać, jak dają sobie przyjemność . 
[i]
[b]Tak, tak, na OMG YES zobaczycie zbliżenia kobiecych genitaliów, jakie znacie przede wszystkim z pornografii. Tu jednak cel jest inny – dokładne instrukcje mają przede wszystkim nauczyć użytkowniczki i użytkowników, jak pieścić łechtaczkę i zewnętrzne narządy płciowe[/b].[/i] 

[b]Lekcje masturbacji przez internet[/b]

Jak wyglądają „lekcje” masturbacji przez internet? Logujesz się na swoim koncie z komputera (a najlepiej ze smartfona, za chwilę wyjaśnię dlaczego) i wybierasz jeden z dostępnych tematów. Aktualnie można wykupić dostęp do pierwszego sezonu, który skupia się na ręcznej stymulacji łechtaczki. Wybieram na przykład temat „niespodzianka”. Tam wita mnie krótki filmik, w którym kobieta w zwyczajnych ciuchach i codziennym makijażu opowiada, jak lubi się dotykać. Mówi, że chętnie zmienia tempo, siłę i miejsce nacisku. Potem mamy trochę porad na temat wybranej techniki, kilka statystyk mówiących, co lubią kobiety (np. 65% badanych lubi ciągle siebie zaskakiwać, zmieniać coś w trakcie pieszczot łechtaczki). Potem jeszcze kilka autentycznych wypowiedzi do poczytania i przechodzimy do video. Ta sama kobieta jest już w bieliźnie lub naga i pokazuje własną technikę samomiłości. Filmik w niczym nie przypomina kiczowatego porno. Jest estetycznie, zmysłowo, widać uśmiech na twarzy „instruktorki”. Nagranie nie kończy się orgazmem, chodzi tylko o zaprezentowanie sposobu dotykania. 

[b]Ćwiczenia praktyczne[/b]

Następnie przychodzi czas na ćwiczenia praktyczne. I tu naprawdę przydaje się smartfon z dużym ekranem. Naszym oczom ukazuje się mówiąca, kobieca cipka. Opowiada nam, co lubi i strzałkami pokazuje, jaki ruch wykonać. Gdy zaczynamy przesuwać palcem po monitorze, wirtualne ciało ożywa, przesuwają się wargi. Całkiem niezła symulacja realnego dotyku. Gdy wykonuję ćwiczenie prawidłowo, głos lektorki zachęcająco mruczy i mówi, że jest dobrze. Gdy przerywam, zachęca do kontynuacji, a gdy robię coś niezgodnie z techniką, podpowiada, co zmienić. Na koniec czeka mnie jeszcze garść wskazówek, jak daną technikę wykorzystać w sypialni, także z partnerem lub partnerką oraz jakie są najczęściej popełniane błędy. Nie ma punktów czy ocen, ale już samo wprowadzenie zaleceń w życie może dać ogromną satysfakcję. 
[b]
Tu do podejrzenia "grzeczna" demonstracja funkcji. Bardziej dosłowną można zobaczyć na stronie projektu. 
[youtube]https://youtu.be/-9980M6KNhQ[/youtube]

Kobiece problemy z orgazmem[/b]

W mojej pracy, czyli w coachingu seksu, trudności z doświadczaniem przyjemności i brak orgazmu to jedne z najczęstszych problemów zgłaszanych przez kobiety (lub ich partnerów). Przyczyn może być wiele – od fizycznych, przez traumy i blokady psychiczne. Ale bywa, że chodzi o zwykły brak wiedzy. I nie ma w tym nic dziwnego.

[i][b]W szkole o masturbacji mówi się zwykle w kontekście chłopców, którzy w ten sposób rozładowują swoje napięcie seksualne. O dziewczętach zwykle się nie wspomina[/b].[/i] 

Konserwatywne podręczniki i programy przedstawiają tę naturalną i zdrową praktykę jako „problem wieku dojrzewania” i zalecają przekierowanie energii na aktywność sportową. O tym, że masturbacja ma wiele zalet, nikt już nie wspomina. A jest to najprostsza droga do udanego seksu. Aby mieć udane współżycie z drugą osobą, musimy zaprzyjaźnić się ze swoim ciałem i dowiedzieć się, co ono lubi. 

Takie strony jak OMG YES to dla mnie ogromna pomoc. Moje sesje odbywają się online i nie ma w nich nagości czy pokazywania seksualnych technik. Jest tylko rozmowa i zadania domowe. Teraz mogę poprosić klientkę o wykonanie ćwiczeń ze strony i tym samym ułatwić jej poszukiwanie przyjemności. Bo co innego powiedzieć „opukaj swoją łechtaczkę i wargi” a co innego zobaczyć, jak ktoś to robi na video i wykonać wirtualne ćwiczenia. 

[b]Przyjemność dla każdego[/b]

Czy OMG YES jest tylko dla kobiet? Zdecydowanie nie! Niemal połowę użytkowników strony stanowią mężczyźni. Dla nich taki instruktaż to nieocenione źródło wiedzy o kobiecej przyjemności i mnóstwo fantastycznych inspiracji, jak pieścić partnerkę. 

Uwielbiam ten serwis jeszcze za jedną rzecz – pokazuje piękno kobiecego ciała w całej jego różnorodności. Są kobiety młodsze i starsze, o różnym kolorze skóry i wymiarach. Firma przygotowuje teraz drugi sezon i ma wielkie plany – ma być o seksie penetracyjnym, gadżetach erotycznych, o męskiej przyjemności, o osobach transpłciowych i kobietach, które doświadczyły rytualnego okaleczania genitaliów. Będzie też o seksualności w ciąży i po porodzie, z czego już się cieszę, bo wypełniłam specjalną ankietę na ten temat. 

OMG YES jest płatnym serwisem. Płacisz jeden raz około 120 zł i otrzymujesz dostęp do jednego sezonu. Strona nie jest dostępna po polsku, ale tworzone są nowe wersje językowe. Niezły pomysł na prezent, prawda?  

Chciał/abyś dowiedzieć się czegoś na temat orgazmu? [url=https://www.facebook.com/ankagrzywaczcoaching/]Zadaj mi pytanie[/url], a odpowiem na nie na żywo podczas mojej transmisji na Facebooku już w niedzielę o 21. 





(1) Women's Experiences With Genital Touching, Sexual Pleasure, and Orgasm: Results From a U.S. Probability Sample of Women Ages 18 to 94. J Sex Marital Ther. 2018 Feb 17;44(2):201-212]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/ddafd1acfd9e4097a24ebe9801dd7fa9,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/ddafd1acfd9e4097a24ebe9801dd7fa9,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Alba, uczestniczka projektu</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/134563,mamo-nie-kupuj-tyle</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/134563,mamo-nie-kupuj-tyle</link><pubDate>Fri, 12 Jan 2018 15:54:32 +0100</pubDate><title>Mamo, nie kupuj tyle</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/cfb53d4b8eb4bb9d83a2ad767f7dac18,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Coraz bardziej popularny trendem staje się minimalizm. Staramy się ograniczać ilość ubrań, kosmetyków i w ogóle rzeczy w swoim otoczeniu. Jak ograniczyć ilość rzeczy dzieci? Czy to w ogóle możliwe?
Dla mnie minimalizm o nie trend, a styl życia. Nie jestem radykalistką w żadnym z obszarów, ale nigdy nie lubiłam bibelotów, często pozbywałam się zbędnych rzeczy, nie przywiązuję się do pamiątek Oczywiście mam swoje słabości i moja garderoba to z pewnością nie capsule wardrobe w szczególności jeśli chodzi o rzeczy sportowe do ćwiczeń. Troszczę się o środowisko, stąd ta niechęć do przedmiotów.
Jak wprowadzić minimalizm w dziecięcym pokoju i życiu?

[b]1.	Nie wszystko musi być nowe[/b]
Przy pierwszym dziecku wszystko było nowe i wyprasowane. Mimo, że często ubranka i akcesoria odsprzedawałam lub oddawałam fundacjom nigdy nie kupowałam rzeczy „z drugiej ręki”. Większość rzeczy trafiała do szczegółowo opisanego pudła do piwnicy „zima 98 cm” leżała na „jesień 86 cm” i czekała na drugiego syna. Po tym jak zostałam podwójną mamą wiedziałam, że nie chcę być potrójną, więc z pudłami się pożegnałam.
Z perspektywy czasu nie kupowałam bym nowych rzecz dla noworodka. Te rzeczy naprawdę są ciągle brudne, maluchy szybko z nich wyrastają i nie warto w nie inwestować. Można znaleźć na różnorodnych platformach sprzedażowych, właśnie takie pudła z ubrankami na cały sezon. Polecam. Jeśli przeszły już tyle prań, przetrwają i kolejne 100.
[b]2.	Rotujące zabawki[/b]
Widzieliście kiedyś radość dziecka z autka, które wydostał spod kanapy po trzech miesiącach? No właśnie. Jakby dostał najlepszy prezent, stąd też wprowadziliśmy w domu rotujące zabawki. Podzieliliśmy zabawki na kilka grup (książki, klocki, auta, układanki itp.) a je znowu na dwa-trzy warianty. Jeden wariant jest zawsze schowany i raz na jakiś czas następuje rotacja. Rzeczy, które były w użyciu  trafiają do ukrycia, a te z górnej półki trafiają w ręce dzieci.
[b]3.	To nie rzeczy są ważne[/b]
Można mieć 1000 zabawek, ale jak nie masz się nimi z kim bawić nie są nic warte. Można mieć 100 książek, ale co z tego, jeśli nie ma ci ich kto przeczytać. Można mieć najlepszy rower na świecie, ale po co on dziecku, jak nie ma go kto nauczyć jeździć. Dlatego najcenniejszą rzeczą jaką możesz dać dziecku jest czas i zainteresowanie. Naszą weekendową tradycją są pikniki i wycieczki rowerowe a zimą spacery. Codziennie czytamy książki w łóżku na dobranoc i rozwiązujemy wspólnie zagadki przedszkolaka. W ubiegłym roku Pierworodny dostał na urodziny kurs gotowania, na którym byliśmy razem. Jako najlepsze atrakcje wspominają wypad do lasu i wyjazd na Mazury zimą. Zastanów się co lubi twoje dziecko i w czym możesz mu towarzyszyć, aby sprawić mu przyjemność.
[b]4.	Środowisko jest ważne[/b]
Pokazuj dziecku, że przyroda jest ważna. Jak można o nią dbać, tłumacz dlaczego trzeba zakręcać wodę, gasić światło, segregować śmieci czy szanować zwierzęta. Dzięki temu zrozumieją co jest ważne i dlaczego warto ograniczyć ilość śmieci i rzeczy.

A wy jakie macie pomysły na minimalizm w życiu i pokoju dziecka? Czekam na podpowiedzi, może powstanie kolejna część.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/cfb53d4b8eb4bb9d83a2ad767f7dac18,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/cfb53d4b8eb4bb9d83a2ad767f7dac18,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">biegamy</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/134461,jak-obliczyc-kwote-alimentow-na-dziecko-kilka-praktycznych-wskazowek</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/134461,jak-obliczyc-kwote-alimentow-na-dziecko-kilka-praktycznych-wskazowek</link><pubDate>Sun, 07 Jan 2018 13:23:19 +0100</pubDate><title>Jak obliczyć kwotę alimentów na dziecko? Kilka praktycznych wskazówek</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/666f96f3a076b631a63cd9ea2e93e5fd,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Spora część Klientów zamierzających wszcząć postępowanie alimentacyjne lub zgłosić roszczenie alimentacyjne w pozwie rozwodowym, zadaje mi pytanie o to, jak określić wysokość należnych ich dziecku alimentów. Ostateczne dookreślenie kwoty dochodzonego roszczenia alimentacyjnego zależy jednak od samego Klienta. To jego decyzja przesądzi o wpisaniu do pozwu (o rozwód lub alimenty) konkretnej kwoty dochodzonego roszczenia. Zanim jednak pozostawimy Klientowi wybór w zakresie dookreślenia konkretnej wysokości roszczenia alimentacyjnego, niezbędnym staje się pouczenie go o tym, czemu właściwie służyć mają alimenty, od czego zależy ich wysokość oraz jakie potrzeby uznaje się w praktyce za „potrzeby usprawiedliwione”...

Kodeks rodzinny i opiekuńczy nie pomaga nam w precyzyjnym ustaleniu wysokości dochodzonych alimentów. [b]Art. 135 K.R.O. ogranicza się w tym względzie do stwierdzenia: „zakres świadczeń alimentacyjnych zależy od usprawiedliwionych potrzeb uprawnionego oraz od zarobkowych i majątkowych możliwości zobowiązanego"[/b]. Z tego, że o wysokości możliwych do zasądzenia alimentów decydować będzie m.in. wysokość możliwości majątkowych (zasobność majątku) oraz zarobkowych (wysokość wynagrodzenia, dochodów z działalności) pozwanego, najczęściej doskonale zdajemy sobie sprawę.

Zauważalne trudności budzi jednak określenie zakresu tzw. „usprawiedliwionych potrzeb” uprawnionego do alimentacji. [b]Czym zatem są wspomniane „usprawiedliwione potrzeby”?[/b]

Potrzeby usprawiedliwione to takie, których zaspokojenie pozwala uprawnionemu żyć w warunkach odpowiadających jego wiekowi, stanowi zdrowia, wykształceniu itp. Katalog owych potrzeb jest sprawą indywidualną. Niezaspokojone potrzeby wierzyciela można uznać za usprawiedliwione (a jego sytuację prawną za uzasadniającą wystąpienie do sądu o alimenty), jeżeli nie potrafi on ich zaspokoić samodzielnie pomimo podejmowania w tym zakresie starań*

[b]Dobra praktyka wskazuje na to, aby w pozwach alimentacyjnych uwzględniać:[/b]
- miesięczne koszty związane z zakupem wyżywienia;
 -  miesięczne koszty związane z zakupem środków czystości i kosmetyków;
 - miesięczne koszty nauki – opłacenia szkół/przedszkoli, zakupu materiałów edukacyjnych, pokrycia komitetów;
- miesięczne koszty leczenia i wizyt lekarskich, dodatkowo także koszty zakupu leków i suplementów;
- miesięczne koszty dojazdów do szkoły oraz do domu;
- miesięczny koszt zakupu odzieży i obuwia – najłatwiej szacowany jako łączny, roczny koszt odzieży podzielony przez ilość miesięcy;
- miesięczny koszt rozrywki/wyjść dziecka – w przypadku dziecka młodszego, także zakupu zabawek.

[b]UWAGA:[/b] warto pamiętać, że do zakresu usprawiedliwionych potrzeb małoletnich w istocie należy doliczyć także koszty mediów zużywanych przez małoletniego, jako członka rodziny zamieszkującej dany lokal lub budynek. Do zakresu potrzeb uprawnionego do alimentacji wchodzić będzie zatem również szacunkowa wartość przypadającego na małoletniego udziału w kosztach związanych z opłaceniem czynszu za lokal mieszkalny, a także opłat za dostarczenie gazu, wody, prądu, wywóz odpadów, odprowadzenie ścieków i inne.

Wypada zaznaczyć na koniec, iż pojęcie usprawiedliwionych potrzeb wymagać będzie każdorazowo doprecyzowania o szczegóły indywidualnego przypadku. Tak też jeśli dla przykładu, małoletni choruje na atopowe zapalenie skóry, w kosztach jego utrzymania uwzględnić należy szereg medykamentów, środków czystości i środków pielęgnacyjnych posiadających dla niego charakter niezbędny dla zachowania zdrowia i komfortu życia. Jeśli zaś małoletni cierpi z powodu wad postawy, niezbędna może okazać się gimnastyka korekcyjna, fizjoterapia czy odpowiednie zajęcia na basenie, itd.

[photo]322509[/photo]
Co niezwykle istotne, pamiętać należy, iż[b] potrzeby uprawnionego poza tym, iż „usprawiedliwione” muszą być także realne![/b] Każda ze szczególnych potrzeb dziecka winna być przy tym należycie udokumentowana, dla wykazania wiarygodności twierdzeń o konieczności jej zaspokojenia.

Po ustaleniu łącznych kosztów utrzymania dziecka, niezbędnym jest wreszcie określenie tego, w jakich częściach każde z rodziców będzie partycypować w ich pokryciu. Niepisana zasada zakłada, iż koszty te winny rozkładać się mniej więcej po połowie. Warto pamiętać jednak o tym, iż zgodnie z par. 2 art. 135 K.R.O. [b]wykonanie obowiązku alimentacyjnego względem dziecka, które nie jest jeszcze w stanie utrzymać się samodzielnie może polegać w całości lub w części na osobistych staraniach o utrzymanie lub o wychowanie uprawnioneg[/b]o; w takim wypadku świadczenie alimentacyjne drugiego z rodziców polegać będzie na pokrywaniu w całości lub w części kosztów utrzymania lub wychowania uprawnionego.

[photo]322511[/photo]
To jednak, czy całość lub część świadczenia alimentacyjnego przypadającego na rodzica zamieszkującego z małoletnim, może być w całości lub części zaspokajana poprzez samą tylko opiekę nad małoletnim (tj. przy założeniu braku lub ograniczonej wysokości alimentów pochodzących od tego rodzica) oceni Sąd, w konkretnym stanie sprawy.

[b][url=https://www.facebook.com/adwokatbielsko/]Adwokat Dagmara Jagodzińska[/url][/b]
Właściciel Kancelarii Adwokackiej w Bielsku-Białej i Czechowicach-Dziedzicach
Autorka bloga: [url=https://www.facebook.com/rozwodbielsko/]Adwokat Rozwód Bielsko[/url]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/666f96f3a076b631a63cd9ea2e93e5fd,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/666f96f3a076b631a63cd9ea2e93e5fd,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/134165,5-kreatywnych-prezentow-swiatecznych-dla-dzieci</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/134165,5-kreatywnych-prezentow-swiatecznych-dla-dzieci</link><pubDate>Sun, 17 Dec 2017 23:37:12 +0100</pubDate><title>5 kreatywnych prezentów świątecznych dla dzieci</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/775e07f68e810d62f4e853451dd17b3c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wszyscy pędzimy od rana do wieczora. Grudzień to miesiąc, w którym czas przyspiesza, bo pracujemy właściwie dwa tygodnie a musimy zrobić tyle, co w regularny miesiąc a do tego przygotować się do Świąt. Prezenty, gotowanie, praca - czasem jest naprawdę ciężko. Chcemy też, aby ten okres był wyjątkowy - szczególnie dla dzieci, dla których Święta to naprawdę magiczny czas, który będą pamiętać przez całe swoje życie.

Dzieci najsilniej zapamiętują to czas spędzony z najbliższymi. Warto jest więc wybrać pod choinkę prezenty, które będą Was cieszyć przez długi czas i pozwolą wspólnie spędzić wieczory. Drewniane zabawki są droższe od tych plastikowych, ale są zdecydowanie milsze dla dziecka w dotyku i są ładniejsze. Poza tym to rzeczy, które z przyjemnością przekażecie z pokolenia na pokolenie. 
Oto lista prezentów, które sprawią, że Wasze popołudnia staną się przyjemne i kreatywne dla całej rodziny. Jest też szansa, że zabawa tak wciągnie wasze pociechy, że w spokoju wypijecie świąteczną kawę i zjecie kawałek piernika.
[photo]321927[/photo]
[b]1. Kuchnia[/b]
Maluchy chcą być takie jak mama i tata, dlatego nieustannie nas naśladują i przemierzają nasze buty. Małe dziewczynki (chłopcy zresztą też) uwielbiają mieszać w garnkach, kroić warzywa i wypiekać ciastka. W sumie się nie dziwie, bo czy jest coś bardziej wyjątkowego niż smakołyki mamy? W zabawkowym asortymencie znajdziecie miniaturowe, [url=http://janod.pl/pol_m_Zabawa-w-dom_gotowanie-442.html]drewniane kuchnie[/url], zestawy garnków, warzywa na magnes do krojenia czy prawdziwe mini foremki do wypieków - nic tylko wspólnie gotować i cieszyć się chwilami przy wspólnym stole. Cena: od 70 zł
[photo]321925[/photo]
[photo]321923[/photo]

[b]2. Lekarz[/b]
	Nie raz na pewno widzieliście płaczące dziecko u lekarza? Aby temu zapobiec wystarczy kupić [url=http://janod.pl/product-pol-2537-Zestaw-lekarza-z-10-akcesoriami-Janod.html]zestaw małego lekarza[/url] i przebadać całe pluszakowe towarzystwo. Dzieci nie tylko oswajają się z medycznym sprzętem, ale też uczą się jak troszczyć się o najbliższych. Cena: od 50 zł

[b] 3. Warsztat[/b]
	Który z chłopców nie chce być taki jak tata? Reperować zlew, wbijać gwoździe i mieć swoją walizkę z narzędziami? [url=http://janod.pl/pol_m_Zabawa-w-dom_warsztat-441.html]Drewniane akcesoria[/url] starczą na lata a z małego majsterkowicza może wyrosnąć prawdziwy konstruktor albo przynajmniej bohater domu. Cena: od 150 zł   

[b]4. Rower biegowy[/b]
Rower biegowy jest świetny dla mniejszych dzieci - uczy równowagi a przy okazji nadaje się zarówno do zabawy w domu, jak i na zewnątrz, kiedy zrobi się cieplej. Do wyboru są modele dwu- i cztero-kołowe. [url=http://janod.pl/pol_m_Na-zewnatrz_Rowerki-627.html]Te najbardziej kultowe[/url] wyglądają jak popularny skuter Vespa albo jak zwierzęta - np. Jelonek i starczają na długi czas, gdyż polecane są dla dzieci od 12 do 36 miesięcy. Cena: od 325 zł  

[b]5. Książki[/b]
Wybór jest ogromny - od klasycznej prozy, po wiersze i rymowanki aż po książki, które uczą pierwszych słów, zdań a nawet zachowań. Pięknie wydane, z wyjątkowymi ilustracjami umilą wieczory i długo będą cieszyć oko nie tylko najmłodszych. Nasze ulubione ostatnio to seria [url=https://merlin.pl/a/marta-galewska-kustra/]książeczek z Puciem[/url] oraz [url=https://merlin.pl/miasteczko-mamoko-aleksandra-mizielinska-daniel-mizielinski/7070120/?gclid=Cj0KCQiAyNjRBRCpARIsAPDBnn3Q_QGIuOVNa3dY6jE0X9WXH_nTlOknv2Hxpq8Fv1JLlSUHDZertuUaAq6oEALw_wcB&gclsrc=aw.ds]Mamoko[/url]. Cena: od 15 zł]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/775e07f68e810d62f4e853451dd17b3c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/775e07f68e810d62f4e853451dd17b3c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Święta tuż, tuż...</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/133901,chusta-do-noszenia-dzieci-ramie-zakladkowe-kontra-ramie-proste-czyli-jak-dobrac-chuste-kolkowa</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/133901,chusta-do-noszenia-dzieci-ramie-zakladkowe-kontra-ramie-proste-czyli-jak-dobrac-chuste-kolkowa</link><pubDate>Thu, 30 Nov 2017 09:49:28 +0100</pubDate><title>Chusta do noszenia dzieci. Ramię zakładkowe kontra ramię proste, czyli jak dobrać chustę kółkową?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/5909e598ef2f7b1eff42e29164a38875,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />ZALETY
	Chusta kółkowa to najprostsze rozwiązanie dla rodziców, chcących nosić swoje nawet jeszcze niesiadające samodzielnie dzieci. Ta popularna chusta ma wiele zalet: 
przydaje się w  awaryjnych sytuacjach, kiedy trzeba szybko i skutecznie zamotać dziecko
 Zajmuje mniej miejsca niż długa chusta 
nie wymaga wielu umiejętności 
daje się szybko „oswoić”

[photo]321383[/photo]WADY
	Niestety, chusta kółkowa to nie tylko zalety i szybkie motanie. Największym jej mankamentem jest fakt, że cały ciężar dziecka spoczywa na jednym ramieniu noszącego, co jest dużym obciążeniem dla kręgosłupa. Z tego powodu chustę kółkową poleca się raczej na chwilę, na szybkie wyjście (do sklepu, po starszaka do przedszkola...),  a nie na kilkugodzinne noszenie.[photo]321385[/photo] 
JAK NOSIĆ?
	W chuście kółkowej dziecko można nosić zarówno centralnie z przodu, jak i na biodrze; w przypadku, gdy nosząca jest kobieta o dużym biuście -na jednej piersi. 
	Kółka wiążemy z odwróconą krawędzią (w przypadku dzieci niesiadających) albo bez odwracania, gdy dziecko jest starsze.[photo]321387[/photo]
ROZMIARY, SPLOTY, SKŁAD, KÓŁKA
	Najczęściej spotykane długości chust kółkowych zaczynają się od 1,7m a kończą na około 2,2m; przy czym pamiętać należy, że wszystko zależy od firmy. Little Frog oferuje nam chusty w długościach od 1,7m do 2m, Lenny Lamb 2,1m, Natibaby 1,7m, 2m, 2,2m, a Storchenwiege 2m- to tylko przykładowe firmy, ale długości chust kółkowych są bardzo podobne.
 	Tego typu chusty powinny być tkane splotem skośno-krzyżowym, jodełkowym, diamentowym, serduszkowym albo żakardowym; splotów jest baaaardzo bardzo dużo, a ważne jest głównie to, żeby nie był to splot prosty, który uniemożliwia dobrą „pracę” chusty i jej dociągnięcie.
	Czy w przypadku chust kółkowych ważny jest skład? Prawdę mówiąc-  dobre będą wszystkie domieszki do bawełny z wyjątkiem bambusa, który jest zbyt śliski i spowoduje ślizganie się chusty na kółkach; uniemożliwi to  zamotanie „na sztywno”, przez co chusta nie da odpowiedniego podparcia i stabilizacji dziecku, a rodzicowi odbierzekomfort noszenia. [photo]321389[/photo] 
	Kółka stosowane w chustach mogą być aluminiowe albo plastikowe, przy czym- bez dwóch zdań- polecam te pierwsze. Aluminiowe są i wytrzymalsze, 
 i bezpieczniejsze; trzymają materiał tak, że nie poluzuje się nawet o milimetr. Mają odpowiednie atesty i są matowe, żeby odpowiednio trzymać tkaninę. Na kółkach plastikowych materiał ślizga się i trudniej jest go dociągnąć; nie trzyma materiału również po dociągnięciu.
	Kółka mogą mieć różne rozmiary: rozmiar S – najmniejsze – średnica kółek to 5,1 cm, rozmiar M – średnie – średnica kółek to 6,4 cm, rozmiar L – duże – średnica kółek to 7,6 cm. 
Według mnie najwygodniejsze (niezależnie od długości chusty) są kółka w rozmiarze L i najłatwiej dociągnąć przez nie materiał. 
DLA KOGO?
Dla kogo jest przeznaczona chusta kółkowa? Odpowiedź jest prosta: dla (niemal) wszystkich.  Można w niej nosić dzieci od urodzenia, dbając o zapewnienie  symetrii (częste zmiany ramienia, na którym nosimy);
 odradzana jest jedynie w przypadku stwierdzenia u dziecka asymetrii.
[photo]321393[/photo]JAKIE RAMIĘ?
	Na koniec najważniejsze: chusty dzielą się na te z ramieniem zakładkowym i ramieniem prostym. Czym jest ramię?  To wykończenie chusty, zszycie przy kółkach. 
	Czym się różnią?
	 Ramię zakładkowe jest pozszywane, ma plisy,przez co nie możemy rozłożyć chusty całkowicie na ramieniu. Szwy często są grube, a materiał dość wąsko zszyty, może sprawiać dyskomfort – choć wcale nie musi :) 
	 A ramię proste? Nie ma zakładek, materiał jest przeciągnięty przez kółka i zszyty równoległymi szwami. Pozwala to na regulowanie rozłożenia na ramieniu, może bardziej dostosować się do rozmiaru ramienia. Gładko otula ramię, nie wżyna się w ciało. To istotne, gdy cały ciężar dziecka spoczywa tylko na jednym ramieniu noszącego. [photo]321395[/photo]
 
	Każdemu wygodnie jest w czym innym, dlatego zawsze warto się przymierzyć do różnych typów chust.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/5909e598ef2f7b1eff42e29164a38875,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/5909e598ef2f7b1eff42e29164a38875,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/133399,maz-zostawil-mnie-w-ciazy-czy-wplywa-to-na-jego-wine-przy-rozwodzie</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/133399,maz-zostawil-mnie-w-ciazy-czy-wplywa-to-na-jego-wine-przy-rozwodzie</link><pubDate>Sat, 28 Oct 2017 13:26:23 +0200</pubDate><title>Mąż zostawił mnie w ciąży. Czy wpływa to na jego winę przy rozwodzie?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/d77c79b9075c555e2aff104cf9ebaf3e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Na etapie poprzedzającym wszczęcie postępowania rozwodowego, wielu małżonków zastanawia się nie tylko nad „opłacalnością” dochodzenia winy w rozwodzie, ale i możliwością uzyskania orzeczenia o tej winie. Spora część Klientów zgłaszających się do Kancelarii adwokackiej, występuje więc z pytaniem: „czy mam szansę na orzeczenie o winie współmałżonka?”. Fakt, że sprawa nie jest oczywista, postaram się przedstawić na dzisiejszym przykładzie zaczerpniętym z życia.

Przyjrzyjmy się bliżej okolicznościom sprawy:

    Strony zawarły związek małżeński w sierpniu 2002 r., ze związku tego narodził się ich wspólny, małoletni syn;
Po ślubie małżonkowie zamieszkali w domu rodziców pozwanej;
Mieszkając u teściów powód nie czuł się swobodnie, ponieważ rodzice żony ingerowali w pożycie stron, krytykując wszelkie działania i zachowania zięcia, w tym także zamiar zakupu samodzielnego mieszkania.
Pozwana także przestała akceptować rodzinę męża i wycofywała się z kontaktów z nią;
Powód coraz silniej odczuwał nadmierną kontrolę ze strony żony polegającą między innymi na: rozliczaniu wydawanych przez niego pieniędzy, sprawdzaniu stanu licznika kilometrów w samochodzie;
Będąca w ciąży uznanej za zagrożoną, pozwana odmówiła uczestniczenia w uroczystości komunijnej w rodzinie powoda;
Powód wyprowadził się i zamieszkał u swych rodziców; za wspólne pieniądze stron nabył mieszkanie licząc, że żona zamieszka wraz z nim;
Do czasu porodu strony nie kontaktowały się;
Pozwana nie powiadomiła męża o urodzeniu dziecka, uznając że gdyby się nią interesował przyszedłby do szpitala, a nadto nie musiała informować małżonka, w którym szpitalu będzie rodzić ponieważ według niej było to oczywiste;
Od czasu gdy powód opuścił żonę to jest od 2002 r. strony spotykały się jedynie przy okazji kontaktów powoda z synem;
Od stycznia 2007 r. kiedy to w trakcie jednego ze spotkań doszło do gwałtownej scysji między małżonkami, wszelkie kontakty między stronami ustały;

Na etapie postępowania rozwodowego, powód deklarował, iż nie kocha żony i nie widzi możliwości pogodzenia się z nią. Pozwana dla odmiany deklarowała, iż czuje się porzucona i skrzywdzona przez męża, ma do niego żal, lecz jednocześnie wciąż kocha męża i chce kontynuować związek dla dobra dziecka. Mimo to, wyraża zgodę na rozwód z winy powoda[photo]320295[/photo][b]Wina obojga małżonków?[/b]
Jak nietrudno się domyślić, Sąd Okręgowy stanął przed ciężką decyzją ustalenia tego, które z małżonków ponosi winę za rozkład pożycia małżeńskiego stron i czy stan przedstawiony wyżej, pozostaje na tyle wyrazisty, aby winę tę, przypisać wyłącznie jednemu z nich, drugiego całkowicie „oczyszczając” z odpowiedzialności za doprowadzenie do rozkładu pożycia.

W oparciu o opinię biegłych z miejscowego Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno – Konsultacyjnego, Sąd ustalił, że przyczyną rozkładu, pozostawał zwyczajny brak komunikacji małżeńskiej. Małżonkowie w trudnych emocjonalnie chwilach nie ujawniali się ze swoimi autentycznymi potrzebami i uczuciami, nie potrafili rozmawiać o istotnych problemach własnych jaki i w małżeństwie, co doprowadziło ostatecznie do zerwania ich więzi.

W tak ustalonym stanie faktycznym Sąd I instancji uznał, że winę za rozpad więzi małżeńskich ponoszą zarówno pozwana, jak i powód.

Na pierwszy rzut oka, pozbawiony czystej analizy prawnej, można by pokusić się o pochopne wnioski, zgodnie z którymi istotnie – każde z małżonków „dołożyło” swą cegiełkę do rozkładu pożycia ich małżeństwa. Powód wyprowadził się z domu i opuścił pozwaną w potrzebie, pozwana wykazywała zażyłą relację z rodzicami, z którymi powód nie potrafił znaleźć nici porozumienia, nie poinformowała także męża o terminie porodu, być może nie starała się wystarczająco, aby utrzymywać poprawnych relacji z jego bliskimi.

Powyższy wyrok zaskarżony został jednak przez powoda i pozwaną, a sprawa zawisła przed Sądem wyższej instancji.

[b]„Sprawa nigdy nie jest oczywista…”[/b]
Sąd odwoławczy zakwestionował zasadność przypisania winy obojgu małżonkom. Winę tę, przypisał wyłączni powodowi. Sąd Apelacyjny przyjął, iż:

„orzekając w przedmiocie winy sąd winien ustalić czy występuje sprzeczność zachowania się albo postępowania małżonka z normami prawnymi lub zasadami współżycia, określającymi obowiązki małżonków, a sprzeczności tej towarzyszy umyślność lub niedbalstwo tegoż małżonka. Nadto między takim zachowaniem się lub postępowaniem małżonka, a powstałym rozkładem pożycia małżeńskiego musi istnieć związek przyczynowy. A zatem nie każde naruszenie obowiązków małżeńskich stanowić będzie o winie danego małżonka lecz tylko te, które miało wpływ na spowodowanie (bądź utrwalenie) rozkładu pożycia małżeńskiego”.

Zdaniem Sądu Apelacyjnego, przyjęcie wniosku o tym, iż to ogólny „brak porozumienia” małżonków przyczynił się do rozkładu ich pożycia, pozostaje nie tylko niewystarczające, ale w istocie nie wyjaśnia przyczyn rozkładu pożycia małżeńskiego stron.

Sąd Apelacyjny przyjął, iż to powód ponosi wyłączną winę w doprowadzeniu do trwałego, zupełnego rozkładu pożycia. Tym samym nie ma podstaw, aby pozwanej przypisać współwinę w spowodowaniu owego rozkładu. Jak przyczynę przypisania mu winy za rozkład pożycia, Sąd Apelacyjny przyjął w szczególności opuszczenie ciężarnej małżonki przez powoda. W uzasadnieniu swojego wyroku Sąd przyjmuje:

„To powód wyprowadził się z domu rodziców żony, w którym małżonkowie wspólnie zamieszkiwali. W chwili gdy powód opuszczał pozwaną była ona w szóstym miesiącu ciąży, która to ciąża była ciążą zagrożoną. Bezpośrednią przyczyną zachowania powoda był brak porozumienia małżonków co do ich uczestnictwa w uroczystości komunijnej siostrzenicy powoda. Po opuszczeniu żony, powód aż do urodzenia się dziecka (o którym to fakcie dowiedział się od znajomego) nie kontaktował się z pozwaną i nie interesował się jej stanem. W międzyczasie natomiast za zaoszczędzone przez strony środki pieniężne powód nabył mieszkanie, do którego – po przeprowadzonym remoncie – się wprowadził. Od tej pory powód zamieszkuje w tym lokalu, a pozwana z dzieckiem pozostała w domu swoich rodziców. Powód nigdy nie przekazał żonie kluczy do tego mieszkania.”[photo]320299[/photo]Opisane zachowanie Sąd Apelacyjny sklasyfikował, jako naruszenie obowiązku wzajemnego wsparcia i pomocy:

„Opisane fakty świadczą zaś o tym, że to powód naruszył obowiązek wspólnego pożycia małżonków i wzajemnej pomocy (art. 23 k.r.o.), opuszczając będącą w zaawansowanej ciąży żonę. Następnie powód odmówił jej wsparcia, nie kontaktując się z żoną aż do czasu, gdy powziął wiadomość o urodzeniu się syna i zachowując się – co najmniej – nielojalnie, przeznaczając wspólne finanse na zakup mieszkania, w którym sam zamieszkał”.

Zaznaczyć należy oczywiście, iż nie każdy stan faktyczny, w którym małżonek opuści swą ciężarną partnerkę, skutkował będzie automatycznym orzeczeniem jego winy. Pamiętać należy, iż wszystko zależy od wnikliwej analizy indywidualnych okoliczności danego przypadku. Nietrudno wyobrazić sobie dla przykładu sytuację, w której ciąża będzie efektem zdrady małżonki – wówczas z dużym stopniem prawdopodobieństwa, za słuszne należałoby uznać roszczenie o orzeczenie rozwodu z wyłącznej winy ciężarnej kobiety. Przypadków stanowiących tu kontrprzykład, można by mnożyć.

[b][url=https://www.facebook.com/adwokatbielsko/]Adwokat Dagmara Jagodzińska[/url][/b]
[url=http://adwokat-bielsko-czechowice.pl]Właściciel Kancelarii Adwokackiej w Bielsku-Białej i Czechowicach-Dziedzicach[/url]
Autorka bloga: [url=https://www.facebook.com/rozwodbielsko/]Adwokat Rozwód Bielsko[/url]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/d77c79b9075c555e2aff104cf9ebaf3e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/d77c79b9075c555e2aff104cf9ebaf3e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/133391,po-co-komu-separacja-jaka-jest-roznica-miedzy-rozwodem-a-separacja</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/133391,po-co-komu-separacja-jaka-jest-roznica-miedzy-rozwodem-a-separacja</link><pubDate>Fri, 27 Oct 2017 14:43:49 +0200</pubDate><title>Po co komu… separacja? Jaka jest różnica między rozwodem, a separacją?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/6e98c3bb753db1b1fcf8cc9164af9e4e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Podczas konsultacji rozwodowych z Klientami, nierzadko pada pytanie: "Rozwód czy separacja?". Bywa, że Klienci nie wyczuwają różnicy między wskazanymi instytucjami. Sami nie są także w stanie określić w jakich sytuacjach należałoby rozważać każdą z nich. Tymczasem odpowiedź, bardziej niż w płaszczyźnie faktycznej, życiowej - tkwi w sferze przepisów prawa. Różnice, zaczynają się bowiem na gruncie skutków zastosowania przez Sąd każdego z tych rozwiązań...

Do postępowania w sprawie o separację, odpowiednie zastosowanie znajdują przepisy dotyczące postępowania rozwodowego. Analogiczny do orzeczenia rozwodu, pozostaje także skutek orzeczenia separacji, polegający na ustaniu wspólności małżeńskiej majątkowej małżonków (o ile w tym właśnie ustroju, małżonkowie ci, pozostawali przed wydaniem wyroku).

W postępowaniu o separację reguluje się także wszystkie kwestie o których mowa była przy okazji rozwodu. Orzeka się zatem o kwestii winy za doprowadzenie do rozkładu pożycia, kwestii wykonywania władzy rodzicielskiej, ewentualnie także miejscu zamieszkania wspólnych, małoletnich dzieci stron; reguluje się kwestie alimentacyjne i ustala kontakty rodziców z małoletnimi dziećmi.

Na pierwszy rzut oka może zatem wydawać się, że oba postępowania wywierają tożsame skutki prawne. Nic bardziej błędnego. Pomiędzy separacją i rozwodem zachodzi bowiem zasadnicza różnica, polegająca na tym, iż małżonkowie pomiędzy którymi doszło do prawomocnego orzeczenia separacji, w dalszym ciągu związani są węzłem małżeństwa. Oznacza to, iż nie mogą zawrzeć kolejnego związku małżeńskiego. Kobieta względem której orzeczono separację, nie może także powrócić do swojego panieńskiego nazwiska.

Należy pamiętać, iż całkowicie różne są także przesłanki orzeczenia rozwodu i separacji. Dla orzeczenie o rozwiązaniu małżeństwa poprzez rozwód, konieczne jest stwierdzenie przez Sąd, trwałego i zupełnego rozkładu pożycia małżeńskiego stron. W przypadku separacji wystarczy, aby rozkład pożycia pozostawał zupełny.

Opcję separacji w praktyce, wybierają wiec najczęściej te z małżeństw, które choć przekonane o zupełnym rozkładzie swojego pożycia, nie chcą decydować się na ostateczne zerwanie węzła małżeństwa.

Nierzadko wynika to ze względów religijnych lub światopoglądowych. Bywa też tak, że małżonkowie żywią jeszcze nadzieje na powrót do wspólnego pożycia. Warto dodać, iż jeśli powrót ten nastąpi, możliwe jest w każdym czasie zniesienie separacji, na zgodny wniosek stron. Spowoduje to zniweczenie skutków jej orzeczenia, a i powrót przez małżonków do stanu sprzed wydania wyroku o separacji.

Może jednak zdarzyć się tak, że żądania obojga małżonków pozostawać będą rozbieżne. Jeżeli jeden z małżonków żąda orzeczenia separacji, a drugi orzeczenia rozwodu i żądanie to jest uzasadnione, sąd orzeka rozwód. Jeżeli jednak orzeczenie rozwodu nie jest dopuszczalne, a żądanie orzeczenia separacji jest uzasadnione, sąd orzeka separację.

[b][url=https://www.facebook.com/adwokatbielsko/]Adwokat Dagmara Jagodzińska[/url][/b]
Właściciel Kancelarii Adwokackiej w Bielsku-Białej i Czechowicach-Dziedzicach
Autorka bloga: [url=https://www.facebook.com/rozwodbielsko/]Adwokat Rozwód Bielsko[/url]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/6e98c3bb753db1b1fcf8cc9164af9e4e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/6e98c3bb753db1b1fcf8cc9164af9e4e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/132917,blisko-blizej-chusta-noszenie-jako-styl-zycia</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/132917,blisko-blizej-chusta-noszenie-jako-styl-zycia</link><pubDate>Thu, 21 Sep 2017 13:35:27 +0200</pubDate><title>Blisko- bliżej- chusta: noszenie jako styl życia</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/d068375d2092450dfe260170f6173ae9,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W ostatnich latach coraz częściej widzimy na ulicach miast rodziców noszących swoje dzieci w chustach. Oni sami spotykają się z bardzo różnymi reakcjami ludzi- od obojętności, przez zrozumienie i sympatię aż po krytykę.

Dlaczego tak wielu rodziców decyduje się na noszenie dzieci w chuście, rezygnując z wygodnego- wydawałoby się- wózka? 
	Powodów jest wiele. Część rodziców, ceniących sobie swobodę i aktywny tryb życia wybiera chustę jako bardziej mobilny środek transportu; część robi to z konieczności posiadania wolnych rąk, którymi można zaopiekować się starszym, ale ciągle jednak niesamodzielnym dzieckiem. Są i tacy, którzy nie mają wyboru: wymagające stałej bliskości i noszenia na rękach High Need Babies trafiają do chusty, aby choć na chwilę dać wytchnienie swoim rodzicom. 	Zdecydowana większość rodziców to jednak osoby, które noszą dzieci nie tylko z praktycznych powodów, ale dlatego, że realizują model wychowania znany jako rodzicielstwo bliskości. Czym jest RB? Powiedziałabym, że to pewien styl życia rodzinnego oparty na szacunku wobec dziecka, empatii i przekonaniu, że zapewnienie dziecku bliskości nie zrobi z niego rozkapryszonego malca „rządzącego” rodzicami, ale zapewni mu optymalne warunku do rozwoju i da siłę do samodzielności. Mocne przywiązanie w pierwszych latach życia zaowocuje samodzielnością i odwagą w późniejszym życiu. [photo]319263[/photo]
	Chustonoszenie jest więc nie tyle modą, co przejawem stylu życia i podejścia do wychowania dzieci. 
	Rodzice noszący swoje dzieci w chustach tworzą małe, lokalne społeczności: spotykają się z dziećmi, organizują chustowe spacery, plenerowe zdjęcia z dziećmi w chustach, itp. 
	Łączą się w grupy wirtualne na portalach społecznościowych, a często znajomości te przenoszą do realnego świata. Wśród chustoświrków znane są przykłady prawdziwych przyjaźni i długoletnich znajomości,które zaczęły się od internetowych spotkań i fascynacji ideą chustonoszenia. [photo]319265[/photo]
	Jak wszystkie społeczności i subkultury- także i oni – chcą wyróżniać się z tłumu, mieć przedmioty, które będą identyfikowały ich jako Noszących nawet wtedy, kiedy dziecko biega już samodzielnie, a rodzice wybierają się na chustoemeryturę.
	 Powstają więc- jak grzyby po deszczu- firmy oferujące rodzicom tego typu akcesoria. 
	Jedną z nich jest MamaMota- malutki sklepik internetowy prowadzony  przez chustonoszącą Mamę- Elę. MamaMota przez swoje projekty (m.in. tshirty dla mam, kubki oraz body dla dzieci )[photo]319267[/photo]
pozwala rodzicom poczuć się częścią społeczeństwa noszącego. 
	NOŚ I TUL- przewodnie hasło MamaMoty, - niech będzie też dewizą coraz większej ilości rodziców. Może Twoją?
[photo]319271[/photo]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/d068375d2092450dfe260170f6173ae9,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/d068375d2092450dfe260170f6173ae9,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/132891,nowe-miejsce-na-mapie-warszawy-przyjazne-dzieciom-rodzicom-i-chustom-rozkminki</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/132891,nowe-miejsce-na-mapie-warszawy-przyjazne-dzieciom-rodzicom-i-chustom-rozkminki</link><pubDate>Tue, 19 Sep 2017 21:47:11 +0200</pubDate><title>Nowe miejsce na mapie Warszawy, przyjazne dzieciom, rodzicom i chustom! Rozkminki!</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/65a0733130f4391da561b7421f8dfd28,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Rozkminki powstały, by pomóc dzieciakom „rozkminić” czyli zrozumieć zjawiska, na które natrafiają na co dzień. Pokazujemy im, że nauka może być przyjemnością. Poprzez zabawę, gry, eksperymenty, zachęcamy naszych słuchaczy do poznawania otaczającego ich świata.
	Ja będę częścią tego miejsca poprzez organizowanie cyklicznych warsztatów.

Już w najbliższą środę pierwsza darmowa pogadanka, podczas której uczestnicy będą mogli dowiedzieć się, jak bezpiecznie nosić, na co zwrócić uwagę przy doborze chusty i wiązania.
Spotkanie poprowadzę wg następującego planu: 
-Etapy rozwoju kręgosłupa u noworodków i niemowląt
-O miednicy, stawach biodrowych i prawidłowej pozycji zgięciowo - odwiedzeniowej słów kilka
-Korzyści z noszenia dla dziecka i rodzica (opiekuna)
-Wpływ noszenia na rozwój motoryczny, intelektualny i emocjonalny maluszka
-Zasady prawidłowego wiązania chusty
-W czym i jak NIE nosić- najczęściej popełniane błędy
-Noszenie przodem do świata- dlaczego mówimy mu stanowcze NIE ;)
-Dobór odpowiedniego wiązania. 
-Rodzaje chust i nosideł: jak odróżnić „wisiadło” od nosidła ergonomicznego.
	[photo]319209[/photo]Następnie, co środę, będziemy spotykać się w tym przyjaznym miejscu na warsztatach. Kangur, kieszonka, chusta kółkowa czy plecak prosty to tylko część wiązań, które poznają uczestnicy. [photo]319211[/photo]
	Rozkminki to połączenie naszych pasji. Edukacja, dzieci, zabawa - łączymy wszystkie te elementy, wprawiając w ruch najdoskonalszą maszynę na świecie, jaką jest umysł młodego człowieka. 
Zarażamy dzieci miłością do nauki, pokazując ją z zupełnie nieznanej im strony.[photo]319217[/photo]

 [photo]319207[/photo] 
[photo]319219[/photo]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/65a0733130f4391da561b7421f8dfd28,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/65a0733130f4391da561b7421f8dfd28,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/132817,gimnastyka-buzi-i-jezyka-skuteczniejsza-od-kremow-odmladzajacych</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/132817,gimnastyka-buzi-i-jezyka-skuteczniejsza-od-kremow-odmladzajacych</link><pubDate>Fri, 15 Sep 2017 18:38:57 +0200</pubDate><title>Gimnastyka buzi i języka skuteczniejsza od kremów odmładzających!</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/004cb2f66f27ea7d2624ead7ab4d57d2,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Dobra gimnastyka zamiast liftingu. 
Gimnastyka buzi i języka skuteczniejsza od kremów odmładzających. 


Na twarzy znajduje się ponad pięćdziesiąt mięśni, które można wyćwiczyć, podobnie jak wszystkie inne mięśnie w ciele. Mięśnie mimiczne - wyrazowe jako jedyne przyczepione są bezpośrednio do skóry. Dzięki regularnym ćwiczeniom mięśnie stają się bardziej jędrne, powiększają objętość, cera zyskuje piękny koloryt i blask, a skóra odpowiednie napięcie. Mięśni twarzy nie używamy świadomie, raczej nie umiemy ich rozluźniać, ani spinać na zawołanie. Gdy nauczymy się z nimi pracować, będziemy umieli relaksować te partie, które często mimowolnie napinamy - przez co pogłębiają się i utrwalają zmarszczki mimiczne.
Uśmiechnij się! Wystarczy dziesięć  minut dziennie!

[b]ROZGRZEWKA:[/b]
[b]1.[/b] Zrób wdech i mocno zaciśnij mięśnie twarzy i utrzymaj napięcie przez pięć sekund. Z wydechem wystaw język najdalej, jak możesz.
[b]2.[/b] Powtarzaj szeptem, ale wyraźnie intonując A-E-I-O-U-Y a następnie O-Y (tę sekwencję powtórz pięć razy)
[b]3.[/b] Unieś głowę, skieruj podbródek maksymalnie do góry, wyciągnij szyję. Wytrzymaj pięć sekund. Powtórz pięć razy.

[b]Podstawowe ćwiczenia[/b]
[b]1. Twarz Anioła:[/b] Rozluźnienie spiętych mięśni. 
Zamknij oczy. Zrelaksuj mięśnie twarzy. Poruszaj dolną szczęką w prawo i lewo. Przyklej język do podniebienia i oddychaj przez nos. Leciutko się uśmiechnij, poczuj jak wygładza się twarz. 
[b]2. Spojrzenie w sufit:[/b] Wygładzenie czoła i wzmocnienie powiek. 
Otwórz szeroko oczy i skieruj wzrok ku górze. Jakbyś ruchem gałek ocznych chciała przesunąć skórę na czole i nasadę włosów. Nie marszcz czoła! 
[b]3. Zdziwione oczy:[/b] Wygładzenie zmarszczki poprzecznej między brwiami. 
Zachowując zrelaksowaną twarz, otwórz szeroko oczy, jakbyś się czemuś dziwiła. Nie unoś brwi i nie marszcz czoła!
[b]4. Trębacz:[/b] Wzmocnienie mięśni policzkowych i uniesienie policzków. 
Zrób wdech przez nos, a następnie przesuwaj powietrze z jednego policzka do drugiego, aż zabraknie Ci tchu. Zrób wydech przez usta - wzmocnisz dodatkowe mięśnie okrężne ust. 
[b]5. Szeroki uśmiech:[/b] Ujędrnianie policzków i podciąganie ust.
[b]6. "Prrrrychanie":[/b] Wzmocnienie okrężnych mięśni ust, co wypełnia i powiększa wargi.
[b]7. Rybka:[/b] Wzmocnienie mięśni okrężnych ust i policzków.
[b]8. Całowanie sufitu:[/b] Wzmocnienie ust i szyi. 
Unieś głowę i zacznij całować sufit, przekręcając przy tym płynnie głowę w prawą i lewą stronę
[b]9. OOO!:[/b] Wzmocnienie owalu twarzy i redukcja bruzd wargowo-nosowych. Otwórz usta i naciągnij górną wargę na górne zęby, a dolną na dolne. 
[b]10. Golenie:[/b] Wzmocnienie policzków i owalu twarzy. 
Zamknij usta, przesuń policzek i usta w prawo, czyli wykonuj grymas, jaki wykonują mężczyźni przy goleniu. 

[u]Zestaw ćwiczeń - pomysły własne oraz z książki "Happy uroda" - Kasia Bem[/u]

[b]Logopeda Małgorzata Stelmach-Lewandowska.[/b]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/004cb2f66f27ea7d2624ead7ab4d57d2,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/004cb2f66f27ea7d2624ead7ab4d57d2,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/132791,noszenie-starszych-dzieci-chusty-i-nosidla-dla-toddlera</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/132791,noszenie-starszych-dzieci-chusty-i-nosidla-dla-toddlera</link><pubDate>Tue, 12 Sep 2017 20:56:30 +0200</pubDate><title>Noszenie starszych dzieci- chusty i nosidła dla Toddlera!</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/b20dac81cb72438532c7b0621696eff9,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Noszenie  było i jest dla mnie zarówno wygodnym środkiem transportu jak i sposobem na zaspokojenie potrzeby bliskości.
Nie myślcie, że nosidła i chusty idą w kąt, kiedy dziecko dorasta i samodzielnie chodzi! 
Dla zafascynowanego chodzeniem i eksploracją świata starszaka chusta czy nosidło staje się ukojeniem dla zmęczonych nóg i azylem bezpieczeństwa w tłumnych i hałaśliwych miejscach.
W czym nosić starsze dzieci?
Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi;  nie ma reguły, bo  każdemu z nas- rodziców- jest w czym innym wygodnie. W przypadku noszenia dzieci starszych  bardziej skupiamy się na noszącym i jego potrzebach: musimy dobrać dla siebie taki rodzaj nosidła czy chusty,  w którym  będzie nam wygodniej.

[photo]319027[/photo]
Jeżeli decydujemy się na chustę,  to koniecznie musi być taka o większej gramaturze czyli mówiąc kolokwialnie: grubsza, bo lepiej utrzymuje cięższe dziecko, zapewnia wygodę noszącemu, nie uwiera w ramiona.  Fajnie nosi się też w chustach z  domieszkami;
 tkanina bawełniana z domieszką lnu albo konopi  odejmie kilogramów słodkiemu ciężarowi. Trzeba jednak wiedzieć, że motanie grubszych chust może sprawiać trudność początkującym rodzicom, ponieważ są one dość sztywne i ciężko je dociągnąć. Pamiętajcie też, że nosząc dziecko ważące kilkanaście kilogramów, powinniście raczej zrezygnować z wiązań z przodu. Będą one znacznie mniej wygodne niż te na plecach; dla starszaków więc zalecamy  plecak prosty albo DH (to ostatnie wiązanie dla dzieci samodzielnie chodzących). 


Co jeżeli nie chusta? Oczywiście nosidło. Wybór nosideł dostępnych na rynku  jest ogromny. 
Bardzo ważnym jest, aby wiedzieć, że  przeznaczone są  dla dzieci samodzielnie siadających i sporo starszych.
Ergonomiczne klamrowe produkowane są z chust tkanych splotem  skośno- krzyżowym, żakardowym (i wszystkich możliwych :)) oraz z materiałów tkanych splotem prostym. Mają klamry na pasie biodrowym i na plecach. Nosidła przeznaczone są do noszenia dziecka z przodu i na plecach; produkowane są  najczęściej w dwóch rozmiarach: standard i toddler. Różnica  między nimi jest dość duża, więc zawsze warto je po prostu przymierzyć. Noszący powinien czuć się komfortowo. 
Każda firma oferuje różne wykończenia, długości i szerokości pasów, inne kształty i grubości wypełnienia, a nawet skład tkaniny, z której uszyto panel nosidła. Na zdjęciu na przykład widać nosidło polskiej firmy Lenny Lamb Toddler , z ciekawymi i niebanalnymi domieszkami: 60% BAWEŁNA , 28% WEŁNA MERINO, 8% JEDWAB, 4% KASZMIR. Cudowny skład- mieszanka tkanin stanowi przyjemne połączenie, miłe w dotyku i bardzo mięciutkie
  Na rynku funkcjonuje też sporo firm szyjących na zamówienie; decydując się na takie nosidło, musimy upewnić się, że firma ma odpowiednie i wiedzę, i doświadczenie, a osoba szyjąca- umiejętności.[photo]319031[/photo] 
Jak dobrać rozmiar nosidła? Dziecko powinno mieć materiał rozpostarty  zawsze ‘od kolanka do kolanka’, a właściwie od dołka podkolanowego do dołka podkolanowego; tkanina nie może się wbijać w dołek, bo będzie hamowała dopływ krwi do nóżek. Nie może też zbytnio uciskać ciała dziecka. Najłatwiej sprawdzić to w następujący sposób: jeżeli można swobodnie włożyć palec (a najlepiej dwa) między dołek podkolanowy a nosidło- to znaczy, że wszystko jest w porządku.  Noszonemu najwygodniej będzie, gdy materiał  otuli mu całe plecy( nam też to pomoże, bo bardziej równomiernie rozłoży ciężar na naszych ramionach). Teoretycznie, jeżeli dziecko samodzielnie siada, może wyjmować ręce z nosidła. Ale jeżeli będzie miało ochotę na drzemkę, to nosidło, kończące się w połowie pleców, nie da mu odpowiedniego podparcia, a do tego stanie się niebezpieczne.
Nosidła hybrydowe, to takie, które jednocześnie mają klamrę (zapięcie na pasie biodrowym), i wiązanie (wiązane pod pupą). Najczęściej szyje się je z chust o różnych splotach. 
Coraz popularniejsze stają się nosidła regulowane; są dobrym rozwiązaniem na cały okres noszenia i łatwo je dostosować do wielkości dziecka. Nie są tak wypełnione jak niektóre ergonomiczne, dlatego nie robią “poduszek” na ramionach, ale pozostają przy tym wygodnymi. Oczywiście one też są tylko dla dzieci samodzielnie siadających.
Przy starszych dzieciach gorzej spisują się całkowicie wiązane Mei Tai- MT, bo nie są tak
wypełnione jak te wyżej wymienione, dlatego noszącemu będzie w nich mniej wygodnie.
Oczywiście, jeśli nosidło jest dobrze dobrane do dziecka pod względem wielkości, to noszenie jest jak najbardziej możliwe i bezpieczne.[photo]319029[/photo]
Chusty i nosidła przy starszakach zdadzą egzamin w czasie  nadmorskich wakacji albo górskich wycieczek, gdy małe nóżki odmówią posłuszeństwa. Dadzą poczucie bezpieczeństwa podczas głośnego i tłumnego koncertu czy wizyty w lunaparku. Spiszą się także na co dzień, gdy droga do żłobka czy przedszkola jest długa i musimy ją pokonać pieszo. Pomogą nam w kryzysowych sytuacjach, gdy sen przyjdzie niespodziewanie albo podczas choroby, kiedy dziecko musi wtulić się w nas, by poczuć się spokojnie i bezpiecznie. 
Każdy z noszących znajdzie dla siebie coś odpowiedniego-  dlatego warto szukać i przymierzać.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/b20dac81cb72438532c7b0621696eff9,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/b20dac81cb72438532c7b0621696eff9,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/131733,16-faktow-na-temat-prezerwatywy</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/131733,16-faktow-na-temat-prezerwatywy</link><pubDate>Fri, 09 Jun 2017 09:11:14 +0200</pubDate><title>16 faktów na temat prezerwatywy!</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/6cf0ef9548f10eceba5b09880ae110a6,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />„Prezerwatywa” (ang. Condom) to jedno z najważniejszych i najczęściej używanych słów w edukacji seksualnej. Kiedyś wytwarzana z elit pochodzenia zwierzęcego – dziś (dużo bezpieczniej!) przeważnie z lateksu. Co mnie cieszy, to fakt, że naprawdę jest bardzo popularna. Niestety...

„Prezerwatywa” (ang. Condom) to jedno z najważniejszych i najczęściej używanych słów w edukacji seksualnej. Kiedyś wytwarzana z elit pochodzenia zwierzęcego – dziś (dużo bezpieczniej!) przeważnie z lateksu. Co mnie cieszy, to fakt, że naprawdę jest bardzo popularna. Niestety wciąż bywa tematem tabu i budzi zawstydzenie - zwłaszcza wśród dorosłych. Mam jednak nadzieję, że większość z nas wie jak prezerwatywa wygląda i do czego służy. Przestaję się łudzić jednak, że spotkaliście się z nią po raz pierwszy podczas lekcji wychowania do życia w rodzinie. Utrwalając więc informacje – jest to niewielki mechaniczny środek antykoncepcji, który pełni także ogromną rolę w profilaktyce infekcji przenoszonych drogą płciową. Ta informacje nie powinna być absolutnie pomijana w dyskusjach na temat życia płciowego. Z okazji Międzynarodowego Dnia Seksu postaram się przybliżyć kilka faktów na temat podstawowego mechanicznego zabezpieczenia stosunku seksualnego.

[b]Oto 16 faktów na temat prezerwatyw:[/b]

1. Prezerwatywa to środek antykoncepcyjny produkowany głównie z lateksu. Dla osób na lateks uczulonych wprowadzono prezerwatywy poliuretanowe – coraz powszechniej dostępne na polskim rynku.

2. Opakowanie gotowej do użycia prezerwatywy musi być wypełnione powietrzem i nieuszkodzone (nie przekłuwane, nie poszarpane). Najlepiej sprawdzić to poprzez delikatne naciśniecie opakowania palcami. Jeżeli czujemy delikatny opór powietrza – możemy działać dalej.

3. Przed użyciem należy również sprawdzić datę ważności (prezerwatywy także mogą się przeterminować!) oraz symbol certyfikatu „CE”.

4. Prezerwatywa nie lubi ciepła, dlatego bezpieczniej kupować je w klimatyzowanych aptekach oraz przechowywać w miejscach nienarażonych na wysokie temperatury.

5. Warto uważać na uszkodzenia mechaniczne – nie nosić prezerwatyw w portfelu czy tylnej kieszeni spodni.

6. Niezwykle ważny jest sposób założenia prezerwatywy! Na opakowaniu powinna być instrukcja obsługi. Wydaje się zabawne? Nie każdy potrafi to poprawnie zrobić. Prezerwatywy nie należy rozciągać ani sprawdzać jej wytrzymałości. Wystarczy ją delikatnie rozwinąć trzymając za końcówkę (zbiorniczek na nasienie).

7. Prezerwatywy mają różne rozmiary (najczęściej pasuje jednak rozmiar uniwersalny). Należy ją więc dobrać poprawnie, by nie uciskała zbytnio lub nie zsunęła się w trakcie stosunku.  

8. Do seksu analnego służą prezerwatywy pogrubiane.

9. Coraz bardziej popularne prezerwatywy smakowe nadaję się WYŁACZNIE do stosunku oralnego. Substancje smakowe mogą dodatkowo uczulać. Poza tym są one przeważnie zbyt cienkie i nie nadają się do innego rodzaju seksu.

10. W przypadku zapotrzebowania na nawilżenie należy użyć lubrykatnów specjalnie do tego przygotowanych. Nie wolno stosować oleju, oliwki czy innych substancji na bazie tłuszczu. Mogą one uszkadzać ciągłość prezerwatywy.

11. Prezerwatywy NIE mają mikroporów przepuszczających plemniki czy wirusy.

12. Jedna prezerwatywa powinna być używana maksymalnie 20 minut. Po takim czasie (w razie potrzeby J ) należy ją zmienić.

13. Założenie dwóch prezerwatyw jednocześnie nie zwiększy zabezpieczenia. Bynajmniej! Prędzej spowoduje ich uszkodzenia.

14. Dobrze dobrana, poprawnie przechowywana i odpowiednio założona oraz stosowana prezerwatywa jest skutecznym środkiem antykoncepcyjnym. Dodatkowo chroni przed zakażeniem infekcjami: HIV, kiła, rzeżączka.

15. Prezerwatywa nie jest dobrym zabezpieczeniem przed ewentualnym zakażeniem infekcjami skórnymi (świerzb, wesz łonowa) oraz wirusem HPV.

16. Istnieją prezerwatywy dla kobiet, które kształtem przypominają te omawiane powyżej. Są przeważnie robione z materiałów nielateksowych. Mogą być one założone nawet do trzech godzin przed stosunkiem, co wydaję się być w pewnych sytuacjach dość komfortowe.

Podsumowując – nie należy się prezerwatyw obawiać. Warto ich używać mądrze pamiętając o odpowiedzialności za siebie oraz partnera/partnerkę. 

[i]Michał Sawicki
psycholog-seksuolog, psychoterapeuta[/i]
- twojterapeuta.pl]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/6cf0ef9548f10eceba5b09880ae110a6,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/6cf0ef9548f10eceba5b09880ae110a6,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">prezerwatywy pogrubiane (extra safe) oraz king size (szersze od powszechnie spotykanych)</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/131719,przed-porodem-swieta-krowa-po-porodzie-kura-domowa</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/131719,przed-porodem-swieta-krowa-po-porodzie-kura-domowa</link><pubDate>Thu, 08 Jun 2017 13:40:22 +0200</pubDate><title>Przed porodem święta krowa, po porodzie kura domowa</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/ed6a4f1be00f1d15a15529aba31e8d78,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Tak wiem mocny tytuł, ale nie wziął się znikąd. Będąc mamą i będąc teraz w ciąży daje mi się zaobserwować taką tendencję. Kiedy komunikujemy rodzinie, światu tą „wspaniałą” nowinę, niejako stajemy się głównym tematem rozmów czy dobrych rad.

Jakbyśmy od momentu poinformowania o swoim „błogosławionym” stanie stawały się własnością publiczną. Każdy w tej sytuacji ma prawo nam mówić, co mamy robić, co jeść, jak funkcjonować, co będzie przede wszystkim dobre dla dziecka. My nagle przestajemy dla innych być myślącymi osobami. Fakt sama informacja o ciąży dla matki czy to odbierana pozytywnie czy negatywnie jest dużym stresem, ale chwila mózgi nam wtedy nie obumierają. Same zdajemy sobie sprawę jak należy postępować, a przynajmniej tak nam się wydaje…

I tu pojawia się pierwszy problem, ponieważ przeglądając media, portale społecznościowe i słuchając tych wszystkich rad idzie się w tym wszystkim pogubić. W pewnym momencie zaczynamy się zastanawiać czy to, aby na pewno jest nasze zdanie…

Przecież piękne panie z gazet, modelki, modne mamy fit, wręcz codziennie co nas krzyczą, co jeść, jak ćwiczyć, jak się ubierać, co musismy mieć, bo przecież bez tego nie da się funkcjonować, do tego wszystkiego dochodzi opinia publiczna, która jeszcze bardziej nakręca te wszystkie „biznesy” i porady celebrytek, wręcz w ślepym pędzie kopiuje wszystko do im rzucą „mądre i doświadczone” mamy. I nie ważne czy jest to ich pierwsza czy kolejna ciąża, one na pewno mają odpowiednią wiedzę, ba one wszystko wiedzą, a jak nie wiedzą to i tak wiedzą!

Poza tym całym szumem medialnym dochodzi rodzina… I tu mama mówi Ci co masz robić, mąż partner, o wiele lepiej wie , co jest dla Ciebie teraz najlepsze, babcia, ciotka, sąsiadka, oni wszyscy służą zawsze „dobrymi” radami. I tak ciągle słyszysz, że masz odpoczywać, nie przemęczać się, nie dźwigać, nie stawać na palcach, ubierać się ciepło, jakby latem było – 20 stopni. Najlepiej leżeć i tak czekać do porodu… leżeć i pachnieć jak święta krowa, być nietykalną.

Oczywiście w sytuacji zagrożonej ciąży, czy takich zaleceń lekarskich, że ma się leżeć, nie ma co dyskutować. Zresztą same dobrze wiemy, a bynajmniej odbieramy sygnały z naszego ciała, że czasem musimy zwolnić, poleżeć, odpocząć, ale nie paść na łóżko i czekać…

Czasami odnoszę wrażenie, że samo bycie w ciąży z jednej strony wymusza na nas „aktywne” funkcjonowanie najlepiej fit oczywiście z mega zdrową dietą, bo przecież to wszystko dla dziecka, a z drugiej strony najlepiej jak nie będziemy tylko leżeć… I tak w naszym „błogosławionym” stanie poniekąd dochodzimy do momentu, w którym stajemy się inkubatorem, maszyną w której rozwija się dziecko…maszyną, która nie myśli, za którą każdy  może się wypowiadać, która zawsze potrzebuje dobrych rad…która tylko bezmyślnie czeka na kolejne wskazówki jak żyć.

A co się dzieje po porodzie…?

Z piedestału ważności i dobrych rad, stajemy się od razu Matkami Polkami, które zawsze wszystko muszą, z uśmiechem, a każdy ich ruch podlega ocenie, ba przeważnie każdy nie spełnia tego , czego oczekuje od nas otoczenie czy społeczeństwo. Przecież matka często po męczącym/ciężkim porodzie musi tryskać energią, mlekiem i wręcz kipieć miłością do dziecka. Pamiętajcie od tego nie ma odstępstw! 

Teraz to nie Ty, tylko dziecko i rodzina są najważniejsze. I ponownie każdy wie lepiej jak masz funkcjonować, jak wychowywać, a co najważniejsze jak się czuć! Przecież obraz matki idealnej nie pozwala na gorsze dni, słabsze samopoczucie. Ona musi nauczyć się czerpać siły z kosmosu, a radość z wykonywania tysiąca rzeczy.

I tak zabiera się nam możliwość tak zwanego odreagowania, emocji, bo przecież wszystkie obowiązki związane z opieką nad dzieckiem spoczywają tylko i wyłącznie na matce.

Prosić o pomoc, hmm pewnie, że można, ale od razu może to zostać odebrane jako nieumiejętność radzenia sobie…
Płacz, łzy, a czemu przecież macierzyństwo to cud, to nasza misja, a przez cuda nie można płakać. Chęć odpoczynku… a od czego, przecież siedzisz tylko w domu.
Nie potrafisz… a gdzie Twój instynkt macierzyński, przecież każda kobieta go ma.
Nie chcesz zajmować się dzieckiem, o zgroza jesteś wyrodną matką, coś z Tobą nie tak.
Czujesz smutek, żal…  tak naprawdę tego nie czujesz, to tylko hormony, to zaraz minie.

I tak często tkwimy w tym błędnym kole, które się coraz bardziej nakręca, zacieśnia, wręcz zabiera powietrze do życia.

Czemu o tym piszę, bo tak mało jeszcze się mówi o emocjach młodych mam, bo są one najczęściej zamiatane pod dywan. Fakt każdy słyszał o smutku czy depresji poporodowej, ale to dotyczy innych, tych gorszych kobiet. Moja żona, córka, nie to niemożliwe, to hormony, ma się wziąć w garść i tyle, to zaraz minie.

Społeczeństwo często nie daje nam nawet najmniejszej możliwości by wyrazić, to co czujemy. Teraz wszystko inne jest najważniejsze. Dziecko, czysty dom, ugotowany obiad i radość wręcz przeogromna z opieki nad maleństwem. My nie możemy mieć gorszych dni, a już powiedzieć, że jest nam smutno, że nie czujemy tej „miłości”, to od razu wezmą Cię za wariatkę. I tak wiele, kobiet woli przemilczeć, to co się z nimi dzieje. Część z nich jakość na swój sposób upora się z własnymi emocjami, a co z resztą….

Poza tym, że nie mamy wręcz prawa czy bardzo małe możliwości mówienia o swoich uczuciach, to jeszcze do tego wszystkiego dochodzi realizowanie wymagań stawianym nam przez społeczeństwo. Nie tylko musisz sama się uporać z tym, co odczuwasz, ale musisz to robić w ściśle określony sposób.

I tak kobiety – matki chcąc być idealne (bo muszą), tworzą dla siebie bardzo wysokie standardy i zgodnie z nimi oceniają swoje dokonania.  A niestety takie funkcjonowanie jest bardzo obciążające, dodatkowo duża rozbieżność między przyjętymi standardami, a tym co udało się nam osiągnąć sprzyja negatywnym emocjom, a także występowaniu depresji.


Dlatego mówmy o tym jak najczęściej, piszmy, że po porodzie my nadal czujemy, przeżywamy i nie zawsze ze wszystkim potrafimy sobie od razu poradzić! A Ty mamo, ciotko, sąsiadko nie oceniaj nas, a jeśli możesz to przemilcz i zachowaj dla siebie złote rady. Matka też przeżywa emocje, nie tylko te akceptowane społecznie, dlatego bądź obok, bądź wsparciem, ale tym dobrym, nieoceniającym!]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/ed6a4f1be00f1d15a15529aba31e8d78,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/ed6a4f1be00f1d15a15529aba31e8d78,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/131717,mamo-tato-ja-tez-tu-jestem</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/131717,mamo-tato-ja-tez-tu-jestem</link><pubDate>Thu, 08 Jun 2017 13:38:23 +0200</pubDate><title>Mamo. Tato ja też tu jestem</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/0b13dc6b749cca18ef71bea8ea1d58ae,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Ile razy w ciągu dnia Twoje dziecko słyszy:

- „za chwilę”
- „nie teraz”
- „jestem zajęty”
- „no super” – na każdą wypowiedź, rysunek dziecka, nawet na niego nie spoglądając
- „nie mam teraz czasu”
- „pobaw się sam”
- „za sekundę, jeszcze jeden telefon”

I chyba można tak wyliczać bez końca….

Czemu w gabinetach psychologicznych pojawia się coraz więcej dzieci, młodzieży, ba dorosłych, którzy tak naprawdę niby wszystko mają, a czują, że coś jest nie tak,  że nie potrafią odnaleźć się w otaczającym ich świecie, nie potrafią nawiązać zadowalających relacji z innymi, czują się niekochani, gorsi, mają niskie poczucie wartości?

Zastanawialiście się nad tym? Skąd to się bierze?

W dzisiejszych czasach, gdzie technologia poszła błyskawicznie do przodu, a rola rodziny zeszła na dalszy plan, bo przecież trzeba ją jakoś utrzymać, wiele rodzin jest tak pochłoniętych udziałem w wyścigu szczurów, nie zauważa potrzeb swoich dzieci. Możemy zatem obserwować obniżenie więzi uczuciowej pomiędzy jej członkami i spadek zainteresowania sferą emocjonalną, na rzecz tej materialnej. 

Rodzice zdają się dostrzegać biologiczne potrzeby dzieci, co potwierdzają badania H. Cudaka, prawie 53% opiekunów o nich mówi, zaś tylko 28% wzięło jeszcze pod uwagę ich potrzeby psychiczne.

Tylko czym są te potrzeby?

Można tu wymienić: potrzebę bezpieczeństwa, samodzielności, rozwoju, przynależności, akceptacji, uznania, więzi, ale również kontakt emocjonalny, pozytywną samoocenę, to właśnie one w dużej mierze wpływają na prawidłowy rozwój dzieci.

Czemu tak się dzieje?

Tak jak pisałam wyżej pęd, nowoczesne społeczeństwo, które staje się bardziej egoistyczne i nastawione na wartości materialne, sprawia że zmienia się diametralnie rola rodziny. Wspólne spędzanie czasu, zamienia się w bycie w jednym pokoju, a bliskość i zrozumienie, w wymagania i w rekompensatę materialną.

Oczywiście nie mówię o wszystkich rodzicach, bo każdemu zdarzają się lepsze czy gorsze dni i nie codziennie możemy dzieciom poświęcić 100% uwagę. Przyrost obowiązków domowych, pracy, sprawia, że i my bywamy zmęczeni, przytłoczeni codziennością, czasem wolimy posiedzieć w spokoju czy zająć się czymś innym. Takie sytuacje na pewno nie wyrządzą krzywdy naszym pociechom, oczywiście, jeśli to nie stanowi codzienności i stałego mechanizmu funkcjonowania rodziny.

Taka obecność i nieobecność w życiu dzieci, a dokładnie spędzanie czasu, tak naprawdę obok nich nie przynosi dobrych rezultatów, wręcz przeciwnie. 

Trzeba to jasno w końcu powiedzieć, czas spędzany w jednym pokoju, pomieszczeniu, bez wzajemnych relacji, reakcji na potrzeby dziecka, nie jest czasem spędzonym z dzieckiem! 

Dla budowania pozytywnych więzi w rodzinie, potrzebne jest wspólne uczestnictwo, bycie dla siebie nawzajem w zwykłej codzienności, ważnych wydarzeniach. Nie może odnosić się tylko do: - „uśmiechnij się ładnie to Cię nagram” i wszystko, ważna jest obecność i czas przeżyty razem.

Tak zwani rodzice obecni-nieobecni często nie zdają sobie sprawy, że wyrządzają krzywdę swoim dzieciom, wielu z nich tak właśnie zostało wychowanych albo ze względu na wyniesione z domu doświadczenia, nie potrafią inaczej. Mimo, iż kochają swoje dzieci, to nie mówią im tego, nie przytulają, nie rozmawiają, nie poświęcają im uwagi. Często znajdują się obok, ale przeważnie są czymś zajęci.

Do czego to wszystko prowadzi?

Zacznijmy od początku, maluszki tuż po urodzeniu oczekują i wymagają wiele dotyku, to właśnie dla nich stanowi źródło komunikacji z rodzicem. Dzięki niemu czują się bezpiecznie tym nowym, pełnym nieznanych bodźców świecie. To w ramionach mamy czy taty odnajdują ukojenie, pocieszenie, czują się ważne, a przede wszystkim kochanie. Jak pokazują badania dzieci nie przytulane gorzej się rozwijają, mają słabszą odporność, wolniej rosną, czy to nie daje do myślenia?

A, co dzieje się później?

Dziecko rośnie, staje się bardziej samodzielne, a rodzic często wraca do swojej codzienności, pracy, skupiając się na nich, w tym samym odsuwa się emocjonalnie od pociechy. Zaczyna więcej czasu poświęcać sobie, obowiązkom, zaczyna skupiać się tylko na potrzebach biologicznych dziecka: „przecież on/ ona wszystko ma”.

A co dzieje się z dzieckiem?

Zaczyna czuć się odtrącone, samotne w „kochającym, normalnym” domu. Nie czuje się na tyle dobre i ważne, aby zasłużyć na uwagę rodziców. W konsekwencji prowadzi to do obniżenia samooceny, niskiego poczucia własnej wartości, wycofania z kontaktów społecznych, niestabilności emocjonalnej, braku zrozumienia, a nawet nie dostrzegania własnych potrzeb, czy problemy w szkole.

A dokładniej:

To właśnie rodzina jest źródłem, bazą do nauki emocji, rozpoznawania ich u siebie i innych, kiedy ten proces zostaje zakłócony, wówczas nie rozwija się inteligencja emocjonalna, a dziecko nie rozumie i zaczyna unikać swoich emocji. Nie potrafi sobie z nimi radzić, bo nikt go tego nie nauczył, w wyniku czego pojawiają się problemy ze stabilnością emocjonalną, czy nawiązywaniem zdrowych relacji z innymi.

Niestabilność emocjonalna, prowadzi w dorosłym życiu do wchodzenia w mało satysfakcjonujące związki, szukane na siłę bliskości albo powoduje, że „osamotnieni” dorośli są tak lękliwi i nie pewni siebie, że z obawy przed odrzuceniem w ogóle unikają bliskich relacji z innymi.

Takie dzieci nie rozpoznają swoich potrzeb, bo nikt i tak nie zwracał na nie uwagi, a brak uwagi skutkuje brakiem wiary w siebie, w swoje możliwości i przeświadczenie, że nie jest się na tyle dobrym by zwrócić na siebie uwagę, też innych osób.

Z drugiej strony dziecko, może szukać zrozumienia i uwagi poza domem, wśród rówieśników, zacząć sięgać po środki psychoaktywne, czy nawet swój ból „rozładowywać” poprzez samookaleczenia.

A co ze szkołą?

Osamotnione dzieci jak pisałam wcześniej nie wierzą we własne możliwości, mają obniżoną motywację do nauki, są nerwowe, lękliwe, bark im wytrwałości, cechują się słabą koncentracją uwagi. Uważają się za mało inteligentne, nie wykazują się samodzielnością pracy oraz są bardziej roztargnione.

Czy można to zmienić?

Oczywiście, że tak. Najtrudniej dostrzec, że problem nas dotyczy, przecież tyle dla nich robimy. Ważne, by zrozumieć, że dziecko potrzebuje naszej uwagi, bliskości, zrozumienia i nie mówię tu o 100% zaangażowaniu, bo nadopiekuńczość też nie jest dobra. 
Wystarczy poświęcać dziecku czas wtedy, kiedy nas potrzebuje, kiedy chce się z nami podzielić czymś ważnym, porozmawiać, pokazać swoje dzieło, ale bez udziału przeszkadzaczy. 

Codziennie pokazuj dziecku, że jest dla Ciebie ważne! Wystarczy 5-10 minut wspólnej zabawy bez spoglądania na telefon, wspólne przygotowywanie posiłków, wspólne rozmowy. 

Bądź obecny w życiu Twojego dziecka!

Bibliografia:

Osamotnienie dziecka w rodzinie. Przegląd badań
Sendyk, Marzena, Rok: 2003, Czasopismo: Małżeństwo i Rodzina, Numer: 8

Cierpienie w samotności wśród ludzi - o samotności dziecka we współczesnej rodzinie. Kowalewska, Marta; Goździalska, Anna; Jaśkiewicz, Jerzy, Rok: 2013, Wydawca Oficyna Wydawnicza AFM]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/0b13dc6b749cca18ef71bea8ea1d58ae,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/0b13dc6b749cca18ef71bea8ea1d58ae,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/131435,spelniaj-swoje-dzieciece-marzenia-bo-warto-nawet-po-25-latach</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/131435,spelniaj-swoje-dzieciece-marzenia-bo-warto-nawet-po-25-latach</link><pubDate>Tue, 16 May 2017 13:48:25 +0200</pubDate><title>Spełniaj swoje dziecięce marzenia, bo warto. Nawet po 25 latach?</title><description><![CDATA[Mam osiem lat. Mama czasem czyta mi Brzechwę i Tuwima. Nawet zabawne te bajki. Tak się rymują i w ogóle. Ta z rzepką to nawet bardzo śmieszna, że tak się wszyscy powywracali. Musiała być ogromna ta rzepka. Ale najważniejsze, że się udało. Mamo, wiesz? Ja też kiedyś będę pisał. Te bajki to nietrudne. Wystarczy znaleźć podobne do siebie słowa i tyle.

A że zawsze szybciej robiłem, niż myślałem, niewiele się zastanawiając, napisałem pierwszą bajkę. Była o moim bracie, bo o kimże innym, skoro zawsze spędzaliśmy czas ze sobą, więc był połową mojego świata. 

Nie wiem do końca, czy to była bajka, czy po prostu zwyczajny wiersz. Znalazłem go przypadkiem po 25 latach i odetchnąłem z ulgą. Jak dobrze, że jako ośmiolatek miałem na tyle autokrytyki, by uznać, że tego "arcydziełka" jednak nie warto nikomu pokazywać. 

[b]Lęk przed nieznanym[/b]
Lubię myśleć, że to z wrodzonej skromności, ale tak naprawdę pewnie gdzieś tam w środku wiedziałem, że to jeszcze nie ten poziom. Przyjemnie było wierzyć, że właśnie stałem się  wielkim pisarzem, ale miałem świadomość, że jest to bardziej wiara niż fakt.

Wracam do tych pierwszych literackich grafomańskich prób, ponieważ to właśnie z nich zrodziło się marzenie, żeby kiedyś, kiedyś być jak autorzy moich ulubionych, rymowanych bajek. 

[b]Utracone marzenie[/b]
W szkole pisarskie marzenie przegrało z atrakcyjniejszymi opcjami, jak w przyszłości zostać piratem, policjantem czy złodziejem. Z kolegami codziennie przygotowaliśmy się do tych funkcji. Nikt nie chciał się bawić w pisarza. 

Przecież to nuda i flaki z olejem. Poza tym, jak w to się bawić? Siedzieć z piórem w ręku i co jakiś czas coś zapisać, skreślać i zapisać od nowa? Nuuuda. Lepiej uciekać i się gonić. To bardziej odpowiednie dla dzieci. 

Dlatego swoje pisarskie marzenie zakopałem głęboko w sobie na jakieś 25 lat. Dzisiaj myślę, że to dobrze. Było jak wyborne whisky, które musi się uszlachetniać przez długi czas, aby stać się naprawdę dobre.

[b]Powrót do dzieciństwa[/b]
Otworzył je dopiero przypadek, a właściwie koleżanka. Poprosiła mnie, bym napisał bajkę dla jej synka. Nie mogłem tego zrobić inaczej niż wierszem. A że koleżanka co jakiś czas, z mniejszym lub większym skutkiem, odchudzała się, napisałem bajkę o "Kurze, co tyła na diecie". Bohater był dość przypadkowy, ale idealnie pasował do tematu diety, ponieważ kury cały czas coś dziobią. A podjadanie to chyba największa zmora dietetyków. 

[b]Samoakceptacja[/b]
Oprócz drobnej uszczypliwości wobec mojej dobrej koleżanki, chciałem pokazać dzieciom, że to co w nas najcenniejsze, jako w osobach, znacznie wykracza poza wygląd. Najważniejsze to akceptować siebie takim, jakim się jest, bo inni tak robią, więc dlaczego my nie możemy? 

Po napisaniu tej bajki nie mogłem już dłużej nie akceptować siebie jako pisarza. Spodobało mi się to na tyle, że zacząłem pisać. Po prostu. Przestało mnie interesować, co inni pomyślą na temat mojej twórczości. Coś kazało mi pisać, więc pisałem. W ten sposób powstało blisko trzydzieści rymowanych historii. 

[b]Walka o marzenia[/b]
Nie mogłem ich już dłużej chować w szufladzie, więc zleciłem zilustrowanie pierwszych trzech. Wyszły bardzo dobrze, więc pukałem od jednego wydawcy do drugiego, ale jako debiutant nie mogłem liczyć na wielki optymizm z ich strony. W końcu podjąłem decyzję, że skoro z wydawcami mi jakoś nie po drodze, wydam te książki sam. I się zaczęło… Marzenie zaczęło się spełniać. Ale o tym już następnym razem.]]></description></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/131213,scrollowac-czy-byc</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/131213,scrollowac-czy-byc</link><pubDate>Thu, 20 Apr 2017 15:07:34 +0200</pubDate><title>scrollować, czy &quot;być&quot;?</title><description><![CDATA[Krótka historia o tym, jak próżna chęć sięgnięcia po telefon potrafi być złodziejką głębokich trzech minut, w których nie zostałem złapany za nos. A mogłem...

Kuchnia, ważne miejsce w domu. W całym mieszkaniu jesteśmy tylko my - ja i moja dziesięciomiesięczna córeczka. Lubię środy, dni w które reszta domowników ma tyle spraw, że zostajemy tylko we dwójkę. I lubię kuchnię. Właśnie skończyliśmy coś tam podjadać, Polka w białym foteliku, znacie go, każdy taki ma, ja na stołku naprzeciwko. Ona własnie zjadła i jeszcze oblizuje łyżeczkę sprawdzając, czy zlizała dokładnie cały smak jabłka, a ja, jakby po kryjomu, jak ściągający na klasówce gimnazjalista, wyciągam telefon i pod blatem na którym ona się tą łyżeczką bawi, sprawdzam pocztę, ważną pocztę. Firmową, to ważne, nie? Jestem tu z Nią, zajmuję się, nawet w pracy ze mną była, ale ja prowadzę firmę i muszę tą pocztę kontrolować. Jeszcze tylko sprawdzę firmowego fanpage'a na facebooku, bo wrzuciłem tam dziś zdjęcia z dzisiejszych realizacji, zobaczę czy kogoś to zainteresowało? Podnoszę wzrok, ona się bawi tą łyżeczką i jest tak skupiona, że nawet brwi tak śmiesznie marszczy. Sprawdzę jeszcze, czy są jakieś promocje na płetwy, bo lato się zbliża i wypadałoby mieć płetwy. O! Ktoś nurkował pod lodem i był wypadek. Czytam, czytam i podnoszę znowu wzrok, żeby zobaczyć jak łyżeczka?

    Łyżeczki już nie ma. Leży z boku, a Pola się patrzy. Widzi, że robię coś bardzo ciekawego, coś, co bardzo pochłania moją uwagę. Tata - ważny, bądź co bądź człowiek, jest tak bardzo zajęty. Nie przeszkadza mi, nie grymasi, nie płacze, tylko z zainteresowaniem patrzy. Niezbyt często przychodzi mi się wstydzić, ale teraz przyszło. Chociaż może to nie wstyd, tylko tak głupio trochę. Mam unikalną okazję być. Być! I już nie chodzi o marnowanie czasu na głupoty, nie chodzi o nieuwagę, lub brak jej poświęcenia, bo to tylko dwie - trzy minuty. Chodzi o 'być"
 z dzieckiem. Telefon zrobił się obślizgły i śmierdzący, więc go odłożyłem na jakiś czas. I tak zaraz ktoś będzie dzwonił, albo pisał, albo powiadomienie przyjdzie, albo promocja, albo...

    Przybliżyłem swoją twarz, do jej twarzy i zacząłem"być" tarmoszony jak zwykle za brodę. A potem malutkie rączki rozpoczęły prace badawczo - poznawcze mojej twarzy. Mówiąc zupełnie szczerze - to miażdżące doświadczenie i nie będę pisał dlaczego, bo
 każdy ma swoje głębokie doświadczenia z dziećmi, kiedy rano się uśmiechają, albo kiedy mają tą swoją specyficzną minę. Albo wtedy, gdy wkładając cały wysiłek w udana próbę stanięcia przy krześle i delikatnie obracają głowę, żeby się nie przewrócić, ale żeby sprawdzić, czy patrzycie?

       I patrzymy? Czy płetwy jakieś zasrane oglądamy? Czym jest telefon w życiu małego dziecka, skoro jest bardziej obecny, nic cokolwiek innego? W największych, najwznioślejszych i najważniejszych chwilach wyciągamy go, żeby zrobić zdjęcie, film, wrzucić do sieci, zobaczyć, czy się lajkuje, wysłać na "story"... A wiecie, co się dzieje wtedy z  tą chwilą? Bezpowrotnie ucieka. Bezpowrotnie straciłem wczoraj szansę, by te małe, kochane rączki pobawiły się moją twarzą trzy minuty dłużej. Akurat wczoraj, kiedy mam dłuższy i bardziej osobisty dzień z Polką,  wyciągnięcie telefonu w tamtej chwili było zupełnie redundantne. Nie mówię, że telefon jest skrytobójcą relacji z dzieckiem, ale takim "cichym bobasem z nieprawego łoża".  Tak przynajmniej mam ja.

    Mówię cały czas oczywiście, o głębszym "być", o empirycznym "być", w którym relacja z dzieckiem nie jest powierzchowna. Powierzchowne relacje też są dziecku moim zdaniem potrzebne. Być może właśnie wtedy otrzymujemy chwilę na bezkarne scrollowanie pierdół w telefonie. Myślę, że jako scenarzyści czasu spędzanego z dzieckiem mamy cień szansy na ocenę czy to jest własnie ten moment? Ja częściej nie trafiam, niż trafiam i ta słaba skuteczność została obnażona wczorajszym spojrzeniem Polki, kiedy oderwałem się na moment. Spojrzeniem małego, ciekawego świata człowieka, który już łyżkę odłożył i uważnie przygląda się  poczynaniom taty, który z pewnością robi coś fajnego. Właśnie fakt, że nie robi, a właściwie, że to beznadziejne, co robi  - wpędza tego tatę w poczucie winy. 

    A sprzężenie zwrotne w tym przypadku będzie dodatnie, oberwiemy za to. Przyjdzie czas, kiedy będziemy chcieli przez chwilę "być" z naszym dzieckiem, ale ono akurat wtedy będzie scrollowało swój telefon, czy co tam się wtedy będzie się scrollowało. Dlatego moje "głupio" zaczęło być sprzężeniem zwrotnym dodatnim, narastającym w miarę oddalania się od wartości referencyjnej. 

     Nawet kiedy rozwieszam pranie, jestem bardziej skupiony na dziecku, śpiewam, wołam ją i strzepuję kropelki w jej stronę, a ona się wtedy cieszy. Telefon jest synonimem nieobecności, czyli brakiem "być".

    W oczywistości subiektywizmu mojego doświadczenia nie warto się dopatrywać oceny, to nie tak. Każdy sobie sam odpowiada na pytanie: czy ja naprawdę chcę teraz sięgnąć po telefon?]]></description></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/130991,prezenty-na-przedszkolne-urodziny</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/130991,prezenty-na-przedszkolne-urodziny</link><pubDate>Wed, 29 Mar 2017 19:37:55 +0200</pubDate><title>przedszkolne urodziny</title><description><![CDATA[Urodziny dziecka, w których uczestniczyć mogą również jego koleżanki i koledzy z przedszkola, cieszą się coraz większym powodzeniem.

Często zastanawiamy się co nasze dziecko powinno zabrać ze sobą jako prezent, kiedy jest na taką imprezę zaproszone.
Moim zdaniem, wpajając zasady dobrego wychowania, powinniśmy uczyć nasze dziecko że powinno mieć ze sobą jakiś drobny upominek dla młodego jubilata. Uważam że prezenty te powinny być wybrane z dbałością, jednak cenowo powinny mieścić się w granicach tak zwanego drobiazgu. Zdarza się że w jednym miesiącu, nasze dziecko jest zaproszone na więcej niż jedną taką imprezę i dla wielu rodziców taki wydatek będzie bardzo istotny.
Nie jest łatwo powiedzieć wtedy dziecku że do jednego kolegi może pójść a do drugiego już nie.  Kwestia wydatków  nie jest jednak jedynym ważnym zagadnieniem. Równie ważny jest aspekt towarzyski takiej imprezy. Mam na myśli to, że istotne jest by dzieci w tym dniu czekały na swoich kolegów a nie na prezenty które ze sobą przyniosą. Jeżeli zwyczajem wśród dzieci jest obdarowywanie się "drobnymi upominkami", wtedy łatwiej świętującemu dziecku skupić się na koleżankach i kolegach oraz na dobrej zabawie. Same prezenty stanowią dodatkowy miły akcent,- istotny, ale nie najważniejszy.

Moją propozycją na taką okoliczność są oczywiście gry. Oprócz dużych okazałych gier planszowych dostępnych jest bardzo dużo gier karcianych, które cenowo są o wiele tańsze, natomiast poziomem rozrywki często dorównują dużym grom planszowym. W kolejnych wpisach, przedstawię kilka propozycji gier które świetnie sprawdzą się zarówno na urodzinowe prezenty dla kolegów i koleżanek z przedszkola, jak i dla naszych dzieci kiedy potrzebujemy drobnego prezentu, bez większej okazji.

Dziś przedstawię Państwu grę PIOU PIOU, wydawnictwa DJECO, która jest świetną propozycją dla dzieci 5-7 lat.
[photo]315713[/photo]
To pełna emocji gra, którą uwielbiają dzieci, a i rodzice, mający ochotę spędzić odrobinę czasu ze swoimi pociechami, będą się dobrze bawić.
Gra przebiega w bardzo prosty sposób.
Rozdajemy każdemu graczowi po 4 karty i układamy na środku stołu 18 kart jajek i talię  kart które pozostały po rozdaniu. Będzie ona tzw. "talią do uzupełniania".
Grę rozpoczynamy od najmłodszego gracza, po czym kolejka przechodzi na gracza z lewej strony. Należy pamiętać że na zakończenie swojej rundy zawsze uzupełniamy karty na ręce do czterech, o czym będę kilkakrotnie przypominał.
W trakcie swojej rundy gracz może wykonać jedną z 4 akcji:
1. Wyłożyć trzy karty: kogut, kura i gniazdo (cała rodzina), w zamian zdobywając jedno jajko ze środka stołu (następnie uzupełniamy karty do 4);
2. Jeżeli jakiś gracz posiada przynajmniej jedno jajko, można wyłożyć przed niego kartę lisa. Odbieramy w ten sposób jajko od rywala (lis kradnie jajko), chyba że atakowany gracz posiada i wyłoży 2 karty kogutów (2 koguty są w stanie przepędzić lisa). Na zakończenie rundy gracze uzupełniają karty do 4;
3. Jeżeli gracz posiada już jakieś jajko i w trakcie swojej rundy wyłoży na stos kart zagranych 2 karty kur,- jego jajko zostaje wysiedziane i wykluwa się z niego kurczaczek (odwraca jajko na drugą stronę kurczaczkiem do góry). Wykluty kurczak nie może zostać zaatakowany kartą lisa.
4. Jeżeli nie chcemy, lub też nie jesteśmy w stanie zagrać żadnej z powyższych akcji, - możemy wymienić [b]jedną[/b] kartę na kartę z tali do dobierania i na tym kończy się nasz ruch.

Grę wygrywa gracz który jako pierwszy zdobędzie 3 kurczaki.

Przejrzystość zasad oraz niesamowicie wciągający przebieg gry Piou Piou, oraz zabawna grafika, zapewniają wszystkim graczom świetną rozrywkę, a ponad to gra trwa ok. 10 min, więc nawet "bardzo zajęci rodzice" będą w stanie zagrać w nią z dziećmi.
[url=http://venco.pl/piou-piou.html]http://venco.pl/piou-piou.html[/url]]]></description></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/130933,ograniczenia-moje-twoje-nasze</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/130933,ograniczenia-moje-twoje-nasze</link><pubDate>Wed, 15 Mar 2017 13:03:27 +0100</pubDate><title>Ograniczenia moje, twoje, nasze.</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/14d689fc3b1278dda4f876365f572d6e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Od jakiegoś czasu na moim biurku leży pocztówka z napisem: Dlaczego nie. Prowokuje mnie, by pytać o to siebie w sytuacjach, w których czuję ograniczenia. Nie chodzi mi o przekroczenie planu dietetycznego, ale o moment, gdy sama siebie zamykam w klatce. Mówię sobie tego Ci nie wolno, tamtego nie wypada, na to jesteś za stara, na tamto za młoda, za gruba, za chuda.

Szufladkowanie samej siebie i określanie limitów nie jest objawem schizofrenii, raczej samoregulacji, podążania schematem - tak żyje się w znacznie prostszy sposób. Mózg się mniej męczy i nie trzeba stawać naprzeciw społeczeństwa. Każdy ma swoją rolę, działkę, obszar po którym się porusza. Trwa to tak, do momentu aż przekroczysz akceptowalny teren. Jeden krok i wszystko staje na głowie. Co zrobić w takiej sytuacji?

[b]Granice a ograniczenia
[/b]Jedno i drugie określenie informuje o swoistym zakazie przekraczania czegoś. Czego? To już reguluje wychowanie, społeczeństwo i my sami. Robimy to by czuć się bezpiecznie w świecie, by pewne rzeczy stały się bardziej przewidywalne. I to jest ok. Ustalamy granice kontaktu, bo dbamy o siebie, wyznaczamy je dzieciom bo dbamy o nie. Ograniczenia, jednak po za funkcją bezpieczeństwa i przewidywalności, krępują swobodę działania, odbierają wolność.

[b]Jak ograniczamy siebie?
[/b]Mając świadomość zasad i przywilejów płynących z współżycia społecznego i współistnienia w świecie, wykazujemy dziwną tendencję do narzucania sobie jeszcze większej niż to konieczne, ilości ograniczeń. Niewielkiemu odsetkowi społeczeństwa przychodzi do głowy by nadać sobie przywileje, takie jak choćby prawo do szczęśliwego życia, gdyż zazwyczaj nie potrafimy określić jakie to życie. 

Czy zdarzyła wam się sytuacja, w której narzucaliście sobie coś niewygodnego, bo tak trzeba, bo to ważne, bo tak powinno się robić, po czym okazywało się to zupełnie zbędne, nie ważne, niezauważone? Jak wielu Waszych znajomych czy bliskich podjęło określone decyzje jedynie ze względu na poglądy i namowy swojego otoczenia? 

Zadam podobne pytanie w odwrotny sposób: jak dużo znacie osób, które obrały niestandardową ścieżkę i mimo to zostały zaakceptowane? Ja, co uświadomiłam sobie pisząc ten artykuł, całkiem sporo. Żyjemy w czasach, kiedy jeśli chcesz zostać nomadem i podróżować po świecie jednocześnie pracując - nie jesteś wykreślany za to z życia społecznego. Przeciwnie, pracując z młodą generacją, odnoszę wrażenie, że taki tryb życia jest wręcz gloryfikowany. 

Mamy tendencje do ograniczania samych siebie w wielu różnych dziedzinach życia: w relacjach z innymi ludźmi, wyrażaniu siebie i swoich emocji, a także w nieco bardziej podstawowej warstwie; wyglądu zewnętrznego. Ile razy nie założyłaś sukienki bo ktoś Ci powiedział, że jest zbyt wyzywająca lub zbyt nudna? 

Kiedy uświadomimy sobie o ilości otaczających nas ograniczeń warto zadać pytanie: Do czego nas prowadzą? Na pewno sprawiają, że czujemy się akceptowani przez społeczeństwo. Pasujemy do schematu. Tylko czy nam z tym dobrze, na ile realizujemy w nim siebie i czy w ogóle realizujemy coś po za oczekiwaniami zewnętrznymi. 

[b]Jak ich unikać?
[/b]Całe szczęście, że nie trzeba w tym tkwić. Asertywność jest jedną z odpowiedzi, na budowanie przestrzeni dla siebie w społeczeństwie. Ucząc się komunikować swoje potrzeby, nie tylko ułatwiasz ze sobą kontakt ale i nieinwazyjnie zmieniasz ograniczenia na granice. Tworzysz sobie pole działania, pole wyboru, możliwości. Dajesz prawo do bycia sobą nie naruszając poczucia bezpieczeństwa i akceptacji. Pomocne mogą być, kierowane do siebie w trudnych sytuacjach pytania, zaczerpnięte z techniki RTZ:

- Czy to działanie bezpośrednio zagraża mojemu życiu lub zdrowiu?
- Czy opiera się na faktach?
- Czy pomaga uniknąć konfliktów?
- Czy pozwala realizować twoje cele bliższe lub dalsze?
- Czy pozwala Ci się czuć tak, jak chcesz?

Ograniczenia mogą ułatwiać funkcjonowanie w pewnych sferach życia ale na dłuższą metę budują poczucie niemocy. Doprowadza to do zniechęcenia, nie podejmowania aktywności i trwania w sferze dyskomfortu, który po latach wydaje nam się być komfortowy. Tylko czy tak właśnie chcesz żyć?]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/14d689fc3b1278dda4f876365f572d6e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/14d689fc3b1278dda4f876365f572d6e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/130651,nie-marszcz-nosa</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/130651,nie-marszcz-nosa</link><pubDate>Thu, 16 Feb 2017 12:18:01 +0100</pubDate><title>Nie marszcz nosa...</title><description><![CDATA[Podobno kobiety mają bardziej wrażliwe nosy i lepiej rozpoznają zapachy. Dlaczego więc nie chcą o nich rozmawiać?

Czy lata przebywania w sąsiedztwie zabrudzonych niemowlęcych pieluszek skutecznie uodporniają nas na bogactwo aromatów wina? Dlaczego facet, który odżegnuje się od posprzątania po psie, z zachwytem opowiada o śladzie zapachu kociego moczu w sauvignon blanc czy benzyny w rieslingu? 
 
Wino to nie tylko zmysłowo musujący szampan, elegancko zastawiony stół, świece i róże. Przepastny fotel, hipnotyzujące ciepło kominka i miły kształt pękatego kieliszka z czerwonym burgundem. To także [b]cała masa zapachów i smaków[/b], jakiej byśmy się absolutnie nie spodziewały… Wspomniane kocie siuśki to klasyczny przykład… Co jeszcze znajdziemy w winie?

Na to, jak pachnie i smakuje wino ma wpływ bardzo wiele czynników – szczep winogron, miejsce i klimat, gdzie rośnie, proces produkcji czy indywidualne preferencje winiarza. Ale warto zapamiętać kilka charakterystycznych cech niektórych win żeby zwiększyć prawdopodobieństwo dokonania trafnego wyboru. Przy czym - poniższy zestaw jest kompletnie osobisty.

[b]Barolo[/b] – wielkie wino z włoskiego Piemontu produkowane z odmiany nebbiolo. Na specjalne okazje lub gdy chcecie się popisać wyrafinowaniem. Szukajcie w nim róż, wiśniowych konfitur, tytoniu, a także smoły, lukrecji i czekolady.

[b]Pinot noir[/b] – pomimo nędznego i niepozornego, jak na czerwone wino, koloru nie dajcie się zwieść bo to jedno z najbardziej cenionych win. Powinnyście wyczuć w nim żurawinę, truskawki, czasem też nutę grzybów, a nawet mięsną pikantność.

[b]Riesling[/b] – też wiele zależy skąd pochodzi. Niemcy, francuska Alzacja, Australia – pobawcie się w odkrywców i sprawdźcie, w których znajdziecie benzynę, miód, imbir, gumę i proch. 

[b]Sauvignon blanc[/b] – agrest (nie powinno jednak smakować jak kompot z tych owoców), pokrzywa, krzemień. Wspomniany „koci zapach” dzisiaj już rzadko, a jeśli już - to opisywany bardziej eleganckimi słowami. Wyjątkowo charakterystyczne wino i, nie ukrywam, jedno z moich ulubionych.]]></description></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/130451,czym-ugoscic-przyjaciolki</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/130451,czym-ugoscic-przyjaciolki</link><pubDate>Tue, 31 Jan 2017 13:17:33 +0100</pubDate><title>Czym ugościć przyjaciółki?</title><description><![CDATA[Wesoło jest wyjść z przyjaciółkami wieczorem na miasto, ale, według mnie, nic nie przebije dobrze przemyślanej damskiej domówki.

Że niby lenistwo? Może i tak, chociaż nad przygotowaniem porządnego wieczoru trzeba się o niebo więcej napracować. Między innymi delikatnie i taktownie nakłaniając męża/partnera oraz ewentualny małoletni przychówek do przyjęcia oferty nocowanki u kuzynów. 

Niezbędne składniki? Stół pełen przysmaków i to niekoniecznie tych dietetycznych, dobra muzyka, miękkie kanapy, wygodne ciuchy (pod tym określeniem może się kryć zarówno sukienka jak i przytulny dres), a na zakończenie na przykład film. Komedia romantyczna bądź ostra sensacja – w zależności od nastroju w jakim kończycie posiadówkę, za to zawsze z jakimś przystojniakiem w roli głównej. 

Ha, tajemnicą poliszynela jest, że na takich spotkaniach nie pije się wyłącznie herbaty, jakkolwiek bliskie waszemu sercu byłyby cudowne właściwości tej białej, pozwalającej ponoć na zachowanie młodości, czy też czerwonej – towarzyszce odchudzających się. Dziś więc kilka rad w tej kwestii. Prostych i bez ozdobników.

1.	[b]Chipsy i popcorn w roli głównej.[/b] 
Zaserwujcie jakiś trunek z bąblem. Może być prosecco, w wersji brut lub extra dry, jak i lambrusco, hiszpańska cava czy wreszcie nawet szampan. Jeśli jednak wolicie spokojne wody to do popcornu wypróbujcie dojrzewające w beczce chardonnay z Kalifornii lub Australii. Będzie miało taki charakterystyczny waniliowo-maślany posmak, który może nawet skojarzyć się wam ze smakiem kruchego spodu do szarlotki.

2.	[b]Szczypta orientu[/b]
Pełna aromatów kuchnia indyjska , np. curry, potrzebuje wina o słodkawym wyrazie. I nie chodzi o te oznaczone „sweet” , a o zrobione z aromatycznych odmian, zwykle o pięknych, kwiatowo-owocowych zapachach. Co przekłada się na realne odczucie słodyczy. Dla fanek potraw „hot” i poszukiwaczek nowych smaków  – niezwykły, pachnący owocami liczi gewürztraminer. Dla tradycjonalistek o łagodniejszym podniebieniu – argentyński torrontes, podsuwający najpierw pod nos ciepły brzoskwiniowo-jaśminowy zapach, by za chwilę droczyć się z nami świeżym, cytrusowym smakiem.

3.	[b]Mięsne kąski[/b]
Szynka parmeńska czy hiszpańska serrano aż proszą o, znów, wino musujące. Do ostrzejszych kiełbas typu chorizo odpowiednie będzie na przykład młode hiszpańskie tempranillo. 

Ale i tak najważniejsza jest atmosfera…]]></description></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/130287,wino-cudem-ocalone</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/130287,wino-cudem-ocalone</link><pubDate>Thu, 19 Jan 2017 11:19:10 +0100</pubDate><title>Wino cudem ocalone</title><description><![CDATA[Czasem jest tak, że człowiek, żeby nie powiedzieć wprost - kobieta, chce zrobić na Kimś wrażenie. Uśmiech, błysk w oku, dowcipna riposta, intrygująco pobrzękująca dyskretna biżuteria, umiejętnie rozpięty guzik koszuli, szpilki eksponujące łydki – na tym polu jesteśmy specjalistkami.

Ale co zrobić, kiedy już wypada zaprosić tego Kogoś do domu na obiad lub kolację? W kwestiach czysto kulinarnych nie będę się wypowiadać, choć myślę, że soczyste mięsko zawsze da radę. A do niego oczywiście wino. Czerwone.

Wybór tu jest spory, pytanie tylko, na ile jesteśmy w stanie wyjść z naszej strefy komfortu. Bo z czerwonymi winami mamy mały problem. Nie są zwykle, jakbyśmy to po babsku określiły, „delikatne”. 

Jedną z cech czerwonych win jest [b]taniczność[/b] czyli zawartość związków chemicznych zwanych taninami. To one odpowiedzialne są za uczucie [b]cierpkości[/b] w ustach, takiego „ściągnięcia” na języku. A skąd się biorą? Ano z:

-	samych winogron ( a dokładniej z pestek, skórek i szypułek)
-	dębowych beczek, w których często czerwone wina dojrzewają

Poziom tanin (zwanych też popularnie garbnikami) waha się w różnych winach. Zależy bowiem od odmiany winogron, sposobu produkcji wina i czasu spędzonego przez nie we wspomnianej beczce. Warto więc [b]porozmawiać ze sprzedawcą[/b] o swoich preferencjach. Pamiętajcie przy tym, że jeśli lubicie [b]mocną, gorzką herbatę[/b] (w której też są przecież taniny) to i taninowe wina prawdopodobnie przypadną wam do gustu.

Ja sądzę, że warto dać czerwonym winom szansę. Może tylko, jeśli jesteście nowicjuszkami, nie rzucajcie się od razu na trunki o wydatnych taninach – np. cabernet sauvignon, sangiovese czy tempranillo. W końcu degustacja ma wam dostarczyć przyjemności. 

Umiejętnie dobrane czerwone wino może wynieść wasz posiłek na zupełnie inny poziom. A przy okazji dostarczyć tematu do rozmowy. Na przykład takie [b]carménère[/b]. 

To wino ze szczepu o tej samej nazwie, który przetrwał nieomal cudem. Otóż rósł on sobie kiedyś we francuskim Bordeaux, obok (to kluczowa kwestia) bardzo podobnego do siebie i wysoce cenionego merlota. I tegoż to merlota, w połowie XIX wieku, winiarze z odległego [b]Chile[/b] postanowili sprowadzić do siebie. Zadomowił się świetnie, wina były całkiem udane. Pech chciał, że niedługo potem paskudna żarłoczna mszyca zdewastowała europejskie winnice. Wielu z nich nie udało się odbudować, w tym – przepadło niemal całe carménère. Gdy świat się z tym już pogodził, pod koniec XX wieku gruchnął [i]news[/i] – chilijski merlot to w rzeczywistości oryginalne francuskie carménère! Po prostu pomylono kiedyś sadzonki! A udowodniono to dopiero za pomocą testów DNA…  Niezła historia, prawda? 

Chile bardzo troskliwie opiekuje się swym przybranym synem. Umiejętnie podkreśla jego charakterystyczne cechy – spodziewajcie się zatem soczystości spod znaku ciemnych owoców (śliwka, malina) połączonej z zadziorną zieloną papryką oraz ziołowymi nutami pieprzu. Brzmi dziwnie? Ale jak smakuje…  Podajcie je do jagnięciny, w wydaniu nie tylko europejskim, ale również marokańskim czy indyjskim. Albo do pieczeni wołowej. I teraz już tylko czekajcie na komplementy…

A następnym razem – czym ugościć przyjaciółki…]]></description></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/130187,panom-zalatwiaczom-chwilowo-dziekujemy</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/130187,panom-zalatwiaczom-chwilowo-dziekujemy</link><pubDate>Wed, 11 Jan 2017 14:23:18 +0100</pubDate><title>Panom „Załatwiaczom” chwilowo dziękujemy…</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/24e04ad9aea7d56bad0e3ac4b3040892,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wróciła z pracy. Jak zwykle dużo później niż wynikało to z jej harmonogramu. Z rozwianym włosem, lekko rozmazanym makijażem, objuczona dwiema siatkami zakupów, posuwistym krokiem przemieściła się do kuchni. Rzuciła zakupami na blat kuchennej szafki, usiadła na pobliskim krześle i… rozpoczęła swój lament. Że koleżanka z pracy znów przypisała sobie jej zasługi, a inna obmówiła ją przed trzecią, że szef nie docenił i pominął przy podwyżce, że buty piją, telefon wciąż dzwoni, a czasu na normalne życie permanentnie brakuje i że już tak dalej po prostu nie potrafi.

A gdyby tego wszystkiego wciąż było za mało, na domiar złego, całkiem znienacka, niby mimochodem, a jednak – na jego nieszczęście zauważony, mężczyzna siedzący przy tym samym stole, formalnie zwany jej mężem.. uznał, że pora to naprawić i rozpoczął swój wywód o tym, ile razy już powtarzał, że powinna była zmienić pracę, przestać przejmować się koleżanką i zwrócić do szefa o podwyżkę.

[photo]313451[/photo]

I choć istotnie – nie mówił tego po raz pierwszy, ani razu nie zauważył przy tym, że ona wcale nie potrzebuje jego rady. Potrzebuje za to jego uszu, żeby milcząco wysłuchały jej lamentu i ramion, żeby zaraz potem utuliły jej rozdygotane nerwy.

Skąd więc ten rozdźwięk? Dlaczego do cholery, faceci przez tyle wieków współistnienia z nami nie pojęli, że dopóki wyraźnie nie poprosimy o pomoc, nie potrzebujemy ich „złotych mądrości”, a chcemy jedynie głosu (a raczej ciszy) zrozumienia? Odpowiedź jest prosta – natury nie da się oszukać. Mężczyzna to genetycznie zdeterminowany „załatwiacz”. Typ zadaniowy. Gdy rejestruje „cel”, zaprogramuje się na jego wykonanie. Nie twierdzę, że to źle. W końcu przez te same wieki, ich nastawienie na osiągnięcie celu pomagało przetrwać całym społecznościom – „zdobyć pożywienie”, „znaleźć schronienie”, „wybudować szałas”, „wygrać tę bitwę!”. Twierdzę jedynie, że Bogu ducha winni mężczyźni, uwarunkowani w ten sposób przez naturę, wchodzą w poczucie misji w sytuacjach, w których wolałybyśmy, aby pozostali tam, gdzie siedzą.

Nasz błogi, niekontrolowany lament, uruchamia w nich pomarańczową, mrygającą lampkę „awarii” i zamiast słuchać – tak po prostu, z szeroko otwartymi uszami i wbitym w nas wzrokiem, rozpoczynają szukać źródła usterki. A może by tak tutaj pogrzebać śrubokrętem, a tutaj dolać trochę smaru, żeby koła zębate łatwiej chodziły, a mechanizm przestał tak głośno rzęzić. Nasi kochani, nieuświadomieni mężczyźni, nie wiedzą, że nie tędy droga… Powinni wreszcie dostrzec, że wystarczy aby odłożyli swoje śrubokręty, instrukcje i szacunki planów awaryjnych i zaczęli słuchać – tak po prostu, z miną współczucia i gestem przytakiwania, żebyśmy czuły, że rozumieją tak samo jak współczują, że widzą i doceniają. Słuchać i głaskać po głowie, kiedy ta sama, kobieca głowa pozostaje bliska eksplozji.

A może zamiast oczekiwać cudownego zwrotu ewolucji, to my powinnyśmy wreszcie przyjąć do wiadomości, że bez oblicza „Pana Załatwiacza” nie byliby już tacy sami i choć bez wątpienia wkurzający, urokliwi są w tym całym, męskim pomaganiu?

Pozdrawiam,

M. Nikiel]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/24e04ad9aea7d56bad0e3ac4b3040892,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/24e04ad9aea7d56bad0e3ac4b3040892,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/130155,wino-jak-kapiel-w-pianie</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/130155,wino-jak-kapiel-w-pianie</link><pubDate>Mon, 09 Jan 2017 15:21:29 +0100</pubDate><title>Wino jak kąpiel w pianie</title><description><![CDATA[To, jak się ubieramy zależy nie tylko od okoliczności, ale i od naszego nastroju. Czy tak samo jest z winem?

Pierwsze dni nowego roku to zazwyczaj jeszcze czas optymizmu, bojowego nastawienia i radości, że to, co się nie udało znika na zawsze odgrodzone grubą, czarną krechą. Myślimy o przyjemnościach i o karnawale. W sklepach przeceny, więc szafa puchnie od fikuśnych szmatek, które zamierzamy zaprezentować na kolejnych imprezach. Zaczynamy planować wakacje lub, co najmniej, majowy weekend, który w tym roku zapowiada się całkiem imponująco. Czujemy się lekko i beztrosko. I potrzeba już tylko kieliszka odpowiedniego wina…

Na myśl od razu przychodzą [b]wina musujące[/b]. Bo [i]upliftingujące[/i] właściwości bąbelków są nie do przecenienia. Zarówno w kieliszku jak i w życiu – przecież lubicie zanurzać się w aromatycznej kąpieli łaskoczącej ciało drobniutkimi banieczkami, prawda?  Według mnie, jeśli chcecie poczuć się podobnie i nabrać seksapilu w mniej intymnej sytuacji, to warto sięgnąć po kieliszek [b]prosecco[/b]. 

[b]Prosecco[/b]. Już sam wyraz urzeka swoim dźwięcznym brzmieniem. Podobno język włoski uważany jest za jeden z najładniejszych na świecie, co, w opinii specjalistów od czegośtam, przekłada się na naszą sympatię do wszystkiego, co włoskie. Atrakcyjny wygląd kieliszka prosecco – delikatny słomkowy kolor, wędrujące uparcie do góry bąbelki, roztaczający się łagodny, kwiatowy zapach też nie są bez znaczenia. 

[b]Ważne.[/b] Jeśli jakiś snob prycha na prosecco, uważając je za ubogiego krewnego szampana, to nie dajcie sobie wmówić, że tak jest. Wiedzcie, że produkuje się je inną metodą i z innych szczepów winogron. W szampanie bąble powstają wskutek fermentacji już w butelce, prosecco nabiera gazu w hermetycznych stalowych zbiornikach i dopiero później jest butelkowane. Może być [i][b]frizzante[/b][/i] czyli powiedzielibyśmy – perliste lub [b][i]spumante[/i][/b] czyli z dobrze wyczuwalnym gazikiem. 

[b]Cena.[/b] Zapewniam, że butelka prosecco Was nie zrujnuje. Szerokim łukiem omijajcie jednak to najtańsze. Istnieje prawdopodobieństwo, że zostało sztucznie nagazowane niczym puszka napoju. A przecież nie o to chodzi. 

[b]Smak.[/b] Warto zapamiętać (żeby zrobić wrażenie na facecie lub dogodzić przyjaciółkom), że:
- najbardziej wytrawne, i przez to nie dla każdego, będzie [b]brut nature[/b]
- wytrawne, najlepsze na aperitif, jest [b]brut[/b]
- [b]extra dry[/b] czyli takie „niewytrawne” to dla wielu osób kwintesencja łagodnie owocowego charakteru prosecco
- [b]dry[/b] to już rejony słodkawe, choć absolutnie nie cukierkowe. 

[b]Do czego je pić?[/b] Prosecco pasuje zarówno do szynki parmeńskiej, dań z owocami morza jak i do kuchni azjatyckiej. Podobnie jak szampan lubi tłuszcz i sól, więc można spokojnie podać do niego - w tym momencie wszystkie dietetyczne purystki zamykają oczy - chipsy lub popcorn.  

A jeśli już mówimy o planowaniu, to karnawał nie trwa wiecznie. Może skończyć go zatem w bajkowej scenerii Wenecji? Przecież to właśnie z okolic tego miasta pochodzi prosecco. Założyć tajemnicze przebranie i choć pomarzyć o bezeceństwach, jakich dopuszczały się niegdyś w czasie [i]carnevale[/i] bogate Wenecjanki… Zza bezpiecznej maski bezczelnie rzucać spojrzenia przystojnym Włochom… Jeśli znajdziecie ich pośród turystów – podobno co roku przyjeżdżają z całego świata na wenecki karnawał jakieś drobne trzy miliony gości…]]></description></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/130069,poswiateczny-niezbednik-jak-pozbyc-sie-poczucia-sytosci</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/130069,poswiateczny-niezbednik-jak-pozbyc-sie-poczucia-sytosci</link><pubDate>Sun, 01 Jan 2017 20:33:13 +0100</pubDate><title>Poświąteczny niezbędnik: Jak pozbyć się poczucia sytości?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/61bfd932c1633b9e2eaea769cb0d6ecc,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wiele z nas, w Święta przyzwoliło sobie na „dietetyczną dyspensę”. Przyjęłyśmy zbyt wiele smakołyków, co skończyło się przykrymi następstwami. Nie jest to dla nas zapewne nic nowego. Świąteczne przejedzenie bywa nieodłącznym elementem rodzinnych uroczystości. Same, co roku – zachęcamy do przygotowywania i zajadania się przepysznymi, świątecznymi daniami. Stawiamy jednak na zdrowe składniki, rozsądne dawki i kilka prostych trików, które sprawią, że od początku do końca roku, nie tylko od Święta – towarzyszyło nam będzie, dobre samopoczucie! Dziś, mamy dla Was kilka niezbędnych wskazówek!

[b]Porcje małe i duże[/b]

Zasiadając do świątecznej kolacji czy obiadu zastanów się przez chwilę, jaką porcję zjadasz zazwyczaj na podobny posiłek? Dwie, cztery kromki pieczywa? Trzy ziemniaki?

Ciężko uwierzyć, ale podczas świątecznego posiłku zjadamy nawet 5 razy więcej niż zazwyczaj – tyle, ile przez cały dzień! Tak duża ilość jedzenia zalega w przewodzie pokarmowym znacznie dłużej, powodując liczne dolegliwości trawienne, nie wspominając nawet o uporczywym uczuciu ciężkości, senności oraz nadmiarze niespożytkowanej energii, którą dostarczamy w podobny sposób do organizmu.

W przerwie świąteczno-noworocznej, postaraj się więc dostosować ilość jedzenia  do codziennego jadłospisu. Zgadzamy się z Tobą – Nowy Rok, to idealna okazja do celebracji w towarzystwie wybornych trunków i wyśmienitego jedzenia, uważaj jednak na wielkość porcji.

Dobrym sposobem na „świadome jedzenie”, pozostaje nałożenie na talerz, wszystkiego po trochu – czyniąc to, zobaczysz, jak dużo zamierzasz zjeść.

[b]Odpowiednie napoje[/b]

Pamiętaj o tym, że zjadając więcej, powinnaś także więcej wypijać. Odpowiednia ilość płynów przyspieszy proces trawienia i wpłynie na regulację metabolizmu. Dobrze zdecydować się choćby na wodę z cytryną i imbirem lub miętą – taki napój dodatkowo pomoże przywrócić równowagę-kwasowo zasadową. Wiele świątecznych dań zakwasza organizm, co dodatkowo może powodować bóle głowy i gorsze samopoczucie.

[b]Warzywa i owoce[/b]

Na świątecznych stołach często brakuje również świeżych warzyw i owoców. Mają wysoką zawartość wody, co dodatkowo sprzyja poprawie nawodnienia i wspiera trawienie. Stanowią także źródło witamin i składników mineralnych, w tym potasu, dzięki czemu wspomagają odkwaszanie organizmu. Owoce mogą być świetnym dodatkiem do świątecznych ciast. Polecamy jabłka, gruszki, pomarańcze oraz mandarynki.

Podczas Świąt, zwróć uwagę na zjadane porcje, pij odpowiednią ilość wody i nie zapomnij o warzywach i owocach! W ten sposób, w 3 prostych krokach unikniesz świątecznego przejedzenia, dzięki czemu wyjątkowe świąteczne dania będą smakować jeszcze lepiej.

[photo]313033[/photo]

Autorki:
Sylwia Górzna 
Magda Kopała z [url=https://www.facebook.com/Edukacja.Zywieniowa/?fref=ts]EdukacjaŻywieniowaPL[/url]
Redaktorki Magazynu [url=http://www.kobbieciarnia.pl]KoBBieciarnia.pl[/url]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/61bfd932c1633b9e2eaea769cb0d6ecc,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/61bfd932c1633b9e2eaea769cb0d6ecc,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/130057,dunska-robota</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/130057,dunska-robota</link><pubDate>Fri, 30 Dec 2016 13:20:56 +0100</pubDate><title>Duńska robota</title><description><![CDATA[Warto być dobrym dla siebie. A zima to taki czas, kiedy jeszcze bardziej chcemy sobie dogadzać. Więc rozpal w kominku lub zapal świece, wskocz w ulubione domowe ciuchy i otwórz wino.

Za nami Boże Narodzenie, ten „najbardziej [i]hyggelig[/i] czas w roku”, jak pisze Meik Wiking w swojej książce [b]„[i]Hygge[/i]. Klucz do szczęścia”[/b]. A ponieważ ten okres upłynął mi częściowo na przyjemnej lekturze wyżej wymienionej pozycji, jak każdy neofita, prześwietlam teraz rzeczywistość wokół mnie, szufladkując co jest „h” a co nie. 

Relaks, poczucie bezpieczeństwa i komfortu, przyjemność oraz harmonia – dowiedziałam się właśnie, że to one, między innymi, stanowią o [i]hygge[/i]. Nie trzeba wcale mocno kombinować, by dojść do wniosku, że kieliszek wina wpisuje się w ten obrazek po prostu doskonale. I jakiż to elegancki [i]excuse[/i]! Nie musisz przyznawać się, że wino po prostu ci smakuje. Że masz ochotę na lampkę dla rozluźnienia nerwów, a może później nawet i więzów obyczajowych …

Dobra, jakie więc wino będzie [i]hyggelig[/i] ? Mam nadzieję, że nie robię błędu gramatycznego bo nie znam duńskiego.

Raczej nie szampan. Bo jednak zbyt oficjalny i wymagający odpowiedniej oprawy i elegancji. I chociaż słynny okrzyk benedyktyńskiego mnicha [b]Pierre’a Pérignona[/b] o „próbowaniu gwiazd” to podobno jedynie późniejszy genialny slogan reklamowy, pozycja, jaką szampan wyrobił sobie w naszej kulturze, sprawia, że nie kojarzy się z przytulnością i ciepłem kominka. Swoją drogą, to ciekawe, że osoba, która miała pozbyć się uprzykrzonych bąbelków w winach produkowanych przez mnichów, firmuje dziś najlepszego szampana produkowanego przez [i]maison de champagne[/i] Moët & Chandon. Nie mogąc nic zaradzić powstawaniu pęcherzyków powietrza, które rozsadzały butelki niszcząc pracę winiarzy i dziesiątkując zasoby mnichów, Dom Pérignon postanowił niesforne stworzenia ujarzmić. 

Bliższe duńskiej filozofii jest włoskie [b]chianti[/b]. Wino, które wręcz powstało z myślą o towarzyszeniu posiłkom. Ma na pierwszy rzut oka może mało kobiecy (muszę użyć tego niefortunnego określenia) smak, ale nie o to w tym wypadku chodzi. To właśnie dzięki swojemu konkretnemu, intensywnemu, soczystemu (czy to są męskie atrybuty???) wyrazowi nie gubi się w pomidorowo-mięsno-grzybowych potrawach, a doskonale je komplementuje.

Najbardziej [i]hyggelig[/i] dla mnie jest jednak [b]argentyński malbec[/b]. To czerwone wino ze szczepu, który przywędrował do Ameryki Południowej z Francji. Nie zaszkodzi Wam informacja, że dzisiaj Argentyna to największy producent malbeka na świecie. Ale dlaczego właśnie to wino? Bo dobrze zrobione (warunek konieczny!) łączy w sobie niezwykłą [b]aksamitność smaku[/b] z typową dla win południowoamerykańskich [b]owocowością[/b]. Okazy starzone w beczce, na które trzeba i warto już bardziej wykosztować się, będą miały mocniejszą strukturę i miłe [b]nuty czekoladowe[/b]. Wino, które z przyjemnością nalewa się do pękatego kieliszka i sączy powoli w miłym towarzystwie. Również podczas Sylwestra, którego zamierzam spędzić w ten właśnie sposób. 

Szczęśliwego Nowego Roku!]]></description></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/130007,daje-dziecku-pelna-swobode-w-zyciowych-wyborach</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/130007,daje-dziecku-pelna-swobode-w-zyciowych-wyborach</link><pubDate>Sun, 25 Dec 2016 09:45:24 +0100</pubDate><title>Daję dziecku pełną swobodę w życiowych wyborach</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/6d7a60905c6d8b07a60dc55cfb3e29a0,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wzięliśmy ślub w kościele, nie chrzcimy dzieci. Byłam lektorem w kościele, nie byłam jednak nawet na mszy pogrzebowej ukochanego dziadka. Kiedy umrę, chcę być skremowana i chcę mieć świecki pogrzeb. Jaka była moja droga do tego, w co dziś wierzę?

Z góry proszę osoby skrajne w każdą stronę o powstrzymanie się od komentarzy, które mogłyby kogokolwiek obrażać.  To, co napisałam poniżej to moje osobiste przekonania i doświadczenia. Należy najpierw skonsultować tekst z lekarzem, farmaceutą, homeopatą, mnichem, księdzem, pastorem, przewodnikiem duchowym. Nie polecam robić tego w domu...

Wiele osób pyta mnie, dlaczego nie chrzcimy naszych synów, choć wzięliśmy ślub w kościele, jesteśmy rodzicami chrzestnymi. Osoby, które znają mnie więcej niż kilka lat, dziwią się, że dziś nie chodzę do kościoła, a nawet nie poszłam na mszę pogrzebową dziadka (dobry i litościwy Boże - powiedział zapewne ksiądz podczas mszy, a dziadek umierał, dusząc się, więc nie chciało mi się tego słuchać w kościele, wystarczyło na cmentarzu) , choć w liceum byłam lektorką, czytałam fragmenty Biblii podczas mszy, wyjeżdżałam świętować Triduum Paschalne do seminarium duchownego, a ci, którzy znali mnie bliżej wiedzą, że po liceum chciałam wstąpić do zakonu i już nawet wiedziałam do jakiego.

Postanowiłam napisać ten tekst, żeby jeden jedyny raz rozprawić się z tym tematem. Wprawdzie uważam, że wiara jest indywidualną sprawą każdego człowieka, jednak ja nie wstydzę się o tym mówić.

W całym moim racjonalnym podejściu do życia wierzę, a może wierzyłam, że jest jakaś Siła, która czuwa nad tym, co się dzieje na świecie. Wątpię w to coraz bardziej i coraz bardziej jestem przekonana, że jak już umrzesz, to już jest koniec i ani światła, ani tunelu, ani pana z siwymi włosami i długą brodą siedzącego na chmurce nie będzie. Po prostu będzie koniec... choć chciałabym wierzyć, że jeszcze niektórym osobom po śmierci mogłabym nastukać, że Rysiek Riedel i Grzegorz Ciechowski śpiewają nadal, że te wszystkie genialne osoby, które w tym roku odeszły z Marią Czubaszek i moim dziadkiem  na czele nadal prawią swoje mądrości.  No i chciałabym zagrać w diabelskiej drużynie i zobaczyć, czy gorąca smoła daje podobne wrażenia jak morsowanie. Przekonana jestem jednak coraz bardziej, że to, co mamy do powiedzenia i zrobienia, musimy robić i mówić tu i teraz, bo żadnego potem nie ma.

Nastolatek to strasznie plastyczna materia, a nastolatek rozwalony wewnętrznie to materia tak podatna na kształtowanie jak ciasto na wigilijne pierogi. No i tak trafiłam w liceum na rekolekcje. Rodzice niewiele mieli dla nas czasu. Mama ogarniała pracę, dom, firmę ojca, a ojciec nieszczególnie był zainteresowany tym, co się działo w domu. Brat próbował dość nieporadnie skupiać uwagę na sobie, co powodowało, że przez częste wizyty w jego szkole rodzice w domu byli jeszcze rzadziej. I jak ktoś w takim momencie mówi, że ci pomoże, to idziesz w to jak dzik w kartofle. I ja poszłam. Nie żałuję, bo nauczyłam się, że nie można być w życiu naiwnym, że trzeba poznać wersję każdej strony, żeby poznać prawdę.

Przeszłam przez wspomniane wyżej czytanie w kościele, wyjazdy do wspólnot, seminarium, znajomości z siostrami zakonnymi i osobami świeckimi mocno zaangażowanymi w życie KK. Poznałam biskupów, byłam nawet stypendystką, bo taka byłam zdolna, poznałam wielu księży. Jeden z nich po latach odprawił naszą mszę ślubną. Muszę dodać, że wśród tych osób jest wiele autorytetów, że obok wyrachowanych do granic możliwości duchownych są wspaniali ludzie, którzy robią wiele dobrego. Nie poznałam jednak nikogo świętego...

Wszystko wydawało się idylliczne, aż nie zaczęłam myśleć "samodzielnie". Szybko zorientowałam się, że wciskanie ludziom kitu o grzechu, zachęcanie do spowiedzi, to po prostu prowadzenie na smyczy pokornych owieczek, którymi łatwo się steruje. Owieczki wierzą, że mogą robić co chcą, choć jest to niezgodne z tym, co mówi ksiądz z ambony, bo pójdą w pierwszy piątek miesiąca do spowiedzi i zostaną zbawione. A więc nie brakuje wśród wierzących, praktykujących katolików:związków nieformalnych, zdradzania, traktowania innych jak śmieci, knucia, dorabiania się kosztem innych, wyklinania wszystkiego i wszystkich z Bogiem łącznie, oszukiwania, kłamstw. Zbawienna jest spowiedź i tego trzyma się wiele osób. To był pierwszy sygnał, że coś w tej całej szopce jest nie tak, jak ja myślałam, że jest. Potem się okazało, że proboszcz kupujący fajki, a nierzadko i prezerwatywy na stacji benzynowej w sąsiednim powiecie, a nawet spotkany w agencji towarzyskiej przez parafianina to nie jest coś niezwykłego.

Prawdziwym przełomem był jednak bohater jednego z moich artykułów (a więc było to już kilka lat po ślubie). Molestowany przez księdza - honorowego obywatela mojego miasta - dorosły już dziś człowiek. Kiedy poznałam jego historię, a potem kolejne historie kolejnych osób i dramaty, z jakimi się spotkały, z jakimi muszą żyć do dziś, mimo upływu nawet kilkudziesięciu lat i brak jakiejkolwiek reakcji instytucji kościelnych sprawiły, że lampka w mojej głowie zaświeciła się światłem jasnym jak księżyc w superpełni. Zaczęłam czytać, rozmawiać, poznawać i oczy mi się otworzyły tak szeroko, że do dziś mam wytrzeszcz. Okazało się bowiem, że ta cała "wspólnota" nie różni się niczym od pierwszej lepszej sekty. Że mącenie ludziom w głowach jest potrzebne, żeby nimi łatwiej sterować, a kto bardziej biegły w psychologii stoi blisko ołtarza, bo ma z tego wymierne zyski.

I tak skończyła się moja przygoda z kościołem. Jestem Matką chrzestną dwóch chłopców. Na pewno nie nauczę ich niczego o wierze katolickiej (poza suchą teorią), ale mogę im przekazać, jak żyć przyzwoicie, jak być dobrym człowiekiem, jak być człowiekiem wrażliwym na krzywdę.

Moje dzieci nie są ochrzczone. Nie zabronię babciom, ciociom, wujkom zabrać ich do kościoła, bo w sumie po co mają mnie pytać dlaczego ten pan w sukience tak sam śpiewa, a inni tacy smutni siedzą. Niech babcię lub ciocię zapyta, jak już tam będą i niech im wytłumaczą, że tak wygląda radość ze zmartwychwstania. Jestem przygotowana na rozmowy o religiach - różnych i o tym dlaczego nie chodzą na katechezę (jeśli w ogóle pójdą do szkoły minister Zalewskiej) ,  dlaczego nie pójdą do komunii i nie dostaną na tę okoliczność quada. 

Jak dorosną, same zdecydują, jak poprowadzić swoje życie i czy chcą należeć do jakiejś wspólnoty religijnej, czy chcą się modlić do Jahwe, Allaha, Buddy czy innego krzesła obwiązanego szalikiem. Jeśli wychowam synów mądrze, będą wiedzieć, że najważniejsze w życiu jest to, żeby nie robić krzywdy sobie i innym. Wierzę, czy nie wierzę, mam żyć przyzwoicie. A normy społeczne są uniwersalne...

I tylko świeckiego państwa sobie życzę od wielu lat, bo muszę zaczynać obchody 11 listopada w połowie, bo najpierw msza, bo prezydent mojego kraju klęka przed biskupem, kiedy jest "w pracy", bo na wigilię w ratuszu zapraszani są księża, ale o pastorze zielonoświątkowców i duchownych innych wyznań to już nikt nie pamięta, bo dzieci z rodzin innych niż katolickie mają przerwę w trakcie zajęć, kiedy katolicy mają katechezę, bo w szkołach obok godła mojego kraju wisi krzyż, bo hierarchów kościelnych prosi się o komentowanie polityki. Tak nie wygląda przyzwoitość i traktowanie wszystkich równo!

[url=https://www.facebook.com/MatkaMarka/]Przeczytałeś/aś? Zajrzyj na mój profil na Facebooku. Tam dzieje się więcej niż na blogu[/url]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/6d7a60905c6d8b07a60dc55cfb3e29a0,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/6d7a60905c6d8b07a60dc55cfb3e29a0,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129999,czy-swieta-musza-byc-koszmarem</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129999,czy-swieta-musza-byc-koszmarem</link><pubDate>Sat, 24 Dec 2016 11:41:26 +0100</pubDate><title>Czy święta muszą być koszmarem?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/1a6fbd992b29dab86194e8f405803feb,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Znam wiele rodzin, w których podczas przygotowań do świąt wystarczy drobny impuls, żeby wszyscy do wigilijnego stołu siadali pokłóceni. U nas tak nie jest. Dlaczego? Bo jesteśmy zbyt leniwi.

Choć w ciągu roku zdarzają się sytuacje, że mam zamiar spakować walizki, trzasnąć drzwiami i wysłać mojemu mężowi pozew rozwodowy, a raz w miesiącu przesyłać alimenty na dzieci (nie jestem taka głupia, żeby zabierać dzieci, skoro chcę mieć święty spokój), to nie było jeszcze takiej sytuacji, żebyśmy kłócili się podczas przygotowań do świąt, imienin, urodzin, rocznicy ślubu i innych ważnych rodzinnych "nasiadówek". 

Lubię gotować, lubię karmić swoich gości, lubię ubierać dom na święta. Generalnie świeckie, pogańskie tradycje są bliskie memu sercu. Nie chodzimy do kościoła, nie chrzcimy dzieci, ale tradycja to dla mnie rzecz ... mhm... święta. Choinka, ręcznie robione ozdoby, światełka, jemioła (własnie w tym roku nie mamy jemioły...) to konieczny element świąt, który nie ma przecież nic wspólnego z Biblią. Wspólna kolacja i magiczny czas. Dlaczego magiczny, skoro dziecku nie opowiadamy, że 2016 lat temu (wg różnych wyliczeń ilość lat będzie różna) urodziło się dziecko, które przez wyznawców jednej z wielu religii jest uznawane za syna bożego? Otóż dlatego magiczny, że to jest czas, kiedy jesteśmy wszyscy w domu. I nie za bardzo jest gdzie pójść, bo wszystko już zamknięte, bo ciemno i zimno, bo dajemy sobie prezenty i każdemu jest miło. Po co więc psuć ten nastrój kilka godzin wcześniej?

Nie myję okien przed świętami ani innymi dniami, kiedy odwiedza nas rodzina i przyjaciele. Mieszkam przy bardzo ruchliwej ulicy i okna myję, gdy są brudne, czyli latem nawet kilka razy w miesiącu, a zimą, jak nie pada deszcz i słońce nie świeci wprost na brudne szyby, bo do dziś nie posiadłam sztuki polerowania, a maziaje wkurzają mnie bardziej niż brud. Sprzątam mieszkanie, kiedy jest brudno i "generalne" porządki przed świętami są mi zupełnie obce. Nie mam ciśnienia na 12 potraw, bo nie jesteśmy w stanie tego z mężem przejeść. Gotuję to, co lubimy. Jeśli zdążę, to w Wigilię, jeśli nie zdążę, to w święta lub wcale. 

Zakupy robimy na raty i przy okazji. Nie jedziemy po kosz "dobroci" do marketu i nie ciskamy przekleństwami w kasjerkę, bo wiemy, że ona tam siedzi po to, abyśmy my mogli mieć radosne święta, suto zastawione, ale nie siedzi tam dla przyjemności, tylko tak zarabia na swoje święta. Jak trzeba stać godzinę, to stoimy godzinę, bo mamy wtedy godzinę na pogaduchy o wszystkim. Jak dziecko marudzi, to dajemy mu bułkę i jest chwila ciszy. Jak nie kupię świątecznych serwetek, to też dramatu nie ma. Lubię kiedy stół wygląda pięknie, kiedy wszystko pasuje, ale nie robię awantury o poplamiony jeszcze przed kolacją obrus (zawsze można zastawić talerzem, stroikiem, łokieć położyć), rozlany barszcz, zjedzone przez psa pierniki z choinki. Dlaczego? Nie chce mi się. 

Jestem leniwa do granic możliwości. Próbuję wszystko organizować tak, żeby wykonanie niezbędnych czynności zajmowało jak najmniej czasu. Nie mam w domu "durno-stójek", bo nie chce mis ie z nich kurzu wycierać, meble mam wiszące, ew. w zabudowie, bo nie chce mi się przesuwać. Nie mam dywanów, bo mam psa i szybciej odkurza się panele, niż dywan, choć ten drugi oczywiście wygląda dostojniej. Moje mieszkanie jest otwarte dla gości, nie wymagam ściągania butów, bo potem goście zużywają całą moją rolkę do ubrań, żeby "odsierścić" skarpety (a myślą, że taka gościnna jestem)

Wigilia to też dzień moich imienin. Marzy mi się, że kiedyś ktoś w końcu przyjdzie z kwiatami, a nie gwiazdą betlejemską, ew. flaszką wódki. Od rana odbieram telefony z życzeniami, sms-y. Miło mi, że ktoś pamięta, że to są moje imieniny i nie zamierzam psuć sobie nastroju nieumytą podłogą i niewyciągniętymi naczyniami ze zmywarki.

Wystarczy odpuścić. Przyjąć z uśmiechem oczko w ostatniej parze rajstop, potłuczoną miskę na sałatkę i spalone chińskie lampki na choince, poplamioną koszulę syna przygotowaną na kolację wigilijną.

To ma być czas, kiedy cała rodzina jest razem, bo wszyscy mają wolne. I skoro przez cały rok jest między wami dobrze, niech i w święta będzie dobrze. Niech wam też się nie chce tego psuć. Nieusmażona ryba przyda się za tydzień.

Życzę wam wszystkim, żebyście nie zepsuli sobie świąt, żebyście ze szczerym uśmiechem usiedli do stołu, żebyście nie dali się wciągać mamie, teściowej, tacie, teściowi, córce, synowi, siostrze, bratu w przedświąteczną nerwówkę. Odpoczywajcie i cieszcie się, że tym razem poniedziałek jest wolny "z urzędu".

[url=https://www.facebook.com/MatkaMarka/]Przeczytałeś/aś? Zajrzyj na mój profil na Facebooku. Tam dzieje się więcej niż na blogu[/url]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/1a6fbd992b29dab86194e8f405803feb,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/1a6fbd992b29dab86194e8f405803feb,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129627,w-drugiej-ciazy-nauczylam-sie-kilku-waznych-rzeczy</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129627,w-drugiej-ciazy-nauczylam-sie-kilku-waznych-rzeczy</link><pubDate>Fri, 23 Dec 2016 11:36:40 +0100</pubDate><title>Jak druga ciąża nauczyła mnie życia</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/595ff7ec24d011f9604964b687edf7a8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W pierwszej ciąży wyglądałam jak milion dolarów (amerykańskich rzecz jasna), czułam się jak młoda bogini (w dwóch pierwszych trymestrach), byłam samowystarczalną przyszłą mamą, która czuła się seksi wprost proporcjonalnie do rosnącego brzucha. Potem urodził się syn, a potem byłam w ciąży numer dwa i niemal wszystko było inne.

Informacja, że zostanę mamą była dla mnie zimnym prysznicem. W poukładanym i zaplanowanym życiu pojawiło się dziecko i tak namieszało, że zdecydowaliśmy się zostać rodzicami po raz drugi. Już kilka miesięcy po pierwszym porodzie dość poważnie porozmawialiśmy o tym, co dalej i że mój zegar biologiczny tyka znacznie szybciej niż mojego męża, więc albo wóz, albo przewóz. 

Wydawało nam się, że wiemy, czego się spodziewać po narodzinach drugiego syna (nie braliśmy pod uwagę innej konfiguracji). I to jest dobre określenie wydawało nam się, że wiemy. Już pierwsze tygodnie ciąży były trudne. Pojawiły się komplikacje, ja nie miałam siły ani ochoty robić czegokolwiek, czułam się fatalnie, godzinami leżałam w łóżku, co skończyło się zwolnieniem lekarskim i kilkumiesięcznym "wykluczeniem z rynku pracy".


[b]Prosić o pomoc[/b]
Roczne dziecko, trudna ciąża i mieszkanie na drugim piętrze nauczyły mnie przede wszystkim prosić o pomoc. Już nie mogłam sama wziąć: zakupów, dziecka, torebki i wdrapać się do mieszkania z psem na smyczy. Szybko uświadomiłam sobie, że przede wszystkim muszę zwolnić, i że nie muszę robić wszystkiego sama.  Prosiłam więc o zaniesienie zakupów, a nawet o ich zrobienie, o popilnowanie syna przez godzinę, dwie, a nawet przez weekend. Mój mąż przeżył chyba największy szok, bo wielu rzeczy po prostu nie robiłam. I mam na myśli drobne sprawy, jak gotowanie obiadu, wkładanie naczyń do zmywarki, wieszanie prania. To wszystko często sprawiało mi trudność, a im brzuch był większy tym większą trudność.
I w tym miejscu namawiam wszystkie przyszłe mamy, żeby prosiły o pomoc. Nie wysługiwały się innymi, ale prosiły o wsparcie tam, gdzie jest ono rzeczywiście potrzebne.

[b]Odpoczywać[/b]
W drugiej ciąży wyleżałam się za wszystkie czasy. Powodem był nie tylko brak sił, ale też ogromny problem z kręgosłupem i jak już się położyłam to wstawanie sprawiało taki ból, że porządnie musiałam się zastanowić, czy aby na pewno nie poleżeć jeszcze z godzinę. Szybko zauważyłam, że jak poleżę i odpocznę, to jestem bardziej pogodna. Wykorzystywałam czas, kiedy mąż był w pracy, a syn w żłobku, nie wstawałam rano, kiedy oni szykowali się do wyjścia. Świetnie dawali sobie radę beze mnie, wiec odpuściłam i ten stan trwa do dziś. W pierwszej ciąży wstawałam o 6:00, pracowałam na najwyższych obrotach, gotowałam obiad, sprzątałam, robiłam pranie, a wieczorami kończyłam różne sprawy służbowe. Ale byłam głupia. Tyle fajnych chwil z brzuchem przeleciało mi przez palce. Oczywiście nie żałuję, bo nie wiem, gdzie byłaby dziś moja firma, która w pierwszej ciąży dopiero się rozwijała, ale czy było warto tak zachrzaniać? Nie wiem...

[b]Porządki[/b]
W drugiej ciąży nauczyłam się robić porządek. A miałam z tym zawsze problem straszny. Kilkunastomiesięczny syn, którego interesuje wszystko, co jest w zasięgu rąk i mama, która nie może w jednej chwili podnieść się z kanapy. Musiałam odkładać wszystkie rzeczy tam, gdzie jest ich miejsce, żeby bez sensu nie tracić energii na sprzątanie. I po części weszło to w krew. Wprawdzie nie zabieramy wszystkiego, czym syn może sobie zrobić krzywdę, z zasięgu jego rąk, bo uważamy, że musi się nauczyć, co mu wolno, a czego nie, jednak po co mam robić porządek w portfelu i torebce kilka razy w tygodniu, skoro mogę po wejściu do mieszkania odwiesić ją do szafy? Po co mam jechać z synem na pogotowie po włożeniu śrubokręta do kontaktu, jeśli mogę odłożyć go do szuflady, gdy tylko okaże się niepotrzebny? Po co mam prać ubrania drugi raz, bo syn zrzucił je na podłogę i bawi się w najlepsze, skoro mogę poskładać i włożyć je do szafy od razu po ściągnięciu ze sznurka, ew. poprosić o to męża? Po co mam syna przebierać lub "odsierściać" kilka razy dziennie, jeśli mogę po prostu odkurzyć? Po co mam robić porządek w dokumentach służbowych, ew. drukować nowe faktury, bo zostały podarte, popisane, skoro mogę je schować od razu, gdy nie są mi potrzebne?
Krótko rzecz ujmując, nauczyłam się, że robiąc niektóre rzeczy regularnie, tracę mniej energii i czasu na sprzątanie. Taka perfekcyjna pani domu ze mnie. 

Najważniejsze, czego się jednak nauczyłam, to fakt, że nie muszę być na każde zawołanie. Mogę pomagać, ale mogę też odmawiać i nie tłumaczyć się z tego. Mogę po prostu nie chcieć czegoś komuś zrobić i mimo wszystko nadal będę żyć w zgodzie ze sobą, a wcześniej wydawało mi się, że jak ktoś potrzebuje pomocy, to ja muszę pomóc. Nie muszę, tak samo, jak nikt nie musi biec z pomocą do mnie. Nic nie muszę - taka zasada przyświecała mi przez niemal całą ciążę nr 2. 

[url=https://www.facebook.com/MatkaMarka/]Przeczytałeś/aś? Zajrzyj na mój profil na Facebooku. Tam dzieje się więcej niż na blogu, a i można wygrać coś dla dziecka.[/url]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/595ff7ec24d011f9604964b687edf7a8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/595ff7ec24d011f9604964b687edf7a8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129971,wino-jak-miekki-kocyk</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129971,wino-jak-miekki-kocyk</link><pubDate>Wed, 21 Dec 2016 13:05:10 +0100</pubDate><title>Wino jak miękki kocyk</title><description><![CDATA[Co robić, by być tryskającą humorem smukłą kobietą o nienagannej cerze, świetnej pamięci i ochocie na seks? Niektórzy badacze twierdzą, że wystarczy lampka musującego wina dziennie. Wypita przez Ciebie oczywiście, nie przez faceta, który chce Cię poderwać...

Czego czasem potrzebuje kobieta, kiedy zimna plucha za oknem, a w życiu bałagan? Filmy mówią – wielkiego pudła lodów, życie weryfikuje – kieliszka wina. Te puste, jak je bezdusznie określają dietetycy, kalorie mają świetną, choć oczywiście tylko chwilową, moc rozgrzewania ducha i serca. Ale jeśli nawet w takich chwilach liczysz w głowie kalorie, ilość cukru i tłuszczu, to spieszę donieść, że według danych, jakie znalazłam, dwugałkowa (czy też dla niektórych „dwukulkowa”) porcyjka czekoladowych lodów to około 200 kcal z haczykiem, a kieliszek wina, w zależności od koloru i rodzaju, ma [b]100-150 kcal[/b].

Jakiego wina nalejecie sobie do kieliszka, to oczywiście sprawa indywidualna. Ale większość z nas szuka w takiej sytuacji łagodnych smaków, miłej słodyczy otulającej jak puszysty kaszmirowy koc. I mam dla Was dziś takie wino, które łączy w sobie delikatny smak z dodatkową energetyzującą mocą bąbelków. Przecież miałyśmy pobuszować trochę w krainie trunków musujących. Zatem przedstawiam - [b]Moscato d’Asti[/b].

Moscato d’Asti pochodzi z Włoch, a dokładniej – z [b]Piemontu[/b]. Jego ojcem opatrznościowych można nazwać Giovanniego Battistę Croce. Był on majętnym jubilerem królewskiego dworu sabaudzkiego na przełomie XVI i XVII wieku, który zakupił ziemię pod Turynem i zajął się winiarstwem. Popełnił nawet książeczkę w bardzo przystępny podobno sposób traktującą zarówno o piemonckich gatunkach winorośli jak i o samym procesie wytwarzania wina. 

Z rzeczy praktycznych, trzeba wiedzieć, że Moscato d’Asti to wino [i]frizzante[/i], czyli musujące baaardzo delikatnie. Nie wymaga zamykania odrutowanym korkiem, więc pamiętajcie, żeby mieć pod ręką [b]korkociąg[/b]. A ponieważ, jak sama nazwa wskazuje, robi się je z winogron [b]muskat[/b], jednych z najbardziej aromatycznych na świecie, przygotujcie się na prawdziwy zapachowo-smakowy zawrót głowy. W Moscato znajdziecie brzoskwinię, kwiat pomarańczy, cytrynę i inne owoce tropikalne. Wino jest subtelne, przyjemnie słodkawe i pełne świeżości. Ma też jeszcze jedną „zaletę” – niski poziom alkoholu, co przydaje się, gdy zdarzy się Wam wypić je na pusty żołądek jako aperitif na przyjęciu.]]></description></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129955,jak-wygospodarowac-czas-dla-siebie</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129955,jak-wygospodarowac-czas-dla-siebie</link><pubDate>Tue, 20 Dec 2016 17:14:29 +0100</pubDate><title>Jak wygospodarować czas dla siebie?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/4b5f80b91661bf8fafcc5caa2de0f368,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Czego potrzebuje każda z nas, a zazwyczaj mamy go mało, albo i wcale? Czas. Ale nie o byle jaki czas rzecz się rozchodzi. Mówię o „czasie dla siebie”. Brzmi prawie magicznie i dla wielu zdaje się być równie nieosiągalne jak podróż prywatnym odrzutowcem. Czy rzeczywiście tak ciężko wygenerować chwile dla siebie?

CBOS donosi, 45% Polaków deklaruje, że mają dla siebie mniej niż dwadzieścia godzin w tygodniu (wliczając w to również weekendy). Przy czym często czas wolny spędzamy przed telewizorem, komputerem, odpoczywając biernie. W rzeczywistości nadal zajmujemy swój umysł i połowę zmysłów bodźcami. 

[b]Co zabiera nam ten cenny czas?[/b]
1. [b]Pracodawca[/b] - on nigdy nie rozumie że mamy też rodzinę, o czasie dla siebie nie wspominając. 
2. [b]Dzieci[/b] - jeszcze bardziej wymagający element otoczenia. Zawieź, odwieź, daj, wycieczka, praca domowa, kup, on ma nowszy, ty nigdy, ty zawsze, ehhh... 
3. [b]Współmałżonek bądź partner[/b] - jego potrzeby, praca, obowiązki chcesz czy nie, skoro go masz trzeba się dostosować i wliczyć jeszcze czas dla Was, by za chwilę nie obudzić się z ręką w nocniku. 
4. [b]Znajomi i rodzina[/b] - wieczny wyrzut każdego z nas: rzadko się widujemy, dawno nie dzwoniłaś. Mało czasu poświęcamy na dbanie o relacje z bliskimi, zmęczeni budowaniem ich w pracy, a gdy już się spotykamy przy święcie, kończy się to przewlekłym zmęczeniem z nadmiaru wszystkiego. 
5. [b]Korki[/b], o to pochłaniacz nie tylko czasu ale i dobrego samopoczucie, pozytywnego nastawienia oraz co nieuniknione, paliwa. 
6.[b] Telewizor[/b], siadasz tylko na chwile, raptem rzucisz okiem a tu już dwie godziny minęły.
7. [b]Komputer[/b] - tu zerkniesz, tam poczytasz, tu sprawdzisz, o i to jest ciekawe, a tego muszę kiedyś spróbować i godzina z życia wyjęta.
8. Zuckerberg i ten przeklęty [b]Facebook[/b], szkoda gadać.
Czasu jest zawsze za mało, w końcu minuta ma tylko 60 sekund, doba tylko 24 godziny a weekend raptem dwa dni.

[b]Jak pracować efektywniej?[/b]
Jeśli czas wiecznie Ci „ucieka” warto spojrzeć na swoją sytuacje z dystansu i ocenić czy to aby na pewno nie jest zależne od Ciebie samej. Poobserwuj się ile czasu krążysz wokół pracy, a ile ją faktycznie wykonujesz zaś by bardziej efektywnie wykonywać czekające cię zadanie pogrupuj je w bloki tematyczne według kontekstu, czasu i dostępnej energii. Spisz wszystkie czynności które wykonasz przy użyciu: komputera, internetu, telefonu, maila, itp. Siadając do realizacji zadań będziesz mieć czarno na białym co masz wykonać, ponadto gdy pojawi się luka czasowa jak oczekiwanie na spotkanie możesz wykonać kilka telefonów z listy lub odpowiedzieć na maile.
Czy szanujesz sama siebie na tyle, aby codziennie znaleźć czas dla siebie? Popracuj nad swoją asertywnością ze świadomością iż składają się na nią nie tylko umiejętność odmawiania, ale i poczucie własnej wartości oraz świadomość swoich kompetencji. Zaczynając od końca gdy wiesz jakie są twoje mocne strony a w czym się nie sprawdzisz, będziesz czuć się pewnie biorąc odpowiedzialność za przydzielone zadanie lub odmawiając jego wykonania. W odmawianiu bowiem nie chodzi o samo powiedzenie NIE, ale odpowiednią argumentację.

Czy jesteś w stanie pracować w skupieniu przez określony czas aby potem wyjść z niej z „wolną głową”?

Szybką metodą na przywrócenie stanu pełnej koncentracji jest Pomarańcza. Wyobraź sobie że trzymasz ją w dłoni pachnącą i soczystą, następnie przyłóż do górnej części tyłu głowy. Pomarańcza pozostanie tam przyklejona, na kilka godzin i pomoże Ci utrzymać koncentrację. Jeśli wolisz jabłko, też może być, grunt to przekierowanie uwagi na tylną część mózgu i zmianie umysłowego centrum percepcji.

[b]Czas prywatny[/b]
[b]1. Dzieci,[/b] a kto ich nauczył, że jesteś od wszystkiego. Może czas by samo odrabiało lekcje i ponosiło konsekwencje swoich wyborów. Może czas by pobawiło się samo, w końcu relacja z samym sobą jest kluczowa dla rozwoju społecznego. Tak, Tobie też jest to potrzebne.

Polecam stopniowo oswajać potomka z nową sytuacją. Niech sam zdecyduje, które zadania są dla niego przystępne, ile czasu potrzebuje na ich wykonanie. A potem… do dzieła! 

Bez względu na rezultat pochwal go, następnie zajmijcie się tymi które wymagają Twojego wsparcia. Pamiętaj, aby je wcześniej podzielić na trudniejsze i łatwiejsze dla dziecka. Zacznijcie od trudnych i zakończcie łatwiejszymi. Doceniaj i wskazuj każde zadanie, element wykonane samodzielnie przez pociechę, i nie zapomnij podsumować podkreśleniem ilości rzeczy wykonanych bez twojego udziału lub z nieznacznym.

[b]2. Partner.[/b] Z drugą połówką możecie się wspierać w organizacji czasu dla siebie. Krok pierwszy to ustalić wspólne obszary odpowiedzialności, następnie kiedy i jak spędzacie czas razem oraz kiedy i ile każdy ma czasu dla siebie. Wymaga to rozpisania planu na cały tydzień ale przewidywalność i powtarzalność danych elementów pomoże uniknąć niedomówień. Możecie wyznaczyć każdego dnia po pół godziny tylko dla siebie lub godzinę co drugi dzień np. w poniedziałek ty ogarniasz dom i dzieci on czyta książkę i to jego święty czas, zakaz wstępu do pokoju. We wtorek ty idziesz na siatkę i nikt nie dzwoni z pytaniami, bo to Twój święty czas. Środa to czas wspólny, razem robicie obiad albo zamawiacie a potem spacer, gra, basen co kto lubi oby razem. 

[b]3. Bliscy.[/b] W relacjach z bliskimi polecam  korzystać np. z korków by tak po prostu pogadać, dowiedzieć się co słychać, dać znać że są wam bliscy. Wybieraj po jednej osobie i nie zapomnij z góry określić sobie czasu. U mnie sprawdza się uprzedzenie z góry rozmówcy komunikatem typu: Hej … Mam 10 wolnych minut i chciałam Cię usłyszeć, jak się masz? 

[b]4. Korki![/b] Wracając do korków, to najlepszy czas na wiele rzeczy. Rozmowy z bliskimi, nadrabianie lektur audiobookami (tak wiem, to nie to samo, ale jednak warto spróbować przesłuchania całego zanim ostatecznie wyląduje w schowku), nauka języków, śpiewanie, słuchanie muzyki, planowanie, ćwiczenia oddechowe, wzmacnianie mięśni metodą zepnij- odpuść. Można to też potraktować jako świetny czas na rozwój:
- odpuszczanie, skoro stoję w korku to już trudno, tak to jest w mieście o tej godzinie
-organizowanie, skoro się spóźnię, co mogę zrobić by zadanie zostało wykonane, kto może mi w tym pomóc
-refleksja, podsumowanie dnia, co się działo, jak reagowałam, co chce zmienić, jak to zrobię, od czego zacznę
-samorozwój, czego potrzebuję by wypracować pewną kompetencję, co jest w zasięgu, jak to zorganizuję, kto mnie wesprze i jak
-emocje, świadomość jakie to emocje, nazwanie ich, określenie gdzie się umiejscawiają w ciele, co mi robią, czego chcę, co zrobię by to osiągnąć

[b]5. Media.[/b] Telewizor, komputer, Internet, naucz się zarządzać sobą w kontakcie z mediami. Nie zapominaj, że to tylko maszyny, które się włącza i wyłącza, to ty je zapraszasz do swojego życia. Powiem więcej, bardzo modne jest teraz bycie offline. 

[b]Zakończenie
[/b]Koniec końców w organizacji czasu dla siebie najważniejsze są cel i plan. Pierwszy by wiedzieć do czego dążysz, czego potrzebujesz, kto Ci w tym pomoże i jak, oraz plan jak zrealizujesz swój cel. 
Na początek polecam małe kroki, by wygenerować 20min. dziennie dla siebie. Mało? Spędź w ciszy i spokoju, nie robiąc nic po za oddychaniem 5 minut, a przekonasz się jak niesamowitym zjawiskiem jest czas. 
Pamiętaj tylko, by organizując sobie dzień, zaplanować co zrobisz w czasie dla siebie.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/4b5f80b91661bf8fafcc5caa2de0f368,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/4b5f80b91661bf8fafcc5caa2de0f368,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129901,internet-chcial-zniszczyc-moja-rodzine</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129901,internet-chcial-zniszczyc-moja-rodzine</link><pubDate>Thu, 15 Dec 2016 00:17:25 +0100</pubDate><title>&quot;Internet chciał zniszczyć moją rodzinę&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/c3c0365040f8680cefe9f3ddf5993d05,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Internet chciał zniszczyć moją rodzinę i to tylko moja wina. Sama zaprosiłam technologię do mojego domu, sama zaczęłam się w nią zagłębiać coraz bardziej… aż do momentu gdy niewinne „zaraz, za chwilę” zaczęły się przedłużać w nieskończoność. Dostałam w twarz, gdy syn mi powiedział: „nigdy nie masz dla mnie czasu” – w ustach 3-latka zabrzmiało to tak rozpaczliwie, że powiedziałam „DOŚĆ!”

Niewinne początki

Internet pojawił się w moim domu dawno temu; za czasów fotki i naszej klasy, potem powstała era facebooka – i chociaż byłam do niego niechętnie zastawiona, założyłam profil. Traktowałam go jako zabawę do momentu, gdy powstał blog; założenie fanpage’a było kwestią czasu; zaczęło się wędrowanie po internecie w poszukiwaniu inspiracji, zdjęć, ludzi. Fajna zabawa zaczęła przeradzać się w uzależnienie, nad którym całkowicie panowałam… też do pewnego momentu.

FEJM!

Pierwsi czytelnicy, miłe słowa, lubisie, komentarze – zaczęło ich przybywać, a ja zaczęłam coraz więcej czasu spędzać przed komputerem. Pochłonęła mnie organizacja spotkania blogowego, wiecznie wertowałam strony szukając sponsorów, ciekawych ofert, miejsc. Z facebooka i bloga przeniosłam się na całą sieć i regularnie przeglądałam masę stron. Dysk zapełniał się zdjęciami, inspiracjami i linkami do miejsc, które trzeba odwiedzić, blogów, które należy przeczytać i rzeczy, które trzeba koniecznie zrobić. Kreatywne zabawy z synem były z początku niewinne; rozwijały Jego i mnie ale nagle okazało się, że w pokoju nie może być bałaganu, dziecko musi być czyste, a prace twórcze idealne. Zaczęłam odganiać syna, gdy „pracowałam”… mimo, że kiedyś pracował ze mną.

Pierwsza kartka ostrzegawcza

Pierwszą kartką ostrzegawczą, były słowa Ślubnego: „ciągle ślęczysz przy tym komputerze”, ” zostaw już ten telefon”, „klikasz i klikasz” – olałam go, przecież pracowałam nad blogiem! Nad moim ukochanym drugim dzieckiem. Nie zauważyłam gdy moje PRAWDZIWE dziecko zaczęło się ode mnie odsuwać, a ja – przyznaję z ciężkim sercem – byłam z tego zadowolona. Miałam wreszcie spokój, by pisać, fotografować, tworzyć. Nie rozstawałam się z telefonem, a wyjście na plac zabaw był dla mnie męczarnią bo nie miałam dostępu do sieci. Zaniedbałam dom, siedziałam po nocach, małżeńska sypialnia mogłaby dla mnie nie istnieć. W końcu jednak przyszedł czas na pobudkę…

Czerwona kartka!

Olałam totalnie wszystko; solidne śniadanie dla syna, pyszny obiad, kolację, małżeństwo i macierzyństwo w pełnym zakresie – robiłam tylko to, co musiałam i nic ponad miarę. Wszystko robiłam na przysłowiowy o-d-p-i-e-r… Po przebudzeniu najpierw siadałam do komputera i sprawdzałam pocztę, mam pracę/zlecenie/wpis do zrobienia; nie mogę odejść teraz od komputera! Dziecko odejdź, włączę Ci bajkę, zaraz, za chwilę, daj mi 5 minut, no przecież pracuję, czekaj noo! Wypluwałam z siebie te słowa jak z procy, nie musiałam nawet myśleć – one same mi właziły na język i uciekały w przestrzeń – w przestrzeń mojego dziecka.

Usiadł i zaczął układać nowe puzzle.
– Mamo, pomóż mi.
– Za chwilę.
– Ale one są takie trudne.
– Dasz radę.
– Ale nie wiem jak.
– Oj zaraz!
– Nigdy nie masz dla mnie czasu.
Bez pretensji, bez unoszenia głosu – z rozczarowaniem, rezygnacją.
Boże! Zawiodłam Go! Kiedy to się stało? Jak mogłam!

[photo]312373[/photo]
[b]Pękło mi serce[/b]

Moje serce pękło na milion kawałków. Jak mogłam sprawić, że mój 3-letni, ukochany syn powiedział mi coś takiego? Dlaczego nie zauważyłam, że On jest cierpliwy, że cały czas czeka na mnie i moją uwagę. On nie żądał by się z nim bawić, On o to prosił… Tego dnia powiedziałam sobie „DOŚĆ!”

Przez kilka dni całkowicie zniknęłam z sieci i wróciłam odmieniona. Dałam sobie w pysk, popłakałam, ochłonęłam i wreszcie jestem szczęśliwa. Ponownie odnalazłam radość z beztroskich wygłupów na placu zabaw, z turlania się po łóżku i zawijania w kocyk. Niebywałą przyjemność sprawia mi czytanie z synem i układanie wieży z pierdyliarda kloców lego. Przesiaduję na kanapie ze Ślubnym i razem gapimy się w telewizor, popijając wino, wcinając chipsy i żartując.

Nadal piszę, nadal mam sporo zleceń i zobowiązań ale okazało się, że od kiedy wrzuciłam na luz potrafię je wykonać szybciej i lepiej. Gdzie zatem spędzałam te długie godziny przed komputerem? Gdzie wędrowałam? Teraz nie rwę już włosów z głowy patrząc na statystyki, nie odpisuję od razu na komentarze i wiadomości. Nie jest mi jednak łatwo; łapię się czasem na tym, że siedzę za długo lub używam zakazanych słów ale gdy tylko się zorientuję, że przeginam; wyłączam laptopa i idę z młodym na zewnątrz. A Ślubny? Zauważył różnicę i kilka pierwszych dni mi dogryzał „a Ty nie przed laptopem? święto!”. Teraz już sam przyznał, że lubi jak wszystko jest w normie.

[photo]312371[/photo]
[b]Nigdy w życiu[/b]

Pewnie jest wiele kobiet, które tkwią w tym niebezpiecznym etapie (przypominam, że mężczyzn dotyczy to równie często). Uzależnienie od internetu nie boli, ale krzywdzi tych, których kochamy. Okazuje się ze jesteśmy rodziną/ parą nie ze sobą, a obok siebie. Wcale nie musisz prowadzić bloga, by zagubić się w tym świecie – pięknym, idealnym, pełnym wrażeń – jest przecież tyle miejsc w sieci!

Pamiętaj jednak, że warto czasem zrobić sobie rachunek sumienia, dać w twarz i zrozumieć błędy. Twoja rodzina potrzebuje Ciebie tu i teraz, pamiętaj, bo nigdy nie wiadomo co przyniesie jutro.

Zacznij więc cieszyć się z życia, Twojego PRAWDZIWEGO życia, którym wirtualne nigdy się nie stanie.
[b]Paulina Grochowska[/b]
Autorka bloga: [url=http://www.oliloli-newlife.com/]Oli Loli New Life[/url]
Redaktor Magazynu KoBBieciarnia.pl]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/c3c0365040f8680cefe9f3ddf5993d05,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/c3c0365040f8680cefe9f3ddf5993d05,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129839,wyszlam-za-maz-zaraz-wracam-o-statusie-kobiety-z-odzysku-i-innych-porozwodowych-smaczkach</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129839,wyszlam-za-maz-zaraz-wracam-o-statusie-kobiety-z-odzysku-i-innych-porozwodowych-smaczkach</link><pubDate>Thu, 08 Dec 2016 21:12:51 +0100</pubDate><title>„Wyszłam za mąż, zaraz wracam”. O statusie Kobiety z odzysku i innych, porozwodowych smaczkach</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/e8f7843aea050b26fe293d98757c6f6c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W dzisiejszych czasach obrączka na palcu i słowa przysięgi, wypowiadanej w Kościele, straciły na wartości. Widok dziewczyny w ciąży, odgrywającej przed ołtarzem rolę niewinnej dziewicy, powoli umiera śmiercią naturalną, ustępując miejsca wyzwolonym Pannom Młodym, małżeństwo traktując, jako etap przejściowy, zgodnie z zasadą: „Nie wyjdzie, to się rozwiodę”. Kobiety „z odzysku” stanowią znaczną część naszego społeczeństwa. Sama jestem zresztą jedną z nich… Odpowiadając „Tak”, nawet w najgorszych snach nie przewidziałabym scenariusza, który zrealizował się w moim przypadku.

Czy więc naprawdę z taką lekkością podchodzimy do: ślubu, rozwodu, walki o dzieci. Czy na serio mamy w nosie co pomyślą o nas inni? Ponoć… nikt nie traktuje już rozwiedzionych kobiet, jak trędowatych. Podobno… nie jesteśmy narażone na kąśliwe uwagi koleżanki z pracy, które świętują ze swoimi mężami, kolejne rocznice ślubów (mniejsza o to, że ów małżonek sporadycznie odwiedza małżeńskie łoże, grzejąc się w ramionach młodej kochanki, po upojeniu alkoholowym miewa problemy z dotarciem do domu, a żona – zastępuje mu worek bokserski i niewolnicę do spełniania jego zachcianek). Słyszałam także… że nowe teściowe nie podkreślają na każdym kroku, iż spotkało cię nieziemskie szczęście, skoro ich syn przygarnął „taką kobietę” (choć w gruncie rzeczy, nie przebierały w środkach, aby wybić mu z głowy ten związek). Podobno.

Okazuje się jednak, że wścibskie sąsiadki rodziców, choć porozumiewają się ściszonym głosem, dbają, abyś usłyszała i zauważyła, że to z Tobą jest „coś nie tak”, a część Twoich przyjaciółek – choć nigdy nie powie Ci tego wprost, wygina się we wszystkie strony, w obawie, że spróbujesz na ich mężach swoich wdzięków singielki.

W pewnym sensie mają prawo się obawiać. Nieprawdą jest bowiem, że byłe Panny Młode nie marzą o miłości „aż po grób”, ani nie zazdroszczą tym, którym się udało. Nie obwiniają się o to, co poszło nie tak. Nie rozkładają na czynniki pierwsze, każdej sprzeczki. Nie traktują rozwodu, jak porażki…

Rozpad małżeństwa na zawsze zostawia ślad w naszym sercu i umyśle, czy tego chcemy, czy nie. Dlatego niełatwo przychodzi nam decyzja o zakończeniu relacji. Nie każdej z nas było dane podjąć ją osobiście. Prowadząc swoje Centrum Zapoznawcze, poznałam wiele takich kobiet. W większości zasmakowały one goryczy zdrady, bólu przemocy lub zwyczajnie zrozumiały, że będąc z danym człowiekiem, utracą cząstkę siebie. Czasem wina leżała w różnicy charakterów, w odmiennym postrzeganiu świata, innym razem wynikała z „wpadki” lub była efektem nacisku rodziny. Niezaprzeczalnie, status rozwódki posiada więcej minusów, niż plusów… Tylko czy powstrzymałoby to którąś z nas, przed zawalczeniem o własne szczęście? Śmiem wątpić!

Nie łatwo bywa też rozwódce na rynku matrymonialnym. Nie każdy kawaler, wdowiec czy inny rozwodnik patrzy przychylnym okiem na „wypróbowaną damę” – zwłaszcza, jeśli niesie ze sobą nadbagaż w osobach potomnych. Czasem żałuję jedynie, że wspomniani Panowie, nie mają świadomości, którą dziś posiadam – „Ja.Rozwódka”. Drodzy Mężczyźni, „takie kobiety” kochają bardziej. Z większym pietyzmem i namaszczeniem podchodzą do człowieka, który jest im oddany. Mnie się udało, jestem szczęśliwą mężatką. Także klientki mojego Centrum coraz częściej podążają analogiczną drogą. Czytasz ten artykuł i wątpisz w swój „happy end”? Jeśli należysz do grona rozwódek, zmianę zacznij od siebie. Przestań przejmować się „porażką”, zacznij traktować ją jak lekcję. Noś głowę wysoko. I pamiętaj, Ty także zasługujesz na druga szansę.

PS: A jeśli masz już status szczęśliwej żony – nie potępiaj kobiet z przeszłością. Pamiętaj o jednym: żadna, raz jeszcze powtórzę dobitniej: żadna z nas, nie ma 100% pewności czy nie podzieli jej losu.
[b]
Anna Guzior – Rutyna[/b]
Właścicielka: [url=http://https://www.facebook.com/zolyty/?fref=ts]Centrum Zapoznawczego Zolyty[/url]
Autorka bloga: [url=http://https://www.facebook.com/Randkiswatki-1681837978743894/?fref=ts]Randki Swatki[/url]
Redaktor Magazynu [url=https://www.facebook.com/kobbieciarnia/?fref=ts]KoBBieciarnia[/url]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/e8f7843aea050b26fe293d98757c6f6c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/e8f7843aea050b26fe293d98757c6f6c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129837,dowiedzialam-sie-o-raku-kupilam-rurke-z-kremem-i-przysieglam-ze-przezyje</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129837,dowiedzialam-sie-o-raku-kupilam-rurke-z-kremem-i-przysieglam-ze-przezyje</link><pubDate>Thu, 08 Dec 2016 21:04:10 +0100</pubDate><title>„Dowiedziałam się o raku, kupiłam rurkę z kremem i przysięgłam, że przeżyję…”</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/065b975b8894777bc2c8a7462d51dc95,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Często słyszę pytanie: Jak zareagowałaś, kiedy dowiedziałaś się, że masz raka?

Co się wtedy robi? Jak się wówczas myśli?

Głupio mi wtedy opowiadać prawdę, pewnie nikt, kto nie znalazł się w tym miejscu, nie zrozumie, że dzień, w którym dowiadujesz się o śmiertelnej chorobie, to dzień… „jak co dzień”. W dniu, w którym dowiedziałam się, że jestem chora, a mój biologiczny zegar zaczął nagle tykać szybciej, niż kiedykolwiek, odmierzając czas jak do wybuchu – kupiłam pyszną rurkę z kremem, usiadłam na ławeczce, na placyku w centrum miasta i delektując się jej smakiem powiedziałam do siebie pod nosem: „Dasz radę. Musisz przeżyć”.

Miałam już spore doświadczenie. W 2012 roku mój tata zachorował na raka jelita grubego – wiedziałam co może mnie czekać i jak wygląda walka z nowotworem. Zachorował w Wielkiej Brytanii, dla niego leczenie było już tylko paliatywne (chemioterapia i radioterapia). Na wszystko było „za późno”. Miał różne objawy, cierpiał z bólu, ale nie zgłosił się do lekarza. Męskie ego wygrało. Jakiś czas później wygrał rak.

Po konsultacji z onkologiem, lekarz prowadzący podjął decyzje co do mnie. Mogłam mówić o szczęściu, o leczeniu paliatywnym póki co, nie wspominano. Przewidziano dla mnie jednak zachowawczym leczenie raka, jego wielkość i umiejscowienie uniemożliwiały chirurgom usunięcie guza. Zostały więc tylko dwa wyjścia: natychmiastowe usuniecie guza wraz z całą piersią lub zastosowanie 4 do 8 cykli chemioterapii, w celu zmniejszenia narośli i usunięcia tak zneutralizowanego guza, przy zaoszczędzeniu piersi.
[photo]312171[/photo]
Wybrano drugą opcję. Pamiętam, że pierwszą chemioterapię wyznaczono mi na 24 września. Zaczęłam  przygotowania. Ścięłam włosy – onkolog poinformowała mnie, że wypadną wszystkie i wypisała receptę na perukę. Nie uwierzyłam, ścięłam fryzurkę na krótko licząc, że pozostanie nienaruszona.

O umówionej porze stawiłam się w szpitalu, w oczekiwaniu na to, aż w mój organizm wlana zostanie substancja chemiczna, mająca zniszczyć komórki rakowe, przy okazji niszcząc to, co zdrowe. Chemioterapia, którą mi przyznano, to jednodniowa akcja – co trzy tygodnie, stawiam się karnie pod kroplówkę.

Pierwsze badane krwi, morfologia, wynik po 5 minutach i wizyta w gabinecie, w celu ustalenia, jaką chemię mam otrzymać. Miałam przyjąć chemię agresywną – czerwoną. Czytałam o niej na blogu jednej z koleżanek. Pisała, że jednego razu, kropla takiej chemii spadła przypadkiem na linoleum i wypaliła dziurę. Za namową koleżanki zapytałam lekarza, czy mój rak jest złośliwy. Odpowiedziała: „każdy rak piersi jest”. Rak piersi prawej cT2N1Mo, tego zdiagnozowano u mnie.

Na sali zostałam podpięta do kroplówki. Przez około 4 godzin w moich żyłach płynęła substancja, inna niż dobrze znana krew. Po powrocie do domu czułam się właściwie całkiem nieźle. Byłam nieco osłabiona, ale nic nie zapowiadało koszmaru, który nadszedł dzień później. Nazajutrz, zaczęłam wymiotować na potęgę miałam mdłości, bardzo osłabłam. Dopiero po zażyciu tabletek przepisanych mi przez onkologa wymioty ustąpiły, choć przez kolejne trzy dni czułam się bardzo osłabiona.

Zaczęłam zdrowo się odżywiać co wcześniej nie było moją mocną stroną – warzywa gotowane na parze, owoce. Ograniczyłam spożycie kawy i palenie papierosów. Po kilku dniach poczułam się świetnie, pogoda dopisywała wiec zaczęłam codziennie spacerować, odwiedzać znajomych, słowem – żyć normalnie, próbując zapomnieć o chorobie.

W 2 tygodnie po ostatniej chemioterapii garściami zaczęły wypadać mi włosy, a skóra na głowie zaczęła bolec ponad normę. Nie mogłam spać. Na głowie zawiązałam chustkę, bo włosy walały się w pościeli. W ubraniach, na szafkach i na podłodze – wszędzie leżały smutne kępy.

Rankiem 1listopada 2013r. poszłam do łazienki. Stanęłam przed lustrem i rozpłakałam się jak dziecko. Patrzyłam na swoje odbicie w lustrze i zadawałam sobie pytanie: Dlaczego ja? Byłam bezsilna. Mąż przytulił mnie i powiedział: „Damy rade, musisz wygrać, musisz żyć!”. Wzięłam się w garść. Mocne postanowienie: nie poddam się bez walki. Wkrótce potem założyłam swojego bloga. Chciałam walczyć. Nazwałam go Pink Glove, na myśl o wielkiej różowej rękawicy, którą pokonam raka.

Podjęłam decyzję – wygolę się na łyso. Nie żałuję, trochę śmiesznie wyglądałam, ale wmówiono mi, że kiedy włosy odrosną, będą zdrowsze i piękniejsze. Uwierzyłam po raz kolejny. Nie wykupiłam nawet peruki, nie chciałam sztuczności. Zaczęłam chodzić w chustce. Szybko znalazły się osoby, które wyśmiały mnie za to, że wyglądam, jak beduin. Ciekawe, jak one prezentowałyby się walcząc o życie.

Dni po pierwszej chemioterapii mijały spokojnie, nie miałam żadnych sensacji żołądkowych, choć zdarzało się regularnie, że bywałam mocno osłabiona. Psychicznie przygotowywałam się do II sesji, wyznaczonej na 14 listopada.

W dzień kolejnej „próby sił”, jak za pierwszym razem, stawiłam się na czczo na badanie krwi, z którego wynikiem udałam się do doktorki. Zbadała pierś, wystawiła skierowanie na założenie znacznika na guza. Dalej, kolejne oczekiwanie na kroplówki, pełniutka sala pacjentów. Przybyło z 20 nowych osób, przyszły też twarze znajome z poprzedniej sesji,. O dziwo, czułam się w ich towarzystwie znacznie raźniej.

Tym razem, wymioty zaczęły się znacznie szybciej. Kilka godzin stania nad sedesem, silne osłabienie. Szczęśliwie jednak, tabletki na nudności, wciąż pomagały. Kojąco działał też imbir i wąchanie skórki z z pomarańczy. Przeżyłam.

W piątek byłam ciągle mocno osłabiona. W sobotę obudziłam się nie mogąc złapać powietrza, zaczęły się duszności. Dzwoniłam do szpitala chyba z 15 min, nikt nie odbierał. Zdecydowałam się zadzwonić po pogotowie, ale dyspozytorka odmówiła posłania karetki. Młodsza córka zawiozła mnie na pogotowie, gdzie wykonano badanie ekg i skierowano mnie do szpitala. Na izbie przyjęć pobrano mi krew, podłączono tlen, duszności trochę ustąpiły. Na moje nieszczęście, duszność dopadła mnie jednak w sobotę – dzień, w którym szpital onkologiczny nie pełnił ostrego dyżuru. Kolejna pani doktor, odesłała mnie więc z kwitkiem, do dyżurnej placówki. Tym razem zasłużyłam na pomoc karetki, która przetransportowała mnie na drugi koniec miasta.

W szpitalu wewnętrznym nawet karetka nie dała mi jednak wjazdu na bilecie VIP. Lekarz dyżurny nie krył swojego oburzenia faktem, że to akurat do nich przyjechałam ze swoim „widzimisię”. Tłumaczyłam, że jestem tylko pacjentką, nie wiem jakie obowiązują procedury, mam duszności i… raka, bardzo źle się czuję – naiwna, myślałam, że to wystarczy. Zostałam na izbie przyjęć.
[photo]312173[/photo]
Leżałam na łóżku z rurką w nosie, podpięta do tlenu. Teraz faktycznie lepiej mi się oddychało. Lekarz zlecił badanie RTG klatki piersiowej i echo dna serca. Na podstawie wyników badań stwierdził, że spada mi odporność. 10 godzin spędzonych w oczekiwaniu na decyzje ze wzrokiem wbitym w sufit i wątpliwością „co dalej”, potrafi zniszczyć najsilniejszych. Na szczęście, wyniki były dobre.

Dostałam kroplówkę wzmacniającą i wróciłam do domu. W poniedziałek 18tego listopada założono mi znacznik – zabieg podobny do biopsji. Poprosiłam o podwójne znieczulenie. Zbadano mi jeszcze pierś, znacznik był tam, gdzie powinien, więc pozwolono mi wrócić do domu. Czułam się dobrze, a humor dopisywał.

Musiał. W końcu czekały mnie jeszcze dwie sesje chemioterapii.

[b]Sylwia Malarz
autorka bloga: [url=http://https://pinkglove73.blogspot.com/]Różowa rękawica[/url] – Pink Glove 73
Redaktor Magazynu [url=https://www.facebook.com/kobbieciarnia/?fref=ts]KoBBieciarnia[/url][/b]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/065b975b8894777bc2c8a7462d51dc95,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/065b975b8894777bc2c8a7462d51dc95,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129833,5-sposobow-na-wygospodarowanie-czasu-dla-przedsiebiorczych-mam</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129833,5-sposobow-na-wygospodarowanie-czasu-dla-przedsiebiorczych-mam</link><pubDate>Thu, 08 Dec 2016 15:08:45 +0100</pubDate><title>5 sposobów na wygospodarowanie czasu dla przedsiębiorczych mam</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/74dcbe26bd23deb6c2e081e679f595b0,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kobiety prowadziły dom, pracowały zawodowo i wychowywały dzieci jednocześnie od wieków, nie jest to wynalazkiem naszych czasów, że mamy kilka „etatów” na raz. Można rzec, że przedsiębiorczość wyssałyśmy z mlekiem matki, ucząc się przez przykład, obserwację i presję społeczną.

Dzisiaj prześcigamy się, szczególnie w Polsce, w narzekaniu ile to mamy na głowach i chwaleniu jak nadzwyczajnie wychowujemy dzieci. Nierzadko wypruwamy sobie żyły udowadniając otoczeniu, jak wspaniale sobie ze wszystkim radzimy. Przecież jesteśmy kobietami. A chwilę potem ciskamy gromami w nieużytecznych ojców dzieci, roniąc gorzkie łzy rozczarowania. A czy nie jest tak, że same przyczyniamy się do utrwalenia takiego podziału?

Ogrom pracy w domu to dla nas za mało - wszystkie chcemy się jeszcze realizować zawodowo. Więc dokładamy kolejne zadania. Ścigamy się z mężczyznami, walczymy. [b]Żądamy równouprawnienia nie wychodząc jednocześnie z roli matki.[/b] Koniec końców stajemy pod ścianą, zmęczone i złe.

[b]Przedsiębiorcza mama vs czas[/b]
Czas to przeciwnik każdej przedsiębiorczej i pracującej mamy. Jesteśmy w wiecznym pośpiechu - deadline był na czwartek, dzieci trzeba było odebrać o 16, a goście przecież przyjdą na kolację już o 19. W jaki sposób znaleźć czas na wszystkie obowiązki, rodzinę i na… no właśnie. Na siebie? W trakcie codziennej pracy z moimi klientkami (których życia nierzadko wyglądają jak na przykładach, które wymieniłam powyżej) nauczyłam się jednego: nie ma uniwersalnej recepty i sposobu na zachowanie balansu. To pojęcie dla każdej z nas znaczy coś innego.

To nie znaczy jednak, że nie ma dobrych sposób, którymi jako kobiety nie powinnyśmy się dzielić, poniżej znajdziecie kilka z nich - sprawdźcie, przetestujcie i dostosujcie do siebie. Być może niektóre z nich sprawdzą się w waszym przypadku i ułatwią wam codzienność.

[b]Ojciec też potrafi[/b]
Z ojcem jest nieco inaczej niż z matką, przynajmniej na początku - dziecko uczy się jego zapachu, głosu, ciepła ciała czy rytmu serca dopiero po urodzeniu. Daj im do tego przestrzeń. To bardzo ważne nie tylko przez pryzmat możliwości odpoczynku jaki ci to daje, a nawiązywania bezcennej więzi. Opór obu stron traktuj jako pierwsze wyzwanie wychowawcze. Przełamuj powoli, zachęcając do działania.

Pomóż mężowi uwierzyć w siebie jako ojca, pozwalaj mu samemu odkrywać jak należy zajmować się dzieckiem, niech stworzy własne sposoby na uspokajanie, usypianie, zabawę. A ty matko siedź, patrz, ucz się jak można inaczej i ciesz z nim z każdego małego sukcesu, odpoczywaj.

Pamiętaj - ojciec też potrafi. Przestań poprawiać po nim każdą najmniejszą niedoskonałość, tracisz tylko energie i czas poświęcając swoją uwagę tam, gdzie nie jest to potrzebne.

[b]Lista codziennych zadań powinna uwzględniać czas dla każdego[/b]
Zaplanujcie wspólnie ile czasu i kiedy, każde z was ma na odpoczynek lub zajęcie się tylko sobą. Niech będzie to stała pora każdego dnia, świątek czy piątek macie po 0,5-1 godzinę, wybierzcie sami.

Dostosujcie ten czas do rytmu dziecka. Nie zajmujcie się też wtedy przygotowywaniem obiadu. Czas dla siebie jest po to by zrobić to czego potrzebujesz by nabrać energii, odpocząć, zresetować głowę.

Ta zasada obejmuje też dziecko. Niech ono też ma czas tylko dla siebie, na poznawanie świata wg swoich potrzeb. Leżenie i patrzenie w sufit to też ważna czynność poznawcza, nie oceniaj jej ze swojej perspektywy, choć i tobie by się czasem przydała.

[b]Wprowadź rytuały[/b]
Nie tylko dziecko potrzebuje przewidywalnego rozkładu dnia. Całej waszej rodzinie się to przysłuży. Nie znaczy to że masz zawsze kłaść dziecko spać o jednej godzinie, bo jak każda matka wie to niewykonalne. Chodzi o następujące po sobie czynności: pobudka, przytulanie, jedzenie, zabawa z mamą, zabawa samemu, przytulanie, usypianie. Pilnując tych elementów dajesz dziecku poczucie spokoju i panowania nad sytuacją, a sobie przestrzeń na zarządzenie resztą obowiązków.

[b]Podzielcie się obowiązkami[/b]
Nie samą praca żyje człowiek, a raczej nie w samej pracy. Każdy ma też przestrzeń domową, w której mieszka cała rodzina. Jeśli aktualnie pracuje zawodowo jedno z małżonków, posiłkując się jego liczbą obowiązków i czasem potrzebnym na ich realizowanie analogicznie robicie listę obowiązków drugiego. Określacie obszary wspólne, takie jak dzieci, odpoczynek, związek i realizujecie je z wiarą, że każde daje z siebie maksimum.

[b]Naucz się korzystać z życia[/b]
Ciesz się chwilą dla siebie, daj sobie do niej prawo, przyjmuj pomoc od bliskich i nie przejmuj szczegółami. Prawdziwa przedsiębiorcza mama potrafi zarządzić sobą tak, by korzystając z dostępnych zasobów i wiedzy, a także mając świadomość obszarów pozostających po za kontrolą, zorganizować życie, w którym jest miejsce też dla niej, nie tylko dla obowiązków.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/74dcbe26bd23deb6c2e081e679f595b0,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/74dcbe26bd23deb6c2e081e679f595b0,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129819,jak-nie-mialam-dzieci-bylam-madra-teraz-mam-dzieci</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129819,jak-nie-mialam-dzieci-bylam-madra-teraz-mam-dzieci</link><pubDate>Wed, 07 Dec 2016 15:57:38 +0100</pubDate><title>Jak nie miałam dzieci, byłam mądra. Teraz mam dzieci</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/64325215fc9dddc7783f23c494e3fc41,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Słodyczy, bajek, smartfonów - czego to ja miałam zabraniać moim dzieciom. Strasznie byłam mądra, gdy jeszcze nie miałam dzieci. A teraz? Teraz mam dzieci.

Punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. W rodzicielstwie się to sprawdza. Ile razy wściekałam się na rodziców, że czegoś mi nie wolno, a teraz wiem, że tego samego będę zabraniać swoim synom. Z drugiej strony, ile razy zastanawiałam się, jak można uczynić telewizor i słodycze "czasoumilaczami". Wszystko zrozumiałam, gdy próbowałam pracować, a mój syn chciał za wszelką cenę spędzać wtedy czas ze mną lub kimś/czymś równie ciekawym.

Po pierwsze bajki. Mój starszy syn ma dopiero dwa lata. Kiedy wstaje rano, przybiega do mnie do łóżka i mówi: "telewizor, włączyć? tak? dobra!" i, zanim ja zdążę otworzyć drugie oko, telewizor już gra, a ja trzymam w ręku pilota, którym mam przełączyć na bajki. Niestety często zdarza mi się popołudniami siedzieć przed komputerem, zwłaszcza jesienią i zimą, gdy w ramach działalności stowarzyszenia, którego jestem wiceprezeską, organizujemy imprezy sportowe i nie wyrabiam się ani z pracą, ani z załatwieniem formalności dla stowarzyszenia. Przychodzi więc to moje małe zło, siada za mną na fotelu i do upadłego powtarza: "Tutitu włącz" i w końcu włączam chociaż na chwilę bajkę, w której, jak to mój mąż mówi, "ufo robi kupę częściami", a którą nasz dwulatek uwielbia. Odgłosy zwierząt puszczane na telefonie z YouTube'a też słychać w domu częściej niż rzadziej. 

Słodycze miały być kolejną rzeczą zabronioną, ale kiedy Marek miał 5 miesięcy mój brat nakarmił go lizakiem czekoladowym. No i ta czekoladowa przygoda trwa do dziś.

Takich rodzicielskich mądrości mogłabym wymienić jeszcze wiele. Miałam nie robić, a robię. Miałam być inna niż moja mama, a widzę w lustrze, że jestem kopią.

Najbardziej wstyd mi za to, że zanim "weszłam w posiadanie dzieci", mądrzyłam się, że maluchom trzeba tłumaczyć, a nie na nie krzyczeć. Pewnie dlatego dostaję czkawki za każdym razem gdy podnoszę głos na starszego syna. No niby tłumaczę, tłumaczę i po raz siedemdziesiąty tłumaczę, ale czasami już sobie nie umiem wytłumaczyć, że to jest tylko dziecko i krzyczę. A że charakterek mam wybuchowy, to zdenerwować mnie nie jest trudno.

[b]Wnioski?[/b]
Nie chcę teraz mądrzyć się, jak wtedy, gdy dzieci nie miałam. Po dwóch latach rodzicielstwa doszłam do wniosku, że wszystko robione z umiarem może mieć dobry wpływ na dziecko. Nie ma u nas maratonów bajkowych. Telewizor mimo wszystko częściej jest wyłączony niż włączony, a z synem więcej czasu spędzamy na podłodze niż przed monitorem. Marek ma swoje ulubione bajki i chyba nic w tej chwili nie przebija "Maszy i niedźwiedzia", którą i my z mężem chętnie oglądamy, a opowiadane przez dziewczynkę bajeczki rozśmieszają nas do łez. Zupełnie naturalnie udało nam się też zaciekawić syna krótkimi filmami, z których uczy się angielskich słówek i zaczyna coś tam pod nosem powtarzać, a zachęcany przez nas, powtarza coraz głośniej i coraz częściej poprawnie.

Nauczona własnym doświadczeniem wiem już, że nieposiadanie dzieci sprawia, że naprawdę nic o rodzicielstwie nie wiemy. Czasami czytam fora internetowe, dyskusje na Facebooku i widzę, jak młode kobiety (ale też starsze), które nie mają dzieci, mądrzą się, jak ja jeszcze kilka lat temu. A przecież "rodzicielstwo trzeba poczuć", jak swojego czasu powiedział mi pewien Tomasz. Każde sądy wydawane pod adresem rodziców i dzieci można sobie między bajki włożyć, jeśli choć przez chwilę samemu nie było się rodzicem. Można być specjalistą w dziedzinie psychologii, anatomii, karmienia piersią, autoprezentacji, porządków domowych i organizacji pracy w największym przedsiębiorstwie, ale tylko matka lub ojciec zrozumieją, dlaczego nawet kilkumiesięczne dziecko buja się w bujaczku przed telewizorem. Bo kto z nas wie, jak w tej oazie spokoju (tak nasze domy i mieszkania wyglądają przecież na zdjęciach) wyglądała ostatnia noc i czego przez ząbkowanie, sraczkę (już nawet nie rozwolnienie), ból brzucha czy inną potrzebę bliskości mama lub tata nie zdążyli zrobić i próbują to wszystko ogarnąć podczas tej godziny z telewizorem i z czekoladą w rączce...


[url=https://www.facebook.com/MatkaMarka/]Przeczytałeś/aś? Zajrzyj na mój profil na Facebooku. Tam dzieje się więcej niż na blogu, a i można wygrać coś dla dziecka.[/url]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/64325215fc9dddc7783f23c494e3fc41,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/64325215fc9dddc7783f23c494e3fc41,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129811,wyprawkowe-hity</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129811,wyprawkowe-hity</link><pubDate>Wed, 07 Dec 2016 10:19:29 +0100</pubDate><title>Wyprawkowe hity</title><description><![CDATA[Kiedyś półki świeciły pustkami i nie było na co wydawać pieniędzy. Takie opowieści snują nasze babcie i mamy, które wspominają swoje dzieciństwo. Dziś marketowe regały uginają się od towarów, a producenci prześcigają się, wymyślając coraz bardziej zaawansowane gażdżety.

Po przebrnięciu przez własnoręczną organizację wyprawki (i rozmawiając z innymi rodzicami) okazuje się, że często robiąc zakupy wyprawkowe odpowiadamy na swoje potrzeby w większym stopniu, niż na potrzeby dziecka. Bo jak tu nie kupić tych słodkich bucików w rozmiarze 3? 

Później często okazuje się, że zwykłe wygodne śpiochy i skarpeteczki wyparły w praktyce super mini jeansy i tenisówki, które nie założone powędrowały do pudła na “wydanie” czy “kolejny raz”, a spod wielobarwnych kocyków w pastelowych kolorach wyglądają nóżki naszego śpiącego maleństwa.
[photo]312061[/photo]
Dodajmy, że każda z tych rzeczy opatrzona jest metką ze stosowną ceną. Przechadzając się po sklepach ciężko jest wybrać najbardziej potrzebne i niezbędne rzeczy, których będziemy używać i nie zalegną w otchłani komórki czy garażu. Tym bardziej, kiedy na świat przychodzi pierwsze dziecko lista zakupów wydaje się być niekończącą się historią, a gadżety które mają ułatwić nam życie niedługo skutecznie zaśmiecą nam dom. 

Sztuką jest jak zwykle kupić mądrze, a w tym momencie dobrze spokojnie znaczyć może mniej, ale lepiej. Miękki kocyk w uniwersalnym kolorze z dobrego materiału z powodzeniam przykryje trójkę naszych pociech, jeśli zajdzie taka potrzeba, w dobrym wózku pojadą wszystkie dzieci Twojej młodszej siostry. Postanowiłam trochę ułatwić Wam wybór i przedstawić nasze wyprawkowe hity, które pokchałam ja i Mia, a ktore wrócą w obieg przy następnej dobrej ku temu okazji.

[b]1. Kocyki, otulacze i kołderki.[/b] 
Bez pamięci pokochałyśmy kocyki, śpiworki i otulacze Jollein. Są nie tylko ładne, ale też świetnie wykonane z materiałów o różnej temperaturze, a do tego łatwo się piorą i super szybką schną. Zaś kołderka z LaMillou sprawdza się doskonale w chłodniejsze dni. Dodatkowo, ze względu na większe gabaryty jest idealna jako rożek - do szpitala i do gondoli w chłodniejsze dni. Tych w większych rozmiarach warto mieć kilka. Są na frontowej linii możliwości ubrudzenia się na sto sposobów i dlatego warto mieć zapas na dwa cykle prania.

Kocyki, Jollein, od 140 zł
Śpiworek, Jollein, od 129 zł
Bawełninane otulacze, Jollein, od 119 zł
Kocyk średniaka, LaMillou, od 169 zł
[photo]312063[/photo] 
[b]2. Poduszka do karmienia.[/b]
Początkowo pomyślałam - poduszka jak poduszka, może być każda. Jednak Mia okazała się być bardzo mała, a trzymanie jej podczas każdego karmienia nie tylko było uciążliwie, ale także nie pozwalało nic zrobić w tzw. międzyczasie. Duża, wygodna, bardzo miękka w dotyku fasolka premium firmy Motherhood przyszła nam z pomocą. Ergonomiczny kształt odciąża plecy szyję oraz kark, a dziecku zapewnia wyjątkowy komfort podczas karmienia. Ma jeszcze jedną, bardzo ważną zaletę - zdejmowany pokrowiec, który dość często zalewa się mlekiem. 

Fasolka Premium, Motherhood, 119 zł
Dodatkowy pokrowiec, Motherhood, 49 zł
[photo]312067[/photo]
[b]
3. Wózek Stokke Trailz.[/b]
Skakać, biegać, spacerować. Po porodzie o niczym innym nie marzyłam jak wyjść na spacer, ciszyć się świeżym powietrzem i piekną pogodą. Ze względu na swoje zamiłowania do spacerów po mieście, parkach i lasach wybrałam duży i wygodny wózek. Dzięki dużym pompowanym oponom zapewniaja Mii świetną amortyzacje na każdej powierzchni. Do stelarza można montować wymiennie gondolę, siedzisko (zapewnia 3 pozycja oparcia) lub fotelik samochodowy, a przestronny kosz sprawdza się idelanie na dłuższe wypady, małe zakupy lub leniwego psa.    

Wózek Trailz, Stokke, ok 7 tys zł. 

[b]4. Szumiący miś - Whispbear[/b] 
Po porodzie sen jest jednym z ważniejszych procesów, zarówno dla mamy jak i niemowlaka. Pomaga zregernerować siły i odpocząć, dlatego tak ważne jest aby niemowle spało. Biały szum, który niemowle zna z brzucha mamy nie tylko pomaga mu zasnąć, ale też się wycisza je i uspokaja. Dodatkowo dzięki funkcji CRYsensor miś czuwa nad snem dziecka - po 40 minutach szumienia łagodnie wycisza się i przechodzi w tryb czuwania, a gdy rozpozna płacz budzącego się dziecka znowu zaczyna szumieć. 

Whispbear z funkcją CRYsensor, Whispbear, 198 zł
[photo]312083[/photo]
[b]5. Kołyska-leżaczek Quax.[/b]
Mia uwielba bujać się, lulać i kołysać. Badania dowodzą, że dziecko pamięta kołysanie jeszcze z życia płodowego, dlatego po narodzinach jest naturalnym kontynuowanie tego co dziecko już zna, zmniejszając szok i stres pourodzeniowy. Co więcej, kołysanie pomaga regulować napięcie mięśniowe, odpowiada za przyjmowanie prawidłowej postawy ciała i równowagę, wspiera również postrzeganie wzrokowe i słuchowe oraz umiejętność koncentracji uwagi. Wybrałam leżaczek Quax, bo zachwyca swoim prostem dizajnem i sprawdza się do 30 kilo, więc starczy nam na długi czas. 

Leżaczek Relaxoon, Quax, 859 zł 

[b]6. Laktator.[/b] 
Dobry laktator to jedna z rzeczy, którą warto mieć ze sobą już w szpitalu. Pomaga ruszyć proces laktacji i przychodzi z pomocą, kiedy pokarmu jest za dużo. 

Laktator elektryczny Swing, Medela, 669 zł
[photo]312069[/photo]
[b]7. Krzesełko TrippTrapp.[/b]
Wspólne posiłki to czas, w którym możemy na chwilę się zatrzymać nim wrócimy do codziennych obowiązków. Dlatego cieszę się, że Mia spędza z nami każdą chwilę i obserwuje co robimy. Krzesełka TrippTrapp użwam najczęściej, gdy gotuję lub kiedy siedzimy przy stole - nieustannie mając z nią kontakt. Ogromny plus za klasyczny dizajn i możliwość dopasowania go do swojego wnętrza. Co więcej krzesełko można dopasowywać i zmieniać wraz z wiekiem i potrzebami dziecka - od leżącego noworodka, który potrzebuje bliskości, po jedzącego niemowlaka aż po strasze dziecko, które będzie miało swoje spersonalizowane krzesełko.

Krzesełko TrippTrapp ze wszytskimi akcesoriami, Stokke, ok 1700 zł.]]></description></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129807,3-pytania-ktore-doprowadza-do-szalu-kazda-ciezarna</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129807,3-pytania-ktore-doprowadza-do-szalu-kazda-ciezarna</link><pubDate>Tue, 06 Dec 2016 20:50:18 +0100</pubDate><title>3 pytania, które doprowadzą do szału każdą ciężarną!</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/87af34a73c00515490cd1124518cbe75,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Od kiedy jestem w trzecim trymestrze drugiej ciąży bierze mnie na wspominki. Podobnie bowiem jak poprzednio, od prawie trzech miesięcy nieustannie towarzyszy mi wielka trójka. Wielka trójka pytań – okrutnie irytujących. Jak się czujesz? Jaka płeć? Kiedy termin? W kółko te same pytania, od tych samych, jakże życzliwych osób. Doprawdy dziękuję za taką troskę i zadręczanie mnie na każdym kroku tymi samymi, nudnymi kwestiami. Pamiętam doskonale – jestem w ciąży. Dzięki.

[i]Mój ginekolog za pomocą matematycznego wzoru wyliczył datę pojawienia się Zuzanny na świecie. 8 marca 2015 roku – piękna data, prezencik: „Taki uroczy, mały „gift” z Okazji Dnia Kobiet, byłby jak znalazł…” – pomyślałam. Ale los jest przewrotny, a Zuza postanowiła wykluć się dopiero 11, długich dni później…[/i]

[b]PYTANIE NR 1: Jak się czujesz?[/b]

Serio? Interesuje Cię to, jak to jest ważyć dziesięć kilo więcej, ruszać się jak wieloryb i nie widzieć świata przez wielki, odstający brzuch? A może interesuje Cię to, jak czuje się kobieta, która ukochane szpilki już dawno zamieniła na obuwie sportowe, bo jej obolałe stopy w nic innego się nie mieszczą. A może to, że jej seksowna, koronkowa bielizna dawno już poszła w odstawkę, bo drapała, podrażniała i nie mieściła się na jej zbyt „obfite” kształty. Albo że w czasie seksu czuje się, jak foka wyrzucona na brzeg morza. No, bo tak poza tym, to u niej wszystko po staremu. Bóle kręgosłupa pojawiają się sporadycznie, więc nie ma sensu opowiadać o tym, jak mąż przed spaniem udoskonala techniki masażu, poznane w szkole rodzenia. Problemów z cerą i skórą, jako takich nie zaobserwujesz. Wahań nastrojów nie odnotujesz większych niż przed ciążą, także jest dobrze. Cóż można jeszcze rzec o jej samopoczuciu? Może to, że od dłuższego czasu czuje się nie jak człowiek, nie jak kobieta – tylko chodzący inkubator, macica lub wielki dozownik na mleko…

[b]PYTANIE NR 2: Jaka płeć?[/b]

Tym pytaniem dręczyli mnie znajomi bardzo długo, a Zuza bardzo długo dosłownie miała nas w d…użym poważaniu i odwracała się tyłkiem na każdym badaniu USG. W końcu, kiedy stwierdzono płeć: „dziewczynka” – grzecznie obwieściłam ją światu. „Jak to dziewczynka? Przecież nie zbrzydłaś w ciąży! Przecież każda córka odbiera przyszłej mamie urodę!” – bez komentarza, co się nasłuchałam – moje.

[photo]312053[/photo]
[b]PYTANIE NR 3: Kiedy termin?[/b]
Częstotliwość odpowiedzi na to pytanie w ciągu ostatniego tygodnia ciąży, urosła do okołu pięciu razy na dobę. Drogi świecie – świetnie, że aż tak wyczekujesz na moje genialne dziecko, jednak serio: wywierasz na mnie i Zuzannę niezłą presję. Zawieszasz ciężki odważnik na moim biednym brzuchu i obciążasz go bezdennymi pytaniami, podczas gdy on, nijak nie sygnalizuje akcji porodowej we wskazanym terminie. Dopytywanie o samopoczucie i termin porodu, albo zagadywanie o to, „Jak tam?”, „To już?”, „Coś wiadomo?”, „Coś się dzieje?” – to wszystko naprawdę nie pomaga. Proszę ,nie zmuszajcie mnie do zastosowania środków ostatecznych: wyłączenia komórki i zabunkrowania laptopa na dnie szafy. Oszaleję, jeśli jeszcze raz, ktoś mnie zapyta o rezultaty.

[photo]312055[/photo]

[b]Garść informacji do zapamiętania:
[/b]
Zaledwie 3-5% ciąż zostaje zakończone porodem wyznaczonym w terminie. Wskazany termin, to nic innego jak wzór matematyczny uwzględniający ostatnią datę miesiączki oraz długość cyklu. Tyle – każda kobieta jest inna, każda ma inny organizm, a każde dziecko, przychodzi na świat w innym, dla siebie tylko odpowiednim terminie. Poród o czasie to taki, który odbędzie się między 38-42 tygodniem ciąży. Dla ginekologa do ustalenia daty porodu służy 40 tygodni ciąży. Tak też, dwutygodniowy próg pomyłki do przodu lub do tyłu od ustalonej daty, jest jak najbardziej na miejscu. Wierzcie mi, bombardując milion razy dziennie tym samym pytaniem, dotyczącym terminu porodu, naprawdę nie pomagacie – niczego nie zmieniacie, a jedynie zestresujecie ciężarną do reszty, i co gorsza – zniechęcacie ją do siebie…

[b]Uwaga:[/b] każda ciężarna tuż przed porodem chętnie posłucha newsów o Waszym życiu, o Waszych problemach, o tym co u Was – tylko dlatego, aby nie być nękaną pytaniami o: termin porodu, sam poród, strach, obawy, macierzyństwo i wszystko inne, co tyczy się ciąży, rodzicielstwa i dzieci. Dziewięć miesięcy monotematu to naprawdę wystarczająco długi okres, aby marzyć o tym, by pogadać o czymś zupełnie innym. I jeszcze jedno: tak, możesz liczyć na informację o tym, że urodziłam. Przeżyłam-mam córkę. Wszystko we właściwym czasie. Tak, zapewniam – wyślemy fotkę noworodka (choć osobiście nadal utrzymuję, że to mało estetyczne wrażenie). Jeśli zależy Ci na tym, żebym odezwała się do Ciebie po porodzie, po prostu daj mi żyć. Pozdrawiam wszystkie przyszłe mamy – nie dajmy się!

Ania Chomiak
autorka: [url=http://http://nieidealnaanna.com/]Nieidealnaanna[/url]
Redaktor Magazynu [url=https://www.facebook.com/kobbieciarnia/?fref=ts]KoBBieciarnia[/url]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/87af34a73c00515490cd1124518cbe75,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/87af34a73c00515490cd1124518cbe75,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129771,5-prezentow-swiatecznych-dla-mam</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129771,5-prezentow-swiatecznych-dla-mam</link><pubDate>Sat, 03 Dec 2016 19:33:09 +0100</pubDate><title>5 prezentów świątecznych dla mam</title><description><![CDATA[Pewnie słyszałeś/-aś nie raz, że kiedy na świecie pojawia się dziecko świat zupełnie się zmienia. Nikt jednak nie potrafi powiedzieć dokładnie na czym ta zmiana polega. Rodzicielstwo to czas niezwykły - pełen miłości, ale też troski.

[photo]311927[/photo]Dla kobiety ciąża, poród, początki macierzyństwa i łączenie tego wszystkiego z praca to czas bardzo trudny, często pełen stresu, bólu i lęku. Jako mama, z pewnością mogę też powiedzieć, że to zarazem najpiękniejszy czas jaki mamy szansę przeżyć. Pełen miłości, uśmiechu i przewartościowania całego świata na nowo. Bycie rodzicem, zarówno dla mamy jaki i taty, to niezwykła przygoda i zarazem największe wyzwanie życia.
	
Pośród całej masy nowych obowiązków staramy się zorganizować życie na nowo. Tak aby chociaż po części przypominało to wcześniejsze. Długo się zastanawiałam czego nam - mamom - brakuje najbardziej do pełni szczęścia. Odpowiedź jest prosta: chwili czasu dla siebie! Panowie, to podpowiedź dla Was: o czym marzy Wasza zapracowana żona/narzyczona/ukochana a teraz jeszcze mama? Poniżej znajdziecie 5 propozycji na prezenty, które zachwycą każdą kobietę. 

[b]1. Dobra książka[/b]
Dobra książka jest lekiem na wszystkie troski. Wciąga i pozwala się przenieść do krainy wyobraźni, odpoczywając od doraźnych trosk. To też idealny przyjaciel na zimowe wieczory obok ciepłego koca i gorącej herbaty. Dla aktywnych mam lubiących długie spacery warto pomyśleć o książce w wersji audio. Cena: 10 - 70 zł
[photo]311929[/photo]
[b]2. Kosmetyki[/b]
Pięknie pachnące, nawilżające czy rozgrzewające kosmetyki pozwolą zrelaksować się i będą cieszyć dłużej niż chwilę. Moim ostatnim kosmetycznym odkryciem jest polska firma [url=http://scandinaviacosmetics.pl/]Scandinavia Cosmetics[/url], która w swojej ofercie ma niezwykłe peelingi cukrowe i solne, które nie tylko niezwykle pachną, ale też pomogą zregenerować się skórze po porodzie oraz świece do masażu, które umilą Wam wieczory. Cena: od 49 zł/ kosmetyk  

[b]3. Wypad do SPA[/b]
To prezent dla duszy i ciała. Po porodzie nie czujemy się tak jakbyś chciały i chociaż w rzeczywistości nie jest tak źle to my czujemy się często niekomfortowo ze sobą i chciałybyśmy wyglądać lepiej najlepiej natychmiast. Jeden masaż, peeling ciała, manicure i pedicure nie zmieni sylwetki, ale odpręży, zrelaksuje i pozwoli na chwilę poczuć się trochę piękniejszą i na pewno zadbaną. Przy okazji to czas, w którym przez chwilę można wyłączyć się od obowiązków i zapomnieć o świecie. Cena: od 60 zł zabieg.   

[b]4. Bon na zakupy[/b]
Ile razy ostatnio słyszałeś od swojej kobiety: nie mam się w co ubrać? Garderobę od czasu do czasu trzeba lekko odświeżyć. Nie ma też nic złego w praktycznych prezentach. Cena: od 50 zł (w zależności od budżetu).  

[b]5. Biżuteria[/b]
Lubimy być zaskakiwane drobiazgami. To nie musi być pierścionek z brylantami lub wielka kolia pełna kryształów Swarovskiego. Wystarczy drobiazg, który będzie cieszył oku i przywoływał miłe wspomnienia. Cena: od 30 zł.]]></description></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129697,po-terminie-czyli-nawiedzamy-szpital</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129697,po-terminie-czyli-nawiedzamy-szpital</link><pubDate>Sun, 27 Nov 2016 20:53:19 +0100</pubDate><title>Po terminie, czyli &quot;nawiedzamy&quot; szpital (cz. 2)</title><description><![CDATA[Gdy "byliśmy" już cztery dni po wyznaczonym terminie siedzieliśmy w domu jak na tykającej bombie. Każde głębszy oddech Dżoany powodował u mnie natychmiastowe skoki adrenaliny. W końcu nie mogliśmy już wytrzymać w domu i postanowiliśmy pojechać do szpitala żeby chociaż zrobili "nam"...

Gdy "byliśmy" już cztery dni po wyznaczonym terminie siedzieliśmy w domu jak na tykającej bombie. Każde głębszy oddech Dżoany powodował u mnie natychmiastowe skoki adrenaliny. W końcu nie mogliśmy już wytrzymać w domu i postanowiliśmy pojechać do szpitala żeby chociaż zrobili "nam" KTG, co powinno nas trochę uspokoić. 

Zajeżdżamy pod budynek szpitala. Poprzednim razem Dżoana spędziła kilka dni na oddziale, więc teraz czuję się już jak u siebie - niczym recydywa, która wraca z odsiadki na swoją dzielnicę i wie dokładnie komu kłaniać się w pas, a komu można napluć w twarz. Obskurna elewacja budynku już nas nie przeraża, a jedynie trochę rozczula jak babiczka sprzedająca kwiaty pod dworcem. 

Tym razem jesteśmy o wcześniejszej porze, więc drzwi wejściowe stoją do nas otworem. Przez okna znajdujące się na tym długim korytarzu wpadają mocne promienie zachodzącego czerwcowego słońca budząc w nas pozytywne nastawienie. Pomimo że my tu dzisiaj jesteśmy przecież tylko na chwilkę. Co prawda jest już kilka dni po terminie, ale Jasiek siedzi grzecznie w bębnie i nic nie wskazuje na to, żeby szykował się na zewnątrz. Ot, zrobimy sobie KTG i zaraz zmywamy się do domu. 

W ogóle dzisiaj wszystko jest takie piękne i pachnące latem - nawet lekarze, którzy mijają nas na korytarzu uśmiechają z daleka i witają nas jak starych znajomych. No, może jedynie pielęgniarki wysiadujące w Izbie Przyjęć niczym kury na grzędzie są trochę zniesmaczone naszą wizytą, ponieważ przerwaliśmy im jakąś bardzo ważną rozmowę o sprawach zawodowych. Weszliśmy akurat w momencie kiedy jedna z nich kończyła myśl, a my usłyszeliśmy jedynie: "W dupie mam tego starego zboczeńca. Sram na niego i ten cały szpitalny burdel. Rzygać mi się chcę jak muszę tu codziennie przychodzić". Byliśmy jednak tak pozytywnie zahipnotyzowani, że uznaliśmy to po prostu za słaby żart. 

Szybko załatwiliśmy formalności i zlegliśmy na KTG. Sonda pykała sobie miarowo, wydając z siebie znane nam już doskonale dźwięki. Co jakiś czas zajrzała do nas ta sfochana na starego zboczeńca pielęgniara, aby upewnić się, że wciąż tu jesteśmy. Po KTG przyszła kolej na wizytę lekarską. Okazało się, że badanie KTG wykazało lekkie skurcze. A to oznacza, że poród może zacząć się w każdej chwili, więc Dżoana musi  jednak zostać w szpitalu. Nie da się ukryć, że trochę nas to zmroziło. Przecież my tu przyjechaliśmy tylko na KTG. Fakt, jesteśmy po terminie, no, ale w ogóle się nie spodziewaliśmy, że to może być jeszcze dzisiaj. Na szczęście, to narazie jedynie skurcze przepowiadające, więc to jeszcze nic pewnego. 

Nagle wyrasta przed nami pielęgniara i prosi, żeby iść za nią. Jesteśmy tak otumanieni, że nawet nie pytamy się jej gdzie nas prowadzi. Po ostatniej naszej wizycie zakładamy, że skoro Dżoana zostaje w szpitalu, to pewnie wrzucą ją na patologię ciąży, gdzie wysiedzi już do wyklucia się naszego wyczekanego maleństwo. Lecimy za pielęgniarą długim korytarzem do końca, gdzie czeka na nas winda, która zawozi nas na drugie piętro. Teraz to już na sto procent jesteśmy przekonani, że za momencik zostaniemy odstawieni na "patologię". Wysiadamy z windy i skręcamy w prawo. Robimy jeszcze dwa kroki i zauważamy, że nie ma z nami pielęgniary. Odwracamy się, a ta franca zamiast w prawo, skręciła w lewo i patrzy na nas jak na wioskowych głupków, którzy zgubili się w supermarkecie na dziale monopolowym. Tuż za jej plecami stoją duże białe drzwi, a nad nimi groźny napis "Sale porodowe". Stoimy tak na przeciwko siebie przez dobre kilka sekund i mierzymy się wzrokiem. W końcu ona przerywa milczenie: 
- No, zapraszam Panią. Na ca Pani czeka!?
- Ale gdzie? Tam!? - wskazuje Dżoana na białe drzwi, za którymi mieści się świat, który jest poza zasięgiem wyobraźni nawet najbardziej bojaźliwych mężczyzn. Krzyki i odgłosy, które już niedługo usłyszę za tymi drzwiami pozostaną ze mną na zawsze. 
Właśnie do mnie dotarło co się właśnie dzieje i o co chodzi tej pielęgniarce. Próbuję coś powiedzieć, ale brakuje mi powietrza, więc jest to tylko bezgłośne poruszanie ustami. Czuję się jak bokser, który właśnie dostał cios w splot słoneczny i wie, że zaraz zemdleje. 
- Właśnie zaczęła się u Pani akcja porodowa, a jedna z sal porodowych jest wolna, więc ma Pani duże szczęście, urodzi Pani w komfortowych warunkach - wzniosła się na wyżyny uprzejmości pielęgniara. 

Takie są właśnie szpitale i lekarze. Człowiek przychodzi z bolącym palcem, a oni chcą od razu usunąć mu całą rękę. Ludzie, przecież my przyjechaliśmy tylko na KTG. Rozmawialiśmy rano z Jaśkiem i on wyraźnie kopnął w brzuch zaznaczając tym samym, że dzisiaj ma swoje sprawy do załatwienia i raczej jeszcze nie wylezie. A ta pielęgniara ze smutną jak u Basseta twarzą próbuje nam wmówić, że zaczęła się akcja porodowa. 
- No dobra, przynajmniej będzie już po wszystkim. Szast prast i po krzyku, zobaczysz! - próbuję jeszcze na szybko pocieszyć Dżoanę przed festiwalem bólu i krzyków, który ją za chwilę czeka. Jej mina i spojrzenie, którymi mnie obdarowała sugerowały mi, że próba pocieszenia się nie udała. 
- Pomyśl, że kiedyś kobiety rodziły w szałasach przy ogniskach i szurniętych szamankach, a Tobą będą opiekować się wykształceni lekarze, więc nie masz się czego obawiać - w akcie rozpaczy postanowiłem spróbować podnieść ją na duchu jeszcze raz. 
- Weź Ty się już lepiej zamknij - rzuciła szybko Dżoana i poszła w kierunku białych drzwi, za którymi już za chwilę zmieni się nasze życie. 
- A Pan dokąd!? - stanęła mi na drodze pielęgniara i dumnie wypięła wielkie jak piłki lekarskie piersi, aby uświadomić mi kto tu rządzi. - Jeżeli chce Pan towarzyszyć żonie, to proszę kupić sobie na dole taki fartuch ochronny, bez niego Pana nie wpuszczę. 

Zbiegłem szybko na dół po ten durny fartuch. I nagle uświadomiłem sobie, że nie mam przy sobie żadnych pieniędzy - ani złotówki. Ja pierdziele, jaki dramat. Dobra bez paniki, zaraz się coś wymyśli. Wyciągam telefon, dwa pyknięcia w ekran i już słyszę ten znajomy dźwięk oznajmiający realizację wybranego połączenia. 
- Cze Młody, słuchaj jest sprawa. Aśka zaczęła rodzić, a ja potrzebuję 5 złotych żeby jej pomóc. Podrzuć mi szybko z dyszkę, tak w razie czego - rzuciłem na jednym wydechu jak tylko usłyszałem w telefonie głos brata.
- Serio, tylko "piątka" wystarczy, aby jej w tym pomóc? - upewniał się Młody 
- No, a ile to ma kosztować!? Przecież to i tak jest kupa kasy jak za takie coś, co i tak zaraz wywalisz do kosza
Po stronie mojego rozmówcy zapadła kilkusekundowa cisza, który zaczynała się niebezpiecznie wydłużać. 
- Piłeś coś!? - zaryzykował w końcu Młody
- Tak, pielęgniarka o twarzy Basseta i wielkich cycach postawiła, więc nie wypadało odmówić 
- Człowieku, przecież Ty zaraz będziesz ojcem. Musisz teraz chlać jak Aśka może w każdej chwili urodzić!? Gdzie się szlajasz łachudro? 
- No jak to gdzie, w szpitalu. Pożyczyłem "piątkę" od sprzątaczki i powiedziała, że jak jej nie oddam to mnie znajdzie i rozszarpie jak pluszowego misia

Młody był w ciągu piętnastu minut. W tym czasie na mój telefon wpadło około setki sms-ów do mojej kochanej Dżoany. Większość z nich była podobnej treści: "Gdzie Ty jesteś tyle czasu!?", "No, gdzie jesteś!?", "Jezu, ja rodzę", "Przyłaź natychmiast!", "Masz w ryj", "Zabiję Cię", "Nie chcesz, to nie przychodź. Sama sobie poradzę", "No przyjdź, proszę!". 
Okazało się, że u Młodego gotówka to również deficytowy problem i przywiózł jedynie 5 złotych. Wręczył mi uroczyście na środku korytarza i dodał przepraszająco:
- Sorry, więcej nie miałem. 

Zbiegam szybko na dół. Odnajduje automaty z fartuchami i zamieram bez ruchu. Do ściany przymocowane są trzy automaty, a każdy na pozór wydaję się mieć taki sam niewyraźny, niebieski szlaczek na przedniej ścianie. Skoro tak, to wrzucam moją "piątkę" do tego środkowego i przekręcam pokrętło aż w specjalnym okienku pojawi się biały, płaski kartonik. Wyciągam go szybko i biegnę na górę. Tuż przed wejściem na "porodówkę" wciskam przycisk domofonu znajdujący się tuż obok drzwi i zaczynam rozwijać kupioną zawartość. Niestety ku mojej rozpaczy z kartonika zamiast fartucha wylatuje niewielka maseczka. W momencie gdy dokonuję tego makabrycznego odkrycia otwierają się białe drzwi i staje w nich Basset w białym kitlu. 
- Przecież mówiłam Panu, że to ma być fartuch, a nie maseczka - po czym zamyka drzwi przed nosem.

Zostaję sam na sam z maseczką. Zaczyna rosnąć we mnie wewnętrzna potrzeba zrobienia krzywdy tej kobiecie. Szybko jednak staram się skorygować te negatywne uczucie do klątwy, którą rzucam na nią schodząc w całej mojej bezradności po schodach: 
-... I żebyś złapała grypę żołądkową w pociągu relacji Kołobrzeg - Zakopane, w którym akurat nieczynne będą wszystkie toalety - i w tym momencie uświadamiam sobie, że zmarnowałem swoją jedyną "piątkę" i będę musiał teraz pożyczać kasę od ludzi lub szukać w pobliżu jakiegoś bankomatu. Coś mnie jednak tknęło do tego, aby poszukać ratunku w dyżurce ochroniarzy, gdzie miesiąc temu siedziała ochroniarka babochłop. 
Wsadzam nieśmiało głowę przez te same petenckie okienko i widzę moją "znajomą". Patrzy się na mnie tempo, więc chyba mnie nie poznała. To trochę dodaje mi odwagi. 
- Brry, przepraszam, że Pani...Panu..tzn. Pani, chyba, tak mi się przynajmniej wydaje...a zresztą nieważne. Chodzi o to, że moja żona rodzi, a widzi Pani ja mam tylko maseczkę, a potrzebuję fartuch - i pokazuję jej biały kartonik, gdyby nie zrozumiała mojego bełkotu - Czy wie Pani może jak mogę go wymienić na fartuch? 
Babochłop patrzy na mnie z całkowicie obojętną miną, jakby w ogóle nie słuchała tego co przed chwilą do niej powiedziałem. Po czym wzdycha ciężko kilka razy, a następnie schyla się po coś do szuflady biurka, z której wyjmuje identyczny biały kartonik jak mój. Kładzie go prze de mną na niewielkim blacie i zwinnym ruchem wyrywa mi z rąk ten mój, z maseczką. 
- I ma teraz fartuch! Niech idzie szybko, bo urodzą bez niego - po czym dodaje na koniec - Ciemności się boi, maszyny z fartuchem nie potrafi obsłużyć, a ojcem będzie. Boże widzisz i nie grzmisz... 

Tego wieczoru Jasiek miał tylko próbę generalną, a przedstawił nam się dopiero dwa dni później…

Jest to nieopublikowany fragment książki [url=http://www.empik.com/dylematy-niedoswiadczonego-taty-krupa-piotr,p1128036847,ksiazka-p][b]"Dylematy Taty"[/b][/url], którą miałem okazję popełnić. Jeżeli Wam się podobało i mielibyście ochotę na więcej to książkę możecie znaleźć m.in. [b][url=http://www.empik.com/dylematy-niedoswiadczonego-taty-krupa-piotr,p1128036847,ksiazka-p]tutaj[/url][/b] lub [url=http://wiedza.pl/pl/p/Dylematy-Taty/468][b]tutaj[/b].[/url] 
[photo]311087[/photo]]]></description></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129673,mark-z-nie-bedzie-zadowolony</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129673,mark-z-nie-bedzie-zadowolony</link><pubDate>Fri, 25 Nov 2016 10:43:25 +0100</pubDate><title>Mark Z. nie będzie zadowolony</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/b96177cc0744f8eb7cf37567af40f7ce,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Miałam kiedyś dwóch szefów, każdy z nich miał trójkę dzieci. W ogóle byli bardzo rodzinni, weekendy tylko z najbliższymi, nigdy nie przychodzili do pracy 1. września, w Dzień Dziecka czy przerwę świąteczną. Różnili się jednak telefonem komórkowym. Jeden miał zwykły telefon, z którego głównie dzwonił i wysyłał sms. Nikt z pracowników nie zawracał mu głowy po godzinach, było wiadomo, że i tak odezwie się jutro rano. Drugi miał nowoczesnego smartfona z wieloma aplikacjami, obsługiwał z niego e-maile, wiadomości, konto w banku, cały czas przychodziły do niego rożne powiadomienia. Odpisywał natychmiast, nawet w weekendy. Pracownicy i klienci zawracali mu głowę 24 h/dobę.

Ja także pewnego dnia zauważyłam u siebie, że mimo zabawy z dzieckiem i bycia już fizycznie w domu, a nie w pracy, cały czas albo spoglądam na telefon, coś tam sprawdzam w skrzynce mailowej lub na facebooku. [b]Przerywam zabawę czy rozmowę i pędzę sprawdzić kto i co napisał, kiedy usłyszę powiadomienie.[/b] 

Pomyślałam wtedy, że po pierwsze moje dzieci to widzą, a po drugie za kilka lat one zrobią mi to samo, kiedy jako nastolatki zamiast rozmawiać z nami będą patrzyły w smartfony lub to co, co wtedy będzie dostępne. Zrozumiałam, że aby wykorzystać dobrze nasz czas razem muszę zadbać o odsunięcie wszystkich rozpraszaczy. 

[b]Wyciszyłam wszystkie facebookowe aplikacje i zaglądam tam o określonych godzinach, które sobie wyznaczyłam[/b]. Maila sprawdzam po pracy tylko wieczorem, raz o określonej porze. Mój fanpage [url=https://www.facebook.com/FamilyManagerWarsztaty/?ref=bookmarks]Family Manager Warsztaty dla Mam[/url] ciągle informuje mnie, że za wolno odpisuję na wiadomości i musze być bardziej dostępna, aby zostać super odpisującym fanpage. 

Sorry Mark, ale rezygnuję z bycia facebookowym prymusem i wybieram uważność zamiast dostępności. 

[b]A Tobie jakie rozpraszacze przeszkadzają w byciu na 100%, kiedy spędzasz czas z dziećmi?
[/b]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/b96177cc0744f8eb7cf37567af40f7ce,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/b96177cc0744f8eb7cf37567af40f7ce,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129625,maz-w-pakiecie-z-rodzina</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129625,maz-w-pakiecie-z-rodzina</link><pubDate>Sun, 20 Nov 2016 19:20:08 +0100</pubDate><title>Brałam ślub z mężem, a nie z jego rodziną. Czy na pewno?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/8e8306f54f330e081f4995b388bba98c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Brałam ślub z mężem, a nie z teściową - to moja koronna zasada. Ale nie o teściowych tym razem.

Kiedy poznałam mojego męża, znałam już jego siostrę. Coś tam z opowieści wiedziałam o mamie, starszym bracie, bratowej i orientowałam się mniej więcej, kto gdzie mieszka, z kim i dlaczego i jak duża jest ta rodzina. Pracowałyśmy razem i  w tej pracy też pewnego dnia pojawił się mój mąż. Został moim kolegą z działu - to był mój pierwszy i ostatni romans w pracy ;)

Ponieważ od pierwszych spotkań do wspólnego zamieszkania i ślubu nie minęło zbyt wiele czasu, nie mieliśmy okazji, żeby zapoznać nasze rodziny ze sobą. Oczywiście mąż znał najbliższe mi osoby, a ja orientowałam się mniej więcej, kto w tej jego ogromnej rodzinie jest czyim bratem, siostrą, synem, córką. Mniej więcej. Dokładnie to do dziś się nie orientuję, a małżeństwem jesteśmy już 6,5 roku.

Całkiem niedawno zdałam sobie jednak sprawę, że wprawdzie ślub wzięłam z mężem, ale w gratisie dostałam naprawdę dużą rodzinę. I choć na początku było to dla mnie sporą uciążliwością, bo zupełnie obcy mi przecież ludzie pytali nas między marketowymi półkami, co u nas słychać i kiedy dzieci, i dlaczego znów przytyłam, teraz już uznaję za całkiem miłe następstwo ślubu.

Okazuje się bowiem, że z czasem rodzina męża może stać się rodziną żony - nawet, gdy jest się tak zdystansowaną do świata i ludzi osobą jak ja. I choć kuzynka męża zawsze będzie przeze mnie nazywana kuzynką męża, a brat męża bratem męża, a nie szwagrem, nie zmienia to faktu, że po tych 6 latach z dużym hakiem nie mogę już powiedzieć, że to są zupełnie obcy mi ludzie. Wręcz przeciwnie. W kilku przypadkach mogę powiedzieć, że jednym z prezentów ślubnych były nowe relacje, szczególnie z kuzynostwem.

Zmorą mojego dzieciństwa był brak kuzynostwa. Wszystkie moje koleżanki miały kuzynów i kuzynki, a rodzeństwo moich rodziców nie miało dzieci, więc brakowało mi ciotecznych braci i sióstr. Dopiero gdy byłam pełnoletnia, zaczęły się rodzić dzieci moim wujkom, więc o relacjach kumpelskich nie było mowy. I pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że w pakiecie z mężem dostałam pokaźne grono kuzynów i kuzynek w dowolnym wieku. Można było wybierać i przebierać. 

Z biegiem czasu relacje się zmieniały. Okazało się, że z częścią "nowej rodziny" będę się kontaktować w sprawach służbowych, z niektórymi mam wspólnych znajomych, a z innymi po prostu całkiem sympatycznie można spędzać czas przy wódce. Potem zaczęły rodzić  się dzieci w niewielkich odstępach czasu i pojawiły się wspólne tematy, problemy są podobne. Jak to między kobietami, zwłaszcza tymi wżenionymi w rodzinę, pojawiają się różne spostrzeżenia na temat sytuacji zastanej. I choć kuzynka męża jest kuzynką męża i tak już zostanie, to ona jest już jakby bardziej "moja", a mniej jego, bo o czym on ma rozmawiać z kuzynką. I choć bratowa męża będzie już zawsze (oby) bratową męża, to z nią przegadam miliony minut przez telefon ku niezadowoleniu naszych mężów, zwłaszcza późnymi wieczorami.  

I okazuje się, że kiedy moja mama nie może  zająć się dziećmi, a moja bratowa jest w pracy, to przecież jest jeszcze bratowa męża i kuzynka męża i żona kuzyna. Takie prezenty ślubne są naprawdę cenne. Ale ja musiałam dorosnąć, żeby zacząć je doceniać.

[url=https://www.facebook.com/MatkaMarka/]Przeczytałeś/aś? Zajrzyj na mój profil na Facebooku. Tam dzieje się więcej niż na blogu, a i można wygrać coś dla dziecka.[/url]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/8e8306f54f330e081f4995b388bba98c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/8e8306f54f330e081f4995b388bba98c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">W prezencie ślubnym dostaje się nową rodzinę</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129623,maz-zawsze-bedzie-najwazniejszy</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129623,maz-zawsze-bedzie-najwazniejszy</link><pubDate>Sat, 19 Nov 2016 23:24:55 +0100</pubDate><title>Mąż zawsze będzie najważniejszy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/95b133e550edfe7652b3f996e8e0f153,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kiedyś usłyszałam słowa, że stratę męża/partnera przeżywa się bardziej niż utratę dziecka. Bo dziecka się nie wybiera, bo ma się świadomość, że dziecko jest na chwilę, a męża/partnera wybiera się z założenia na całe życie. Swoje życie, nie jego.

Jak prawdziwe i "moje" są to słowa, przekonałam się ostatnio. Od razu uprzedzam, że to nie będzie tekst ani łatwy, ani przyjemny, ale myślę, że będzie idealny, żeby po 4 miesiącach "wytłumaczyć się" z milczenia i zupełnej nieobecności na blogu.

Narodziny drugiego dziecka, w przeciwieństwie do pierwszego, były przeze mnie wyczekiwane. Chciałam, żeby drugi syn był już z nami. Bałam się jak cholera, czy dam radę z 22-miesięcznym, absorbującym całą naszą uwagę bąblem i noworodkiem, któremu trzeba poświęcić czas przynajmniej na karmienie, przewijanie i usypianie. Po powrocie do domu starszy syn okazał się niezwykle dzielnym małym człowiekiem. Choć cała sytuacja z "intruzem" w pierwszych godzinach zdecydowanie go przerosła, bo chciał mieć mamę po 5 dniach nieobecności tylko dla siebie, w kolejnych dobach spokojnie skracał dystans. Niestety po tygodniu nasz starszak zachorował. Konieczna była hospitalizacja.

Jak jeszcze dziś o tym myślę, mam łzy w oczach. Ponieważ karmienie piersią jest dla mnie priorytetem, nie było możliwości, abym została ze starszym synem w szpitalu. Został z babcią, która okazała się niezastąpioną pomocą. Przy wsparciu mojej bratowej  zajmowała się wnukiem i spędziła z nim całe długie 10 dni w szpitalnej sali z przerwą na weekend, kiedy to tata nie musiał pracować.

Ten smutny wzrok, mój syn z podkrążonymi oczami, bladą skórą, patrzący na mnie przez łzy i mówiący: "Babcia, zostaw. Mama zostanie z Markiem" wrył mi się tak głęboko w pamięć, że boli jakby to działo się teraz. A mama mogła zostać tylko na chwilę, bo szpital w sąsiednim mieście, a w domu noworodek, którego trzeba znowu nakarmić. Myślałam, że oszaleję z bezsilności, z żalu, a dodatkowo tydzień po cesarskim cięciu nie mogłam nawet wziąć syna na ręce i przytulić mocno. Wtedy myślałam, że nie można przeżywać nic gorszego niż strach o własne dziecko. Aż do pewnego popołudnia.

Mąż wrócił do domu później, ponieważ jego firma organizowała pracownikom badania USG. Robiłam obiad. Kilka miesięcy wcześniej ta sama firma organizowała rozszerzone badania krwi. Wyniki mąż miał dobre, można powiedzieć, że książkowe, więc USG potraktowałam jako oczywistą konieczność - coś jest za darmo, to czemu nie skorzystać. Okazało się, że USG nie było tylko sprawdzeniem, że mąż jest zdrowy.

"Okazało się, że coś tam mam" - mąż, jak zwykle, lakonicznie zakomunikował, co miał do zakomunikowania. Kiedy przeczytałam wyniki, zdałam sobie sprawę, że te moje 2 metry szczęścia nie są mi dane tak na pewno na zawsze. Jak człowiek słyszy słowo "guz", to od razu ma w głowie najczarniejsze myśli. Wieczorem stałam pod prysznicem i ryczałam jak bóbr. Nie jestem przesądna i nie uważam, że nie wolno myśleć i zakładać najgorszego, bo to się spełni. Uważam, że lepiej zakładać najgorsze i potem po prostu być pozytywnie zaskoczonym.

Jak działa publiczna służba zdrowia, każdy chyba wie. Wiadomo było, że w kolejce nikt, kogo stać, czekać nie będzie i sam sobie zapewni leczenie. To popołudnie to były telefony, telefony, telefony. Szybki research i wiedziałam, jak wyglądają terminy w przychodniach w połowie województwa.  A potem już prywatne wizyty: lekarz specjalista, biopsja i oczekiwanie na wynik.

I ciągle ta myśl z tyłu głowy, że może nas czeka najgorsze, że jak te guzy okażą się złośliwe, to będzie prawdziwy rock and roll. Bo w domu małe dzieci, ale najważniejszy jest teraz mój mąż. Bo ja bez niego nie umiem funkcjonować. I nie jest to uzależnienie i ubezwłasnowolnienie. Ja sobie doskonale w życiu radzę, zarabiam, to ja organizuję dom i to ja "inwestuję" to, co zarabiamy razem. Organizuję też wiele innych rzeczy poza domem, mam wielu znajomych, najlepszych przyjaciół pod słońcem. Mogę funkcjonować jako osobna jednostka i nawet funkcjonuję całkiem nieźle. Tylko tym moim azylem jest mój mąż. Tak, kilka razy w miesiącu myślę o tym, czy, jak go w ogrodzie zakopię z workiem wapna, to mnie posadzą i ewentualnie na jak długo (i czy będę musiała odsiedzieć wyrok z dziećmi, czy jednak będę miała święty spokój. Tak, kilka razy w roku mam ochotę go udusić lub wepchnąć pod samochód na spacerze. Ale jak jestem zmęczona po pracy, jak jestem zmęczona dziećmi, jak mam zły dzień, albo jak coś mi się uda, to właśnie mój mąż jest tym moim azylem, to w jego ramionach się chowam, aby się wypłakać albo żeby się podzielić swoją radością.

I choć wszyscy wkoło mówili, że przecież musi być dobrze, że na pewno wszystko dobrze się skończy, to ta myśl z tyłu głowy, że jednak coś może pójść inaczej, niż zakładamy, nie dawała się wygonić. Bo codziennie widzę, jak na nowotwory umierają dzieci, nawet takie kilkumiesięczne, więc fakt, że mój mąż jest młodym, wyglądającym zdrowo mężczyzną, nie był na tyle przekonujący, aby mnie zupełnie uspokoić.

I tego płaczu pod prysznicem było codziennie dużo. Jedna rzecz tylko mnie uspokajała bardziej niż inne. Bo ja z tym moim mężem spędzam tyle czasu, ile tylko mogę. Wprawdzie czasem ja przed jednym monitorem, on przed drugim, ale obok siebie. Przeżywamy to nasze życie na 100% i ile się da ze sobą, jednocześnie nie rezygnując z realizowania swoich pasji. 

I w dniu imienin mąż otrzymał wyniki. I się okazało, że wprawdzie jasno jeszcze nie jest, ale nie jest już ciemno, bo to nie nowotwór, bo z tym da się żyć. I ja już wiem, że sama myśl o tym, że mogę stracić męża jest dla mnie niewyobrażalnym ciężarem.

Ta cała sytuacja nauczyła mnie jednego. Wiem, że niczego nie żałuję. To najlepsze uczucie na świecie...

[url=https://www.facebook.com/MatkaMarka/]Przeczytałeś/aś? Zajrzyj na mój profil na Facebooku. Tam dzieje się więcej niż na blogu, a i można wygrać coś dla dziecka.[/url]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/95b133e550edfe7652b3f996e8e0f153,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/95b133e550edfe7652b3f996e8e0f153,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Męża wybiera się na całe życie. Przynajmniej z założenia</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129611,60-km-h</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129611,60-km-h</link><pubDate>Fri, 18 Nov 2016 14:48:35 +0100</pubDate><title>60 km/h</title><description><![CDATA[Alkohol bywa niebezpieczny. Szczególnie jeśli w waszą stronę, z prędkością 60 km/h strzela korek z butelki szampana. Ciekawscy sprawdzili - może przelecieć 50 m!

Jak wrócić po długiej przerwie to z przytupem, czy raczej w tym wypadku – z dyskretnym pyknięciem. Korka ze wspomnianego szampana, oczywiście. 

Jeśli zwracacie uwagę na znaczące drobiazgi to na początek mały tip – gdy mężczyzna ostentacyjnie otwiera butelkę szampana z wielkim hukiem (wylewając przy okazji część zawartości na stół lub waszą sukienkę) oznacza to, że: 
- jest beznadziejnym pozerem, który naoglądał się świętujących kierowców F1. Czy któryś z tych mistrzów kierownicy przypadkiem nie wywołał jakiś czas temu sporego skandalu oblewając szampanem hostessę…?
- zdecydowanie wypił za dużo i lepiej nie powierzać mu funkcji barmana
- kompletnie nie umie tego robić, ale przepraszający uśmiech zdradza dobre chęci. No to jeszcze można wybaczyć, bo męska nieporadność jest doprawdy urocza, prawda?

Szampana otwieramy bowiem elegancko i cichutko. Serwujemy zaś w [b]smukłych wysokich, kieliszkach[/b], żadnych tam czarkach. Tylko takie bowiem pozwolą na podziwianie swobodnego ruchu bąbelków, których jest w jednej butelce, jak ktoś podobno policzył, 49 milionów. Można również w [b]tradycyjnych kieliszkach[/b], niektórzy eksperci twierdzą, że choć w ten sposób wino nieco się ogrzewa, zyskuje na zapachu i smaku. Tak czy inaczej, pamiętajcie, żeby wcześniej kieliszki porządnie przepłukać, a jeśli jest czas by wystygły - to nawet gorącą wodą. W ten sposób pozbywamy się wszelkich pozostałości detergentów, które mogą zamordować delikatne banieczki, które przecież są esencją szampana. 

Teraz pytanie - czy szampan jest kobiecy? 
Szampan kojarzy się z uroczystościami, rautami, balami i wszelkiego rodzaju imprezami, do których szykujemy się tygodniami wybierając odpowiednią „stylizację”, jak to się teraz mówi. Jest kwintesencją beztroskiej dekadencji, trunkiem pitym w chwilach największej radości. Z racji swojej ceny od razu też świadczy o naszej, co najmniej stabilnej, sytuacji finansowej. Chyba wszyscy wielcy, piękni, bogaci i sławni pijają szampana. Wśród kobiet, fankami tego trunku były na przykład Madame de Pompadour, Coco Chanel, Marlene Dietrich i Brigitte Bardot. A elegancka i wiotka jak trzcina Jackie Kennedy podobno miała w swoim ulubionym bistro stały zestaw – kieliszek szampana i kilka łodyg szparagów na zimno. Bezczelnie pozwól więc rozpieszczać się szampanem - w literaturze i filmie te, co to „leżały i pachniały” miały w wypielęgnowanej dłoni nieodłączny kieliszek szampana. Jeśli jesteś kobietą sukcesu - zamawiaj go sama bez cienia wątpliwości. Kolejną torebkę zawsze zdążysz kupić. Ciesz się chwilą, bierz przykład z facetów! 

Ale rola kobiet w historii szampana ma także swój drugi wymiar. Śmiało można powiedzieć, że kilka znanych [i]maisons de champagne[/i] nie powstałoby, gdyby nie determinacja wspaniałych pań. Co prawda, najpierw dotknęły dramatu, jakim było wczesne wdowieństwo, ale może to właśnie popchnęło je ku działaniu.

I tak pionierką była [i]veuve[/i] [b]Barbe Nicole Clicquot Ponsardin[/b]. Mając 27 lat objęła rządy w założonej przez męża firmie. Rozpropagowała swoje trunki na monarszych dworach Europy - w 1814 roku, na przykład, wysłała ponad 10 tysięcy butelek szampana do Rosji, gdzie przyjęto go z wielkim uznaniem. Z kolei [b]Louise Pommery[/b] to prekursorka marketingu i PR dóbr luksusowych. Moją ulubioną historyjką jest reakcja [i]madame[/i] na plotki o słabej kondycji finansów firmy. Kupiła wówczas, anonimowo, obraz Jean-François Milleta „Kobiety zbierające kłosy”. A dopiero kilka dni później, w blasku fleszy jak byśmy to dziś powiedzieli, wydała stosowne oświadczenie. Brawo!

Z czym pić szampana?
Jeśli jesteście tradycjonalistkami pijcie szampana do ostryg, kawioru i truskawek. Ale warto zaszaleć i zagryźć go … popcornem. Bluźnierstwo? Wcale nie, [b]szampan lubi potrawy słone i tłuste[/b].

Na koniec oczywista oczywistość – prawdziwy szampan pochodzi wyłącznie z [b]Szampanii[/b]. Pamiętajcie o tym i nie dajcie się zbyć. Z drugiej strony – bąbelkowy świat ma nam do zaoferowania wiele innych rodzajów win musujących. O tym następnym razem…]]></description></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129569,przed-terminie-czyli-nawiedzamy-szpital</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129569,przed-terminie-czyli-nawiedzamy-szpital</link><pubDate>Mon, 14 Nov 2016 20:59:20 +0100</pubDate><title>Przed terminem, czyli &quot;nawiedzamy&quot; szpital...</title><description><![CDATA[Jeszcze tylko ostry skręt w lewo, potem szybko w prawo i wjeżdżamy na całkowicie opustoszały parking przed szpitalem. Patrzę na zegarek i niczym wuefista pykam w myślach stoperem odmierzającym czas przebiegniętego okrążenia.  - Wow, Kociaku udało nam się dojechać w siedemnaście minut...

Jeszcze tylko ostry skręt w lewo, potem szybko w prawo i wjeżdżamy na całkowicie opustoszały parking przed szpitalem. Patrzę na zegarek i niczym wuefista pykam w myślach stoperem odmierzającym czas przebiegniętego okrążenia. 
- Wow, Kociaku udało nam się dojechać w siedemnaście minut z Gdyni do Wrzeszcza, to chyba rekord - parkuję samochód i patrzę z dumą na moją żonę. Plan trasy został opracowany już kilka miesięcy temu w momencie podjęcia przez nas decyzji o wyborze szpitala. Przygotowanych zostało kilka wariantów w zależności od pory dnia i natężenia ruchu. Na szczęście jest sobota, późny wieczór lub  i w dodatku "majówka", więc wszyscy i tak nawiedzają  właśnie sopockie kluby i bawią się tak, jakby za kilka godzin miał być koniec świata.
- Jesteśmy jak kierowca rajdowy i pilot kończący właśnie kolejny odcinek specjalny rajdu...  - urywam nagle w pół zdania, bo uliczna latarnia oświetliła właśnie twarz Dżoany, która świdruje mnie wzrokiem jakby przyłapała mnie właśnie na kradzieży banana z jej straganu. Powiedzieć, że zabija mnie wzrokiem, to tak jakby nic nie powiedzieć. 
- Tak źle się czujesz? - pytam, aby chociaż trochę podratować sytuację. Już wiem, że moje kolejne zdania powinny być bardziej przemyślane. Gdyby Dżoana potrafiła strzelać wzrokiem to właśnie nie przeszedłbym kolejnego "levelu" w życiowej grze, a przed moimi oczami wyświetliłby się napis "Game Over", a pod nim "Press "start" to try again". 

Mądrzejszy o kolejne cenne doświadczenie i nową wiedzę, wysiadam z samochodu i lecę do drzwi wejściowych.  Teraz już wiem, że osoba, która wymyśliła powiedzenie "Nie ma głupich pytań....", po prostu nie znała życia zbyt dobrze i trochę się zagalopowała z tworzeniem tej sentencji lub nie przebywała w zamkniętym samochodzie z kobietą w 8 miesiącu ciąży, która bardzo źle się czuje. 

Nigdy wcześniej nie byłem w tym szpitalu. Prze de mną stoi 3-piętrowy długi jak stodoła budynek z szarą, odpadającą elewacją, która najprawdopodobniej jakieś czterdzieści lat temu była jeszcze biała. W żadnym ze starych, drewnianych okien nie pali się światło. Cisza i ani żywej duszy wokoło.  A może to nie jest tu? Cholera, pewnie pomyliłem adres. Być może to tylko jeden z wielu budynków szpitalnych - kostnica albo geriatra, a pozostałe budynki są z tyłu - próbuję się pocieszać. Moja nadzieja szybko zostaje rozwiana w momencie, gdy mój wzrok spoczął na czerwonej tablicy wiszącej nad wejściem oznajmiającej, że dobrze trafiliśmy. Tak naprawdę to naturalniej wyglądałby napis "Cyrk" na budynku polskiego parlamentu niż "Szpital Położniczy" tutaj. Jeżeli Smarzowski będzie kręcił jakiś film o czasach II Wojny Światowej to budynek dla tajnej policji Gestapo już ma. W zasadzie nie trzeba nawet nic "upiększać", wystarczy przed wejściem postawić charakterystyczną budkę wartownika i gotowe. 

Cóż, muszę przyznać, że trochę inaczej to sobie wyobrażałem. Może nadmierna ilość seriali medycznych nastawiła mnie zbyt optymistycznie, ale spodziewałem się tętniącego życiem miejsca. Szeroko otwartych drzwi, przed którymi kłębią się podenerwowani tatusiowe in spe kotłujący papierosy jak stara lokomotywa i drepczący w miejscu; podjeżdżających karetek i krzątających się wszędzie lekarzy omawiających z podekscytowaniem udane operacje. A z boku stałby kosz, do którego rzucaliby starą pomarańczową piłką zestresowani stażyści i lekarze szukający chwili wytchnienia od wyczerpującej pracy jak George Cloney w "Ostrym Dyżurze". I gdzieś w tej całej szpitalnej krzątaninie jesteśmy "my", podjeżdżamy na podjazd dla karetek, ja wyskakuje i krzyczę "Proszę nam pomóc, moja żona jest w ciąży i coś jest nie tak", a przed samochodem wyrasta nagle zespół lekarzy i pielęgniarek. Ktoś wyciąga moją żonę i sadza na wózek, który właśnie podjechał i szybkim tempem cały zespół pchając wózek wbiega z powrotem do szpitala. Jednemu z kilku lekarzy udaje się jeszcze klepnąć mnie w ramie i powiedzieć "Proszę się nie denerwować. Wszystko będzie dobrze, Pana żona jest w dobrych rękach". 
Tymczasem, jest ciemno, cicho jak na cmentarzu, a przed nami stoi obdrapany jak kible na dworcu budynek, który równie dobrze mógłby być opuszczonym szpitalem psychiatrycznym. 
- Na pewno w środku jest dużo przyjemniej - zagaduję do Dżoany, aby podnieść ją trochę na duchu, bo jestem pewien, że ma takie same przemyślenia jak ja. Odpowiada mi jednak cisza. Odwracam się i widzę, że moja żona nadal siedzi w samochodzie. Utknęła. Otworzyła drzwi i spuściła nogi, ale nie może wysiąść. Udało mi się ją jakoś lekko rozkołysać i za trzecim razem "wypadła" z samochodu. 

Podchodzimy do drzwi. Zaglądam przez szybę, ale w środku nie widać żywej duszy, tylko lekkie światło na korytarzu. Łapie za klamkę, ale drzwi nie chcą się otworzyć. Szarpię, więc  mocniej - nadal nic. Próbuję jeszcze kilka razy. Zaczynam się w końcu z nimi szamotać to jednak nadal nic nie daję. Krótkie oględziny wskazują na to, że są zamknięte na klucz. 
- Brawo Szerloku - podsumowuje z sarkazmem moje krótkie śledztwo Dżoana - Jak już skończyłeś, to wciśnij teraz ten pstryczek, może ktoś przyjdzie - dodała zrezygnowana wskazując na ścianie po prawej stronie od drzwi niewielki napis "Dzwonek", a pod nim niewielki przycisk. No bez jaj! Równie dobrze mogliby otwierać drzwi na hasło lub kazać pukać 3 razy i miałoby to mniej więcej taki sam sens jak umieszczanie miniaturowego pstryczka, który w ciągu dnia wygląda pewnie jak duża mucha albo ptasie gówno. 
Wciskam przycisk i rozlega się cichy dźwięk dzwonka. Odczekujemy bliżej nieokreśloną chwilę, ale nic się nie dzieje. Drzwi są dalej zamknięte, a wokół nas dalej nie ma żywej duszy. Wciskam go jeszcze kilka razy, a potem przytrzymuje przez dobre kilkadziesiąt sekund. Po kilku minutach za drzwiami, z lewej strony zapala się światło. Teraz widać, że jest tam coś, co przypomina kanciapę ciecia. Wychodzi z niej jakaś postać i otwiera nam drzwi. Jest to niska, przygarbiona Pani lub Pan - tego nie udało mi się od razu rozgryźć -  po pięćdziesiątce. Jest ubrana cała na czarno ze sraczkowatym małym napisem z prawej strony oznajmiającym, że trudni się pracą ochroniarza. 
- Wystarczy nacisnąć raz, przecież nie jestem głucha! - wydziera się na powitanie. Następnie patrzy na nas i zawiesza się na chwilę po czym zadaje niezwykle skomplikowane logicznie pytanie -  
O co chodzi? 
Przetwarzam pytanie, które właśnie słyszę i w zasadzie nie wiem co mam jej odpowiedzieć. To już drugi raz w ciągu kilku minut kiedy utwierdzam się przekonaniu, że głupie pytania jak najbardziej są i właśnie przed chwilą miałem na to dowód. Pomimo zmęczenia i stresu staram się dopasować odpowiedź, która będzie adekwatna do zadanego pytania: 
- Yyyy, przechodziliśmy właśnie obok i postanowiliśmy się zapytać czy nie chce Pani...Pan...tzn. Pani...  kupić ziemniaków?
- Ccco!? Jakich ziemniaków!? - takiej odpowiedzi nie było na szkoleniu z otwierania drzwi, więc jest wyraźnie zaskoczona. 
- My na Izbę Przyjęć , możemy? - postanowiła szybko ratować sytuację Dżoana i trzepnęła mnie w ramię. 
To były słowa klucz, których oczekiwała ochroniarka, bo od razu nas przepuściła i zamknęła je szybko za sobą na klucz jakby uratowała nas właśnie przed atakiem wygłodniałych zombie. Odwróciła się w stronę swojej kanciapy i powiedziała jakby do siebie:
 - W prawo, korytarzem do końca i w lewo. 
Szybko okazało się, że byłem w dużym błędzie pocieszając Dżoanę, że w środku będzie przyjaźniej i milej. Korytarz był długi i ciemny z typową dla tego typu budynków posadzką, na której nawet adidasy z gumową podeszwą wydają charakterystyczny stukot. Po lewej stronie były duże okna z grubymi kratami, a po prawej ogromne, drewniane drzwi z solidnymi metalowymi klamkami. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to gotowa inscenizacja na siedzibę Gestapo do jednego z filmów Smarzowskiego. 

Trzeba przyznać, że Izba Przyjęć wyglądała nieco lepiej niż przygnębiający korytarz.  Pielęgniarka przywitała nas z taką samą uprzejmością jak ochroniarka - widocznie mają szkolenia u tej samej osoby. Oczywiście podjęła nieskuteczną próbę odesłania nas do domu, bo przecież nic aż tak poważnego się nie dzieję. Spojrzałem na moją żonę, która właśnie zbierała się do odparcia argumentów i przez chwilę zrobiło mi się żal pielęgniarki. Zrobiłem krok w bok, aby nie dostać rykoszetem. Próbowałem nawet mimiką twarzy sugerować tej kobiecie, żeby wycofała się z tych słów póki jeszcze może, ale bidulka chyba nie zrozumiała lub nie chciała zrozumieć. No cóż, w takim razie za błędy trzeba płacić. Mógłbym jeszcze w akcie całkowitej bezradności krzyknąć  "Uwaga, kryć się zaraz wybuchnie!" i kucnąć chowając głowę między kolana, co miałoby zminimalizować moje obrażenia, ale doszedłem do wniosku, że klęska pielęgniarki może być w tej sytuacji nawet zabawna. Może wyciągnie z tego jakąś lekcję na przyszłość. 
Tak jak myślałem, argumenty mojej żony okazały się przekonujące. Dżoana otarła po wszystkim lekko spocone czoło, a ja przytuliłem ją delikatnie szepcząc do ucha: 
- Już dobrze Kochanie, nie denerwuj się tak. Twoje argumenty były takie... głośne, że Pani już nawet zadzwoniła po lekarza. 
Pielęgniarka zamknęła się w sobie. A może była jeszcze w lekkim szoku. Odsunęła się od nas na bezpieczną odległość i usiadła na rogu kanapy znajdującej się na recepcji. Wlepiła wzrok w jedno miejsce i zaczęła się lekko bujać. Wydaje mi się, że modliła się, aby wezwany lekarz przyszedł jak najszybciej, bo nie chciała być tu z nami sama. Nie wiem dlaczego, przecież sama zaczęła tę nikomu niepotrzebną dyskusję. 

Okazało się, że Dżoana musi zostać w szpitalu na obserwacji, więc trzeba przynieść torbę z samochodu. Lecę zatem długim i ciemnym korytarzem z powrotem, chwytam za drzwi, którymi wchodziliśmy do szpitala, ale odbijam się od nich z hukiem - zamknięte na klucz. Idę do kanciapy ochroniarki, wsadzam głowę przez niewielkie petenckie okienko i widzę, że ogląda z podekscytowaniem jakiś talent show. 
- Co, żona zostaje na noc, a torby zapomniał? - pyta bezosobowo nie odrywając wzroku od maleńkiego telewizorka. Nie jestem do końca pewien, ale wydaje mi się, że mówi do mnie. 
- Ta, zapomniał - odpowiadam z lekkim przekąsem, aby rozładować tę niepotrzebnie napiętą jak struna od gitary sytuację. Babochłop odrywa wzrok od telewizora i patrzy na mnie w taki sposób jakbym właśnie zepsuł jej całą zabawę i zdradził kto wygra oglądany przez nią program. Trwa tak bez ruchu, aż w końcu podnosi się leniwie z krzesła i rusza w kierunku drzwi. Z gracją starego znudzonego kota otwiera leniwie drzwi i przemawia tonem osoby, która jest świadoma tego, że ona tutaj rządzi, a ja jestem skazany na jej łaskę: 
- Niech idzie szybko, nie będę zamykała, tylko poczekam w drzwiach. 
Robię jak każe i jestem z powrotem w ciągu kilkunastu sekund. 
- Dziękuję i przepraszam, że tak Panu...tfu...Pani zawracam głowę. Teraz już wszystko mamy i już nie będę przeszkadzał, można spokojnie się zdrzemnąć. - próbuję załagodzić sytuację, bo wiem, że przynajmniej jeszcze raz będę jej potrzebował i to całkiem niedługo - przy wyjściu do domu. 
- Dobra, w końcu to moja praca, chyba nie!? Ja nigdy nie śpię na dyżurze, bo w każdej chwili może ktoś przyjechać  - rzuca i posuwistym krokiem wciska się do swojego bezpiecznego świata z mini telewizorkiem. 
Z pieruńsko ciężką torbą pod pachą lecę z powrotem na Izbę Przyjęć. W połowie drogi przypominam sobie, że przecież torba ma kółka i nie muszę jej dźwigać. Stawiam ją szybkim ruchem na posadzkę korytarza, wysuwam rączkę i ruszam żwawo. Szybko zaczynam jednak żałować tej decyzji, bo kauczukowe kółka w połączeniu ze starą posadzką wydają okropny hałas, który prawdopodobnie zbudzi wszystkie duchy osób zamordowanych w tym budynku podczas okupacji. Wpadam na Izbę zziajany, ale uradowany, że udało mi się uciec przed duchami. 
- A co Ty tak odwracasz się za siebie? Goni Cię ktoś, czy co? - pyta Dżoana
- Mnie!? Nie, no co Ty!? - uspokajam sam siebie i próbuję wyrównać oddech
- Aaa, zapomniałam Ci powiedzieć żebyś zabrał z samochodu jeszcze moją kosmetyczkę, bo nie zmieściła się do torby. Położyłam ją na tylnim siedzeniu.
- Eh, nie ma sprawy. Zaraz przyniosę 

Tylko ja wiem, że to oznacza powrót tym samym korytarzem, na którym czyhają na mnie rozeźlone duchy i "przeszczęśliwa" z mojej kolejnej wizyty ochroniarka. Swoją drogą co może znajdować się w tej walizie, skoro nie zmieściła się już do niej ta przeklęta kosmetyczka. 
Na szczęście cały korytarz udaje mi się pokonać bezpiecznie. Docieram do kanciapy i tak jak poprzednim razem wsadzam głowę w niewielkie okienko i uśmiecham się nieśmiało, aby z wymuszoną życzliwością poinformować o swoim kolejnym przybyciu. Odpowiadają mi tylko ciche oklaski wydobywające się z miniaturowego telewizorka. Ochroniarka siedzi ze spuszczoną głową i ani drgnie. Gdyby nie pochrapywanie przypominające odgłosy wydające przez dzika, to wyglądałaby jakby nie żyła. 
- Halo! - mówię lekko podniesionym głosem. Odpowiada mi tylko głośniejsze chrapanie. 
- Słyszy mnie Pani!? Halo! - próbuję głośniej, ale to również nie daje żadnego efektu. 
- Ej, nie śpimy! Pobudka! Haloooo! - drę się na pół korytarza. 
Po prostu pięknie. Nie wejdę do tej kanciapy, bo pewnie jest zamknięta od środka. Próbuję chociaż szturchnąć ją ręką przez te okienko, ale nie sięgam. Zaczynam rozglądać się za jakimś przedmiotem, którym mógłbym ją chociaż rzucić. Widzę długopis. Brakuje mi jednak kilku centymetrów, aby go dosięgnąć. Włażę prawie cały przez ten otwór w ścianie, jedynie nogi zostają mi na zewnątrz. Chwytam długopis i już mierzę w jej kierunku, aby wystrzelić jak ognistą kulą z katapulty, gdy ta podnosi leniwie głowę, otwiera oczy, zawiesza wzrok na ekranie telewizora, potem przenosi go na mnie i widzi faceta, który leży na biurku podparty łokciami i niczym snajper celuję w nią długopisem.  
- Rób wypad za okno, bo zaraz Cię gazem potraktuje zboczeńcu jeden - przemawia mocnym i pewnym głosem jak szeryf na dzikim zachodzie. Brakuje jej tylko przekrzywionego kapelusza i miętolonego zawzięcie w ustach cygara. - No i po co się tak drze? Przecież nie śpię. Reklamy były to sobie na chwilę oczy przymknęłam i się zamyśliłam. Mówiłam przecież, że ja na dyżurze nigdy nie śpię, muszę czuwać. - dodaje podnosząc się z krzesła. 
Ja próbuję wygramolić się z tego okna i przy okazji zrywam firankę i zrzucam z biurka wszystkie papiery. Po wszystkim uśmiecham się przepraszająco. Jest mi głupio, chociaż to ten babol zasnął w pracy, a nie ja. 

Biorę kosmetyczkę z samochodu i wracam do mojego dwupaka. Dżoana wędruje na oddział, a ja mogę wracać do domu. Droga do wyjścia jest oczywiście ta sama. Lecę przez długi i ciemny jak las nocą korytarz, zbliżam się już do wyjścia i widzę, że ochroniarka waruje już tym razem przy drzwiach wejściowych. 
- O widzę, że tym razem czekała Pani na mnie żeby mnie wypuścić? To już ostatni raz dzisiaj, dobranoc - rzucam mijając ją w drzwiach
- Ta srała nie czekała. Chciałam po prostu zobaczyć minę z jaką będzie wychodził z tego korytarza, bo na kamerze nie było widać - parska mi w twarz babochłop
- Na kamerze!? Na jakiej kamerze? 
- A co myśli, że ja tu tylko drzwi otwieram i zamykam? Pilnuję całego obiektu za pomocą monitoringu i wiedziałam jak żeś posrany ze strachu biegł za każdym razem przez ten korytarz. Dychy tam widział, czy co!? Ojcem zaraz zostanie, a ciemności się boi...

Jest to nieopublikowany fragment książki [url=http://www.empik.com/dylematy-niedoswiadczonego-taty-krupa-piotr,p1128036847,ksiazka-p][b]"Dylematy Taty"[/b][/url], którą miałem okazję popełnić. Jeżeli Wam się podobało i mielibyście ochotę na więcej to książkę możecie znaleźć m.in. [b][url=http://www.empik.com/dylematy-niedoswiadczonego-taty-krupa-piotr,p1128036847,ksiazka-p]tutaj[/url][/b] lub [url=http://wiedza.pl/pl/p/Dylematy-Taty/468][b]tutaj[/b].[/url] 
[photo]311087[/photo]]]></description></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129507,cel-pisania</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129507,cel-pisania</link><pubDate>Sat, 05 Nov 2016 23:06:24 +0100</pubDate><title>Cel pisania</title><description><![CDATA[To słowo o tym , co ma wspólnego bajka i pisanie.

Byłam dziś w kinie z dziećmi na filmie Trolle. Mówią, że każda bajka dla dzieci, jest właściwie bajką dla dorosłych. Powiedziałabym to inaczej, bowiem w każdej bajce na dany moment dorosły, który ją ogląda znajdzie to, co ma w danym momencie znaleźć, coś do niego przemówi. Pierwsze 40 minut przespałam, ale po drzemce ze świeżym spojrzeniem odnalazłam w niej siebie. Jedna z małych bohaterek bajki walczyła o bliskie jej osoby, wręcz z misterną precyzją szła odzyskać bliskie jej postaci. Nie widziała porażek, tylko każdą obracała w dłoni i wyciągała dobre rzeczy. Kocham pisać, nie ma znaczenia czy są to pisma urzędowe, maile, opowiadania, listy, smsy, byle to było słowo. Przez ostanie lata właśnie pismami, krok po kroku szłam po dzieci, aby były ze mną. Konsekwencja, precyzja, optymizm, szukanie tak w ciągłym nie, pomogło mi odzyskać dzieci. Podobnie bohaterka bajki, śpiewała: jak upadnę to wstanę i pójdę dalej. Oczywiście nie byłam w tym sama, pomogło mi dużo ludzi dobrej woli. Konsekwencją moich wydarzeń jest to, że dalej pomagam innym. Kiedy mam cel, kiedy jest ktoś, komu mogę pomóc choć trochę odzyskać swoje życie, to czuję się szczęśliwa. Wówczas niemal wszystkie myśli, kiedy nie są w nich akurat moje dzieci, są podporządkowane temu, komu pomagam. W każdej sytuacji szukam rozwiązania, każdą milion razy analizuję i szukam pomysłu, gdzie słowem pisanym mogę jeszcze znaleźć pomoc. Ale oglądając tą bajkę dla dzieci, złapałam się dziś na myśli, że pisanie pomaga, ale tylko wtedy kiedy ma cel. Nie fascynuje mnie sztuka dla sztuki. Kiedyś pisałam wiersze, bawiłam się słowem. Dziś największą frajdę sprawia mi, kiedy słowo przekłada się na działanie. Mam nadzieję że ten pierwszy wpis tu, do którego nie mogłam usiąść przez ostanie pół roku jest początkiem pisania, którego konsekwencją będą dobre działania.]]></description></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129505,5-topowych-dodatkow-do-pokoju-dziewczynki</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129505,5-topowych-dodatkow-do-pokoju-dziewczynki</link><pubDate>Sat, 05 Nov 2016 22:12:39 +0100</pubDate><title>5 topowych dodatków do pokoju dziewczynki</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/8275d323b83b34ddd215cad48a8e1eb2,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Za pomocą kilku ciekawych dodatków można łatwo odmienić wnętrze pokoju dziecka. Modne dekoracje często spełniają też funkcje praktyczne i pobudzają wyobraźnię maluchów. Zobacz, co warto kupić do pokoju córki.

[b]1. Tipi[/b]
[photo]310681[/photo]
[b]2. Cotton balls[/b]
[photo]310689[/photo]
[b]3. Girlanda[/b] 
[photo]310691[/photo]
[b]4. Oryginalne plakaty w ramce[/b]
[photo]310693[/photo]
[b]5. Samoprzylepna tablica kredowa[/b]
[photo]310695[/photo]

Więcej wnętrzarskich inspiracji znajdziesz [url=http://bogumila.szwedo.mamadu.pl/]tutaj[/url].]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/8275d323b83b34ddd215cad48a8e1eb2,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/8275d323b83b34ddd215cad48a8e1eb2,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129499,odkryj-swoja-nowa-droge-zawodowa</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129499,odkryj-swoja-nowa-droge-zawodowa</link><pubDate>Fri, 04 Nov 2016 12:19:49 +0100</pubDate><title>Odkryj swoją nową drogę zawodową</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/1c66be5323212c70439f56d5c252f543,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Niektóre rozstania są dobre dla obu stron. Po co firmie mama, która tak naprawdę nie czuje się w tym miejscu dobrze i pracuje na 40% swoich możliwości. Po co mamie życie zawodowe, które podcina jej skrzydła i każdego dnia czuje, że to nie to lub nie teraz.

Kiedy rozpoczynam współpracę z firmą, aby poprowadzić warsztaty lub coaching dla rodziców zawsze informuję o tym, że może się tak zdarzyć, że pod wpływem tych działań jakiś rodzic podejmie decyzję, że rozstaje się z firmą. Czasami dlatego, że poczuje siłę, aby pójść na swoje i zrealizować swoje marzenia, czasami dlatego, że chce spędzić jeszcze czas z dziećmi w domu, a w niektórych przypadkach nie widzi szansy na rozwój w tej konkretnej firmie. 

Jest takie ćwiczenie  polegające na odpowiedzi na pytanie[i] „Wyobraź sobie, że to ostatni dzień twojego życia, czego najbardziej żałujesz w kontekście zawodowym?”[/i][b][/b]

Najczęstsze odpowiedzi t:o realizacji swoich zawodowych marzeń, wykonywania pracy zgodnie ze swoimi kompetencjami i pasją, w zgodzie ze sobą, tak aby mieć czas na życie rodzinne. 

W praktyce to brak komunikacji z managerem, brak stawiania granic swojego zaangażowania lub brak odwagi, aby założyć coś swojego lub wziąć udział w rekrutacji do wymarzonej firmy. 

[b]Jak sobie  z tym radzić?[/b] 

Jeśli czujesz, że chcesz dokonać zmian i znaleźć nową drogę zawodową warto przejść przez cztery ważne kroki, które pomogą ci lepiej poznać samą siebie i przygotować się do działania:

1.	Jaka jest twoja gotowość do zmiany? Co cię powstrzymywało do tej pory, że tego nie zrobiłaś?

2.	W czym jesteś dobra? Co umiesz, jakie masz atuty? Co masz do zaoferowania?

3.	Jaka jest twoja nowa droga zawodowa, która wykorzysta twoje mocne strony? Czego ci brakuje, aby tam pójść? 

4.	Od czego możesz zacząć? Jakie widzisz przeszkody na drodze? O co potrzebujesz zadbać, aby to się udało?


[b]Co jeszcze pomaga?[/b]

•	Obserwacja innych, którzy dokonali takich zmian i modelowanie ich skutecznych działań
•	Poduszka finansowa, która przyda się w procesie dokonywania zmian
•	Wsparcie ze strony najbliższych lub innych osób jak coach, mentor, doradca
•	Plan B,C,D który zredukuje lęk przed porażką

Z mojego doświadczenia wynika, że kluczem do sukcesu w procesie zmiany życia zawodowego jest dobre poznanie siebie i mechanizmów swojego działania. Rynek, klient, inna firma to najlepsi przyjaciele, którzy zawsze wysyłają obiektywne informacje zwrotne. 

To ty jesteś źródłem swoich sukcesów lub porażek.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/1c66be5323212c70439f56d5c252f543,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/1c66be5323212c70439f56d5c252f543,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129447,majac-synow-zaczynamy-rozumiec-ze-swiat-meskich-emocji-jest-bardziej-zlozony-niz-sie-nam-kobietom-wydaje</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129447,majac-synow-zaczynamy-rozumiec-ze-swiat-meskich-emocji-jest-bardziej-zlozony-niz-sie-nam-kobietom-wydaje</link><pubDate>Sat, 29 Oct 2016 22:32:50 +0200</pubDate><title>Mając synów zaczynamy rozumieć, że świat męskich emocji jest bardziej złożony niż się, nam, kobietom, wydaje</title><description><![CDATA[Kiedy zostałam matką pierwszego syna, a w zasadzie nawet, kiedy się dowiedziałam, że urodzę chłopca to pomyślałam, że przede mną trudne zadanie. Kobiecie zawsze łatwiej wychować córkę, co nie oznacza, iż relacje matka-córka do łatwych należą, bo chyba nie ma nic trudniejszego pod słońcem. Koleżanka, która ma córkę żartowała, że przynajmniej zna już obsługę tego modelu. A ja swojego muszę się dopiero uczyć.

Wychowanie syna to trochę takie działanie po omacku, bo mając ojców, mężów, kolegów, braci czy kuzynów, nadal-my kobiety- nie jesteśmy facetami. Od dzieciństwa karmimy się też stereotypami, co tylko utrudnia racjonalne postrzeganie sprawy. Wiemy, co chcemy przekazać córce, z reguły obronić ją przed naszymi błędami. Ale jak mądrze wychować syna?

Pamiętam, że w czasach studenckich utyskiwałyśmy z koleżankami, że faceci to trudny gatunek, zainteresowany wyłącznie trzema rzeczami na S -samochodami, seksem i sportem- z tą tylko różnicą, że każdy w innej kolejności. Żartowałyśmy, że facet najchętniej związałby się ze swoim samochodem, gdyby ten tylko potrafił gotować. Teraz jak o tym pomyślę, to mnie to wyłącznie bawi, bo kobiety wcale nie mniej gadają o seksie, a samochody i sport zastępują często po prostu inne „babskie” tematy. 

A potem… zostajemy mamą syna i już przestają nas bawić te wszystkie dowcipy, stereotypy i uproszczenia. Zaczynamy rozumieć, że współczesny świat stawia przed mężczyznami wielkie, a zarazem sprzeczne wymagania, w których trudno się połapać.  
Facet ma być zaradny, przedsiębiorczy, ale zarówno opiekuńczy, rodzinny. Najlepiej żeby miał ciekawą pasjonującą pracę, potrafił utrzymać rodzinę, miał pasje czyli nie był nudziarzem, ale też dużo zajmował się dziećmi.
Ostatnio rozmawiałyśmy z moją przyjaciółką, o tym jakie cechy cenimy w mężczyznach. Oprócz tych oczywistych, które w ogóle lubimy w innych ludziach, jak inteligencja, poczucie humoru, uśmiech, optymizm, serdeczność czy życzliwość wyszedł nam facet w przyrodzie nie występujący, bo wystąpić niemogący, choćby z  uwagi na ten drobny szczegół, że doba ma tylko 24 h- rodzinny, pasjonat jakiejś dziedziny, robiący karierę zawodową. A jeśli już taki gdzieś jednak jest, to napewno jego partnerka starannie chowa go …przed koleżankami. 

Wychowując syna musimy też uwzględnić fakt, że mężczyzna z natury musi mieć dwie twarze: jedną na użytek relacji z innymi facetami, drugą natomiast w kontaktach z kobietami. Każda z nas chyba kiedyś zauważała różnicę, gdy ”misiek” staje się nagle samcem alfa w towarzystwie swoich kolegów. W wymaganiach wobec kobiet nie ma aż takiego rozziewu. Zarówno mężczyźni jak i kobiety cenią w innych kobietach podobne cechy. Ostatnio, gdzieś wyczytałam, że dla mężczyzny najważniejsze jest to, jak postrzegają go inni faceci. Więc spłycając samochody, gadżety i sukces jest po to, by zaimponować innym mężczyznom.

 I zaraz przypomniało mi się, kiedy  mój zaledwie 4-letni synek powiedział mi przez zaciśnięte zęby, kiedy Go odbierałam z przedszkola: „nigdy mnie nie całuj i nie przytulaj przy kolegach”.

Mężczyźni są też dużo wrażliwsi, nieprawdą jest też to, że się nie obrażają, albo, że obrażają się głównie kobiety. 

Mężczyźni kochają kobiety dla nich samych, kobiety kochają często pozycję, sukces mężczyzny.   Demonizujemy też fakt, iż mężczyźni zwracają uwagę tylko na urodę. Tak naprawdę każdy człowiek najpierw interesuje się kimś zewnętrznie, by potem chcieć poznać kogoś także jako człowieka. Ostatnio bardzo wzruszył mnie mój syn, kiedy odebrałam Go ze szkoły powiedział o swojej koleżance, że Mu się podoba i zaraz dodał: „Mamo, bo Ona jest taka…mądra”. 

Z troską myślę jak moi synowie odnajdą się w przyszłości. I choć uważam, że mężczyźni mają łatwiejsze życie, bo godzenie rodzicielstwa z innymi aktywnościami nie jest dla nich aż tak trudne ani angażujące emocjonalnie, to jednak stawiane wobec nich oczekiwania są bardzo niespójne. 

By jakoś to poukładać uczę swoich synów tego wszystkiego, co jest dla mnie ważne, i co cenię w innych ludziach.  Poza tym, co w jakimś sensie oczywiste, jak kultura bycia, chęć poznawcza, konieczność pielęgnowania swoich pasji, dążenie do jak najlepszych relacji z innymi ludźmi, znaczenie przyjaźni, troska o zdrowie, uważam, iż w przypadku mężczyzn niezwykle ważna jest odwaga życiowa polegająca na umiejętności wyartykułowania swoich oczekiwań i zawalczenia o ich realizację i dotyczy to zarówno sfery zawodowej jak i uczuciowej. Facet powinien po prostu potrafić nazwać pewne rzeczy po imieniu i z otwartą przyłbicą stawić im czoła. I to jest chyba to czego oczekują kobiety, a co imponuje innym mężczyznom.]]></description></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129419,za-moich-czasow-czyli-o-braku-rodzicielskiej-solidarnosci</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129419,za-moich-czasow-czyli-o-braku-rodzicielskiej-solidarnosci</link><pubDate>Wed, 26 Oct 2016 08:48:06 +0200</pubDate><title>&quot;Za moich czasów...&quot; – czyli o braku rodzicielskiej solidarności</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/2d92df024571118dc3dd7aee703b41d3,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Za moich czasów… Ja musiałam sobie jakoś radzić… Moje dzieci nie chorowały… Nikt nie mówił, że będzie łatwo...

Takie zdania płynące z ust innych rodziców bulwersują mnie najbardziej. Można je usłyszeć od starszego pokolenia, czasami od kolegi czy koleżanki, pani z kadr etc.. Bezsensowny wyraz braku solidarności z innymi rodzicami. 

Usłyszałam ostatnio historię o tym jak mama dwójki dzieci, w tym jednego 3-miesięcznego maluszka,  zaangażowała ojca do pomocy przy dzieciach, kiedy starsza córka zachorowała na coś zakaźnego. Tata, aby odseparować [url=http://mamadu.pl/c/123,przedszkolak]dzieci[/url] i pomóc żonie przy opiece wziął zwolnienie w pracy. Nasłuchał się przy tym w kadrach, że jak to żona sobie nie radzi? Jakoś powinna sobie poradzić, wszystkie mamy jakoś muszą sobie radzić. 

Zastanawiam się po co to? Po co takie niesolidarne komentarze i udawanie, że „ja sobie musiałam radzić i nikt mi nie pomagał”. Nawet jeśli tak było, to po co kontynuować tę bezsensowną praktykę zostawiania rodziców bez wsparcia, za to z gorzkim słowem.

Chodziłam tydzień z tą historią w swojej głównie i zastanawiałam się[b] skąd się to bierze  w innych rodzicach? Te nieżyczliwe komentarze, ocenianie i udawanie superbohatera. 
[/b]
Myślę, że to błędne koło, w którym tkwimy od pokoleń. Mi nikt nie pomagał i nie pochylał się nad moim losem, to ja także nie będę życzliwa tym, którym jest trudno. Wynika to z wielkiej niezaspokojonej potrzeby bycia docenionym w roli rodzica.[block position="indent"]129871[/block]Wszyscy traktujmy rodzicielstwo jako część naszego życia, może i jest to wyzwanie, ale przecież wielu przez nie przechodziło. A mama i tata potrzebują tego, aby docenić ich codzienny trud, aby przyznać, że rodzicielstwo, a zwłaszcza w wersji pracujący rodzic to trud ogromny – fizyczny, psychiczny, emocjonalny. Uśmiech dzieci jednak nie wszystko wynagradza. Mamy potrzebę bycia docenionym i otwartego przyznania tego, że nie jest łatwo, zamiast udawania, że to coś normalnego i zwykłego.  

Jak wiele zmieniłoby się  w relacjach rodzic – rodzic i w konsekwencji rodzic –pracodawca, kiedy zaczęlibyśmy dostrzegać rodziców i wspierać ich dobrym słowem, a nie utrudnianiem i tak trudnych historii [url=http://mamadu.pl/c/119,zdrowie]chorobowych[/url] krzywym spojrzeniem lub komentarzem. 

Zwykła ludzka życzliwość może na co dzień zdziałać więcej niż wiele super rozwiązań z kategorii firma przyjazna rodzinie.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/2d92df024571118dc3dd7aee703b41d3,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/2d92df024571118dc3dd7aee703b41d3,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Nie każdy może liczyć na zrozumienie i wsparcie ze strony najbliższych</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129407,na-imie-mam-ta-druga-5-prawdziwych-historii-kobiet-ktore-zostaly-kochankami</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129407,na-imie-mam-ta-druga-5-prawdziwych-historii-kobiet-ktore-zostaly-kochankami</link><pubDate>Mon, 24 Oct 2016 22:58:59 +0200</pubDate><title>&quot;Na imię mam: TA DRUGA&quot;. 5 prawdziwych historii kobiet, które zostały kochankami</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/94509598b0c13f2524fd6a0eeb3fa553,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Czy zastanawiałaś się kiedyś, co czuje „ta druga”? Gdy świadomie decyduje się na życie w trójkącie. Co ją pcha w ramiona czyjegoś męża, ojca cudzych dzieci. Robi to z wyrachowania? Miłości? A może z jeszcze innych pobudek…

[b]HISTORIA I. „Pani wygodna”[/b]
Gdy Beata poznała Adama, od razu zauważyła jego obrączkę na palcu. Wysoki, przystojny brunet o zniewalającym uśmiechu. Wysyłał do niej jednoznaczne sygnały. Był jej przełożonym, starszym o 12 lat. W gabinecie na biurku trzymał zdjęcie żony i trójki swoich pociech.

Ona, w wieku 35 lat nadal była niezależną singielką, która z łatwością opierała się wszelkim próbom swatania. To był jej czas, właśnie robiła karierę, dostała szansę na kolejny awans, pracowała po 12 godzin na dobę, chciała być najlepsza. Nie w głowie było jej niańczenie nieznośnego dzieciaka i dodatkowe kilogramy po ciąży. Od zawsze dostawała, to co chciała. Tym razem wypadło na Adama…

Nadarzyła się super okazja, wyjazd integracyjny. Cały wieczór kręciła się w pobliżu Adama. Pierwsza zaprosiła go do tańca, przy kolacji delikatnie dotknęła jego ręki, gdy siedzieli przy stole. Później szepnęła mu do ucha, że boi się spać sama w pokoju (zajmowała się organizacją, to zadbała o jednoosobowy pokój). Nie musiała długo czekać, bowiem Adam zjawił się w ekspresowym tempie. To była prawdziwie namiętna noc.

Nie uraczył jej bajeczką o nieudanym małżeństwie. Przeciwnie – powtarzał, że kocha swoją żonę, ale ona straciła już dla niego na świeżości. Po roku o dziwo, to on się zakochał. Chciał zostawić dla niej swoją ślubną. Beata odmówiła. Pasował jej taki układ, gorący seks, prezenty, wspólne wyjazd. 

Związek niezabarwiony codziennością. Nie interesowało jej, że wprost z jej łóżka wskakuje w pościel małżonki, ani to, że jest wzorowym ojcem.[block position="indent"]129875[/block]Aż do momentu gdy zaszła w ciążę. Tym razem to ona zapragnęła jego rozwodu. Nie podobało jej się ukrywanie ich związku. On odmówił. Został z żoną, znalazł inną kochankę na warunkach, które wpoiła mu Beata.
[photo]310235[/photo]
[b]HISTORIA II. Przyjaciółki…[/b]
Zosia, Leszka poznała jeszcze jako nastolatka na jednej z domówek. Od razu poczuła „to coś”. Starała się jak mogła zwrócić na siebie jego uwagę. Pech chciał, że Leszek wybrał jej przyjaciółkę Elę, która jakimś cudem przyciągała do siebie wszystkich mężczyzn. Zresztą, kto zauważyłby taką szarą myszkę jak Zośka. Posturą przypominała młodego chłopca, piersi miała płaskie jak deska, ledwo sięgała mu do brody. Lata mijały, Leszek ożenił się z Elą. Była ich świadkiem na ślubie, matką chrzestną ich córki. Żyła ich życiem. 

Minęło 20 lat, a ona nadal była samotna. Do momentu, gdy pewnego razu Leszek się upił i zadzwonił do niej z prośbą o przenocowanie. Bał się Eli, nie chciał, aby widziała go w takim stanie. Zgodziła się. W nocy wślizgnęła się do jego łóżka tylko po to, by się do niego przytulić. Przecież był pijany, nie mógłby zapamiętać takiego epizodu. Jego ręce były wszędzie tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden mężczyzna. W wieku 38 lat ciągle jeszcze była dziewicą. 

Dzień lub dwa zżerały ją wyrzuty sumienia. W końcu Ela była jej najlepszą przyjaciółką. Ukradkiem zaczęli się spotykać. Ich związek trwa już 25 lat, poświęciła mu wszystko. Zaprzepaściła swą jedyną szansę na bycie matką, bo Leszek nie życzył sobie dodatkowych komplikacji. Dla niego usunęła ciąże. Jest tą drugą. Czasem boi się, że Ela dowie się o wszystkim po latach. Czasem marzy o tym, aby wreszcie się dowiedziała. I zniknęła z życia Leszka raz na zawsze.
[photo]310237[/photo]
[b]HISTORIA III. Dla Ciebie wszystko…[/b]
Kasia za mąż wyszła w wieku 19 lat. W ciąży była gruba niczym dynia. Ojcem dziecka był chłopak, którego nawet nie lubiła. Drażnił ją na każdym kroku, był marnym, egoistycznym kochankiem, który po zobaczeniu filmu erotycznego wskakiwał na nią jak dzikus na kobietę z plemienia. Kilka pchnięć i po wszystkim. Głupia wpadka przechlapała jej życie na zawsze. Tkwiła w tym związku racząc się tasiemcami na szklanym ekranie, marząc o romantycznej miłości.

Ratunek pojawił się wraz z przybyciem kuzyna męża. Przystojny, 5 lat starszy. Zamieszkał u nich na kilka miesięcy, bo właśnie przyjechał ze wsi za pracą. Tam zostawił czekającą żonę i czworo małych dzieci. Pewnego razu, gdy stała pod prysznicem, Kasia zapomniała zamknąć drzwi do łazienki, Andrzej przypadkowo wszedł i został. Był namiętnym kochankiem, robił z nią takie rzeczy, na których myśl do dzisiaj pojawiają się jej wypieki na twarzy. Zakochała się bez pamięci.

Mogłaby dla niego zrobić wszystko. Wierzyła, że on myślał podobnie. Nauczyła się lepiej gotować, odkładała każdą złotówkę, by kupić mu modne spodnie czy bluzę. Kupowała papierosy, piwko na wieczór, by poprawić mu humor. On prawił jej liczne komplementy, snuł plany na przyszłość. Mówił, że jak tylko trochę stanie finansowo na nogach, zostaną razem. 

Pojadą za granicę, zostawią obecnych małżonków, będzie wysyłać dzieciakom alimenty. Aby przyspieszyć tok wydarzeń Kasia, podjęła pracę, po cichu oddając połowę dochodów Andrzejowi. Jego pobyt przedłużył się o kolejne kilka miesięcy, znalazł pracę za granicą, tylko potrzebował małą pożyczkę na wyjazd. To też wzięła na siebie. Czekała usychając z tęsknoty, do czasu gdy przypadkowo dowiedziała się, że Andrzej faktycznie porzucił żonę, tylko nie dla niej. Poznał Włoszkę, ożenił się wyjechał – dokładnie tak, jak planował.
 [photo]310239[/photo]
[b]HISTORIA IV. Teściowa Cię nauczy![/b]
Gabriela mając 45 lat, czerpała z życia wszystko co najlepsze. Nie mogła zrozumieć jak mogła urodzić tak nudną córkę, której jedyną rozrywką były głupie romansidła, spacery i oczywiście opieka nad dzieckiem. Zachowywała się tak, jakby tylko ona jedyna była matką. Roztyła się jak „mućka z pastwiska”, a cycki służyły jej tylko jako wymiona do karmienia młodej. Patrzyła na nią i nie dowierzała. 

Z pewnością podmienili ją w szpitalu… Słowo babcia nie mogło Gabrieli przejść przez gardło, kazała mówić sobie po imieniu i to każdemu, niezależnie od wieku. Posiadała różnych kochanków, gdyż jej mąż wyjeżdżał często w delegacje, a ona nie cierpiała pustego łóżka.
[photo]310241[/photo]
Od jakiegoś czasu zwracała uwagę na swojego zięcia. Taki młody, seksowny, bez mięśnia piwnego. Nadarzyła się okazja, córka podjęła prace. Wiedząc, że zięć jest sam w domu wieczorem złożyła mu wizytę z butelką wódki. Zrobiła kilka drinków. Pił i patrzył na nią łakomym wzrokiem, zresztą dekolt w sukience miała aż do pępka i celowo nie zabrała bielizny. Zięć okazał się idealnym kochankiem podatnym uczniem jej miłosnej sztuki. 

Spotykali się już jakiś czas, nie dręczyły ją wyrzuty sumienia bo przecież wszystko zostało w rodzinie. Pewnego razu córka wróciła wcześniej z pracy, pech chciał, że nakryła ich w łóżku. Obecnie nie rozmawia z córką, z wnuczką nie ma kontaktu, mąż się z nią rozwiódł, a zięć znalazł sobie nową kobietę.
[b]
HISTORIA V. „Jak Kuba Bogu”[/b]
Irena życie przeżyła w roli Pani Domu – piątka dzieci, z wymagającym mężem u boku. Poświeciła się w pełni; niestety mąż odwrotnie. Od znajomej dowiedziała się, że ma kochankę, znała ją, mieszkała w tej samej dzielnicy. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Podobnie jak ona, była gospodynią domową – miała męża i gromadkę dzieci. 

Spotykali się na ogródkach działkowym, gdzie złapała ich na gorącym uczynku. Przepraszał. Udała, że wybacza. Przy najbliższej okazji, odegrała się z nawiązką. Zdradziła męża z mężem kochanki. Trwało to jakiś czas, aż poszła po rozum do głowy, zostawiła kochanka, zacisnęła zęby i przeżyła z mężem kolejnych 25 lat. Dziś już tego nie żałuje – odwet za zranioną duszę, ot, tylko tyle. Wtedy czuła się jak tania wywłoka, dziś nie warto już do tego wracać.

Autorka: Anna Guzior Rutyna
Właścicielka: [url=https://www.facebook.com/zolyty/?fref=ts]Centrum Zapoznawczego Zolyty[/url]
Autorka bloga: [url=https://www.facebook.com/Randkiswatki-1681837978743894/?fref=ts]Randki Swatki[/url]
Redaktor magazynu [url=https://www.facebook.com/kobbieciarnia/?fref=ts]KoBBieciarnia[/url]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/94509598b0c13f2524fd6a0eeb3fa553,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/94509598b0c13f2524fd6a0eeb3fa553,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wygodne? Okrutne? Niektóre kobiety wolą być &quot;tą drugą&quot;, często jadnak &quot;do czasu&quot;.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129353,zielona-miska-w-krwi-kiedy-serce-plodu-przestaje-bic</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129353,zielona-miska-w-krwi-kiedy-serce-plodu-przestaje-bic</link><pubDate>Mon, 17 Oct 2016 12:11:06 +0200</pubDate><title>Zielona miska we krwi. Kiedy serce &quot;płodu&quot; przestaje bić...</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/71f152751f9e1c9187c8e44739e40e51,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Dwie kreski. Długo wyczekane, ale jak wyraźne. Nie było już żadnych wątpliwości. Ciąża. Potwierdzona przez lekarza. Pewna, na 100%.

To był piękny dzień. Do testu podchodziła raczej sceptycznie. Wszak tyle ich już w życiu robiła. Za każdym razem nic, poza rozczarowaniem. Tym razem jednak było inaczej. Wyraźne dwie krechy. Potem lekarz, zalecony odpoczynek, przerwa od pracy. Delikatne mdłości, wymioty, które minęły szybko. Dni mijały szybko. Do swojego maleństwa mówiła „moje Ty małe winogronko”. Przywiązywała się do niego coraz bardziej, czule do niego przemawiała. W głowie układała już plany, snuła wyobrażenia o czekającej ich przyszłości. Chwilę później, wspólnie z mężem wybierali imiona i myśleli nad urządzeniem dziecinnego pokoju.

[b]Los daje, los odbiera...[/b]

Poniedziałek. Delikatne plamienie. Szpital. Niepomyślna diagnoza. Nie stwierdzono bicia serca. Ciąża nie rozwijała się już od kilku tygodniu. Gravid Obsoleta. Łzy, potok łez. Nieprzespana noc, bo położyli ją razem z dwiema ciężarnymi, którym w nocy kilka razy robiono KTG. I to bicie serc ich małych dzieci... Dlaczego serce jej dziecka przestało bić?

[b]Poronienie indukowane[/b]

Jej spuchnięte oczy nie przekonały Boga do zmiany planów. Potwierdzona diagnoza zaprowadziła ją do pokoju zabiegowego. Tam podano tabletki mające wywołać poronienie. Godziny mijały wolno. Miała nadzieję, że ominą ją skurcze i cała reszta, że zrobią jej po prostu zabieg i wróci do domu. Niestety, tabletki zadziałały. Były skurcze, najpierw słabe, potem mocniejsze. Ostatnia godzina była najgorsza.

Leżała zwijając się z bólu i wykrwawiała się… Lekarz nie przychodził. Piętro wyżej odbierał porody. Do niej nie musiał się aż tak spieszyć. Przecież jej ciąża i tak już była stracona, a tam – na górze – rodziły się zdrowe dzieci.

[b]Nic nie boli tak jak życie.[/b]

Ból fizyczny starała się dzielnie znosić, nie poprosiła o tabletki przeciwbólowe, nawet nie przyszło jej na myśl, że mogłaby… Nikt też ich nie zaproponował. Najstraszniejsza była świadomość tego, że rodzi martwe dziecko. Dla Nich – lekarzy i położnych było tylko płodem, dla niej Jej Dzieckiem – całym światem. Ona dla Nich była kolejną, którą trzeba było wyczyścić.

Pod nos podsunięto pismo, z którym miała się zapoznać. Zgłosić martwe urodzenie do USC, czy nie? Zdecydować się na pochówek, czy nie? Niewiele czasu na zastanowienie się. Podjęła samolubną decyzję. Uznała, że nie da rady tłumaczyć, wyjaśniać, załatwiać tych wszystkich formalności około pogrzebowych. Doszła do wniosku, że nie chce chodzić na cmentarz, pielęgnować grobu. Czuła się słaba, zupełnie bez sił, by to wszystko znosić.
[photo]309973[/photo]
[b]Zielona miska[/b]

W pokoju zabiegowym było krwawo. Wszędzie jej krew. Najpierw było jej głupio, że ubrudziła podłogę, potem przestała o tym myśleć. Zanim podano jej znieczulenie kątem oka zobaczyła jeszcze zieloną miskę. Po zabiegu łyżeczkowania była wolna od bólu.

[b]Jak żyć?[/b]

W głowie tysiące myśli. Pytanie „dlaczego ja?” nie daje spokoju. Nie ma też znikąd odpowiedzi na nie. Tyle planów, tyle nadziei… Wszystko na nic. Tyle dzieci niechcianych, porzuconych dookoła. Ona na swoje czekała długo, było chciane, kochane i tak bardzo oczekiwane. Los zdecydował inaczej. Gdzie sprawiedliwość?

Dziś za późno, by pielęgnować mały grób. Decyzję podjęła wcześniej. Żałuje. Mówi, że to było samolubne, że myślała tylko o swoim bólu, własnym cierpieniu i że nie da sobie psychicznie z tym rady. Dziś w małym ogródku może pochować tylko test ciążowy. Nie ma już nic więcej…

tekst opublikowany w magazynie: [url=https://www.facebook.com/kobbieciarnia/?fref=ts]KoBBieciarnia.pl[/url]
autorka: Katarzyna Płóciennik-Niemczyk
redaktor magazynu: KoBBieciarnia.pl]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/71f152751f9e1c9187c8e44739e40e51,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/71f152751f9e1c9187c8e44739e40e51,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129151,moja-wizyta-w-krainie-kinder-niespodzianki</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129151,moja-wizyta-w-krainie-kinder-niespodzianki</link><pubDate>Thu, 29 Sep 2016 16:58:20 +0200</pubDate><title>Moja wizyta w Krainie Kinder Niespodzianki</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/f1abbc5511824d55074386f736b73fdd,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W moim zawodzie aktorki rzadko kiedy można coś zaplanować z dużym wyprzedzeniem. Często bywa tak, że czeka się na wymarzoną rolę, nie mając pojęcia kiedy propozycja się pojawi. Równie często jest jednak tak, że kilka ciekawych propozycji przychodzi naraz i wtedy trzeba stanąć na rzęsach, żeby wszystko ze sobą pogodzić. Ale cuda się zdarzają - wielokrotnie to mi się udaje. W moim najstarszym zawodzie świata (tak, wiem o czym myślicie, ale nie o to mi chodzi, mam na myśli zawód matki), tak więc, w moim zawodzie matki podstawowe matczyne zadania da się również pogodzić z funkcją aktorki.

Nie jest to łatwe, ale da się. Moje dzieci są bardzo wyrozumiałe, zresztą od urodzenia żyją z matką, która jest trochę szalona, trochę niepozbierana, ale zawsze znajdzie czas na ugotowanie obiadu, na przeczytanie książki, rozmowę, nie mówiąc o przytuleniu. Na to zawsze znajdzie się czas. Jeśli zaś chodzi o spędzanie wolnego czasu z dziećmi, bywa, że chciałoby się mieć go dużo, dużo więcej. Dlatego staram się, w miarę możliwości, kiedy muszę wykonać wiele fikołków, żeby pogodzić obowiązki zawodowe z miłym spędzeniem czasu wolnego dziećmi, bardzo skrupulatnie przeglądam opcje i możliwości, w jaki sposób mamy ten czas spędzić razem.

Niejednokrotnie bywałam ambasadorką wydarzeń, dotyczących różnych sposobów na rodzinne spędzanie wolnego czasu. Widziałam niejeden ciekawy event, niejedno ciekawe przedsięwzięcie, niejedną propozycję twórczego oraz konstruktywnego spędzania czasu z dziećmi i całą rodziną. Mam w tym wielkie doświadczenie. Ostatnio natomiast miałam ogromną przyjemność odwiedzić familijną imprezę pt. “Kraina Kinder Niespodzianki”. Kiedy dowiedziałam się, na czym ma polegać event, którego miałam być ambasadorką, bez wahania zdecydowałam się go wesprzeć. W tym celu udałam się do Zabrza, żeby zobaczyć pierwszą z czterech odsłon owej imprezy. [photo position="inside"]309467[/photo]Kraina Kinder Niespodzianki to cykl weekendowych spotkań, odbywających się w 4 miastach w Polsce. Ostatnia z nich ma miejsce w mieście, w którym mieszka moja rodzina - w Warszawie. I oczywiście wiem, że w moim rodzinnym mieście na pewno zabiorę dzieci na cały dzień tej twórczej, kreatywnej zabawy dla całej rodziny. Oprócz Strefy Zabaw, chciałabym zabrać je na główny punkt całego wydarzenia: musical „Fabryka Zabawek”. Niewiele jest w naszym kraju spektakli, w których dzieci występują przed dziećmi. Mali aktorzy pod opieką Pawła Podgórskiego - wybitnego artysty największych polskich scen musicalowych, przekazali nam swoją sceniczną radość i podzielili się z innymi dzieciakami i ich rodzicami. Spektakl wystawiany jest kilkukrotnie podczas całej imprezy. Z chęcią zobaczę ją w Warszawie, zabierając ze sobą całą rodzinę.[photo position="inside"]309469[/photo]Odwiedzając Krainę Kinder Niespodzianki trafimy do miejsca w którym wszystkie dzieci mogą wykorzystać całe połacie swojej wyobraźni. Moim ulubionym stoiskiem jest stoisko Małego Konstruktora, gdzie wzorem brytyjskiego performera i wynalazcy, Dominica Wilcoxa, dzieci i młodzież mogą zaprojektować swoje własne wynalazki! Wszystkie chwyty dozwolone! W takiej atmosferze dzieci uczą się budować coś z niczego, nie samodzielnie, lecz w grupie. Czyli nie tylko wyobraźnia i kreatywność są ćwiczone, ale również nauka współpracy.[photo position="inside"]309471[/photo]W Krainie Kinder Niespodzianki znajdziecie mnóstwo atrakcji: od strefy relaksu, baseny z piłkami, po wirtualne postaci, z którymi można na żywo porozmawiać. W Akademii Tańca ruszamy także swoje ciało i pod okiem choreografów wspólnie tańczymy do największych hitów i przebojów Kinder Niespodzianki.[photo position="inside"]309473[/photo]Także, Drodzy Rodzice! Zabierajcie swoje pociechy i korzystajcie ze wspólnej zabawy z Kinder Niespodzianką, bo warto!! Obiecuję, że nie będzie to stracony czas. A poza tym spędzajcie wolny czas ze swoimi dziećmi najkreatywniej, jak się da! Za czasów naszego dzieciństwa mieliśmy tylko trzepak – co wcale nie było takie złe, bo tam to dopiero trzeba było użyć wyobraźni, a tutaj możemy wszyscy razem skorzystać z dobrodziejstw dwudziestego pierwszego wieku w kolorze i technice dzisiejszych czasów. I do tego bardzo twórczo. Polecam, bawcie się dobrze![block position="inside"]129317[/block]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/f1abbc5511824d55074386f736b73fdd,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/f1abbc5511824d55074386f736b73fdd,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129165,spowiedz-korpomatki-nie-pracowalam-w-korporacji-ja-ja-stworzylam</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129165,spowiedz-korpomatki-nie-pracowalam-w-korporacji-ja-ja-stworzylam</link><pubDate>Thu, 29 Sep 2016 15:49:02 +0200</pubDate><title>Spowiedź korpomatki. &quot;Nie pracowałam w korporacji, ja ją stworzyłam&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/e36f7ac26f6d7dd3a11bf9ba841ea70a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Nie pracowałam w korporacji, ja ją stworzyłam. Po co mieć kata nad sobą, gdy można być samemu sobie katem? Moja korporacja początkowo była jednoosobowa. Potem się rozrosła. Dziwne, bo zasady korporacyjne dotyczyły tylko mnie, innym stworzyłam warunki idealne z fajrantem o 17:00.

Ja pracowałam po 20 godzin na dobę, często po 2, 3 doby ciurkiem, bez snu. Testowałam własną wytrzymałość i byłam z siebie dumna, gdy waliłam nosem o biurko nie po 3, a po 4 dobach. Mając 27 lat byłam dalej niż większość rówieśników i miałam więcej. Inni patrzyli na mnie z podziwem, rodzina była dumna, ja też. Przebiegałam po kolejnych związkach robiąc slalom pomiędzy projektami, spotkaniami i drukarniami. W końcu powiedziałam: basta! Czas na rodzinę, ale kto by chciał korporobota. Zwolniłam, zarandkowałam, pokochałam i wyszłam, a następnie zaszłam. Wszystko we właściwej kolejności, w rocznych odstępach.

[b]Narodziny
[/b]Szczęśliwy pech chciał, że był to kryzys milenijny i [url=http://mamadu.pl/t/391,praca]pracy[/url] było niewiele. Poprosiłam mojego nienarodzonego synka żeby urodził się w piątek, bo to by oznaczało, że w poniedziałek wyjdę ze szpitala i będę mogła wrócić do pracy. Oczywiście początkowo w domu, ale zawsze. Grzeczne dziecko posłuchało, chlusnęło wodą płodową w piątek, 31 sierpnia 2001 roku, o 5 rano. Pojechałam do mojej minikorporacji dokończyć zaproszenia, które właśnie miały iść do druku. Podśpiewując „Ach jak przyjemnie kołysać się wśród fal, gdy szumi, szumi woda i płynie sobie w dal…” – w tym miejscu następował skurcz, a ja zginałam się w pół. Przed 10-tą zaproszenia były skończone, a ja pojechałam na porodówkę. Synuś pojawił się na świecie o 14:30 tego samego dnia, przy pomocy skalpela niestety.

Cholerna żółtaczka nie pozwoliła nam wyjść w poniedziałek, ale już we wtorek w nocy robiłam projekty, bo miałam dzień zaległości. I tak się zaczęło. Karmiłam, lulałam i niańczyłam trzymając na lewym ramieniu, a prawą ręką wygrywając kolejne przetargi. Po paru miesiącach wróciłam do pracy. Nie pamiętam po ilu, bo to było 14 lat temu. W pracy spędzałam po kilkanaście godzin na dobę starając się być w domu przynajmniej przez 2, 3 godziny przed snem syna (na szczęście chodził spać bardzo późno). Nianie, kochane kobiety, wychowywały moje dziecko, a mnie serce pękało, gdy płakał jak wychodziły. 

Siadałam z nim do biureczka i stawiając kufel kawy obok zaczynałam lepić, wycinać i malować. Zdawało mi się, że na tym polega macierzyństwo, że wszystko świetnie zorganizowałam, że doskonale sobie radzę. Gdy chorował i miał kosmiczną gorączkę, instruowałam opiekunkę przez telefon jak zrobić chłodzącą kąpiel, choć znałam to tylko z opowieści, bo pierwszą taką zrobiłam osobiście gdy średni syn miał 2 lata.

[b]Przedszkole
[/b]Aleks chodził do prywatnego przedszkola, miał wszystkie zajęcia jakie chciał, opiekunki i sprzątaczki, więc w domu było czysto, obiad ugotowany, a on ładnie ubrany. Tylko…to nie ja robiłam. Ja nie umiałam nawet nosić mojego syna. Wtedy tłumaczyłam, że nie noszę, bo się rozbestwi i będę musiała tak cały czas. Slogany zasłyszane i przeczytane, gówno warte alibi dla matek do dupy. Bo dziecko trzeba nosić, trzeba tulić i trzeba z nim spać. Trzeba karmić piersią i trzeba głaskać i całować gdy jest chore. Wiecie dlaczego małe dzieci tak często chorują? 

Niektórzy z was może pamiętają film pt Bąble. Leciał po Teleranku jakieś 100 lat temu. Wraca Teleranek to i może Bąble wrócą. Sama byłam dzieckiem, gdy to oglądałam, a moja [url=http://mamadu.pl/t/435,matka]mama[/url] nie pracowała, ale zapamiętałam, nie wiedzieć czemu, jedną jedyną scenę z tego filmu. Była chyba zima. Jedno z bliźniaków (bo to były bliźniaki: chłopiec i dziewczynka) otworzyło na oścież okno i tak w rozgogolonej koszulinie stali oboje i marzli. Matka wpada przerażona i pyta: Co wy robicie?! A oni na to: chcemy być chorzy, bo ty wtedy nie pójdziesz do pracy…

Ale ja byłam przekonana, że zjadłam wszystkie macierzyńskie rozumy. Naczytałam się poradników, nasłuchałam koleżanek i odzwyczajałam dziecko od wspólnego spania pozostawiając samo w łóżeczku sukcesywnie coraz dłużej. Przychodziłam co parę minut (tyle co poradnik kazał), głaskałam „żeby poczuł, że matka jest blisko i nie musi jej wołać”, po czym wychodziłam słysząc jak on wkurwiony na maksa tym bezsensownym pogłaskaniem wchodzi na coraz wyższe tony. W końcu wywaliłam poradnik, wzięłam dziecko do cycka i poszliśmy spać. Amen.

[b]Korpomatka[/b]
Jaki gatunek ssaków gotuje swoim małym taki los?! Suka? Nie. Ona śpi ze swoimi szczeniakami, karmi na żądanie i liże kiedy trzeba. Kotka? Nie! Krowa?! Nie! Świnia?! Nie! No więc co nam ludziom do łba strzeliło, że postanowiliśmy hodować nasze dzieci w oddzielnym pokoju, samiutkie w pięknie upstrzonym łóżeczku. Małe ssaki innych gatunków nie dość, że mają zwykle więcej rodzeństwa, w które mogą się wtulać, to mają troskliwą matkę, która jest przy nich non stop. 

[b]A co robi korpomatka? 
[/b]Od urodzenia porzuca samotne w osobnym pojemniku z dala od jej ciepła, bicia serca i cyca! Kto to do diabła wymyślił?! Bo zgnieciesz! Bo masz prawo się wyspać! Bo co do licha?! Jesteśmy jakimś popieprzonym gatunkiem dewiantów, którzy boją się własnych dzieci! Nie noś, bo się przyzwyczai, nie karm, bo będzie żądał, nie śpij, bo będzie z tobą spał… 

Ale on spał z tobą przez 9 miesięcy! Niedługo będziemy mieć osobne beczki ciążowe. Zapłodnione jajo umieszczone w takim brzuchowniku będzie sobie spokojnie rosło, a mama w tym czasie, bez dodatkowego obciążenia z przodu, będzie mogła galopować ze spotkania na spotkanie, aż do chwili, gdy zegar wybije godzinę porodu, który odbierze specjalnie wykwalifikowana beczkopołożna, bo mama akurat będzie miała w tym czasie zebranie zarządu.

[b]Zgrzeszyłam[/b]
[u]Zgrzeszyłam myślą[/u], bo robiąc ludziki z kasztanów przy Twoim biureczku myślałam nie o tym jak Twoje małe paluszki ślicznie radzą sobie z wtykaniem zapałek w kasztany, a o tym jak powinno [url=http://mamadu.pl/123947,zaluje-ze-nie-zwolnilam-wybralam-korpo-bo-bylam-pewna-ze-jak-kocha-to-poczeka]przebiegać jutrzejsze spotkanie[/url], jak dokończyć projekt, gdzie wydrukować…

[u]Zgrzeszyłam mową[/u], bo obiecywałam, że przyjdę wcześniej i nie przychodziłam, przyrzekałam, że pójdziemy do Zoo i nie poszliśmy, mówiłam, że będę przy Tobie gdy byłeś chory i nie byłam…

[u]Zgrzeszyłam uczynkiem[/u], bo wszystkiego tego co Ci się należało jako maleńkiemu mojemu synkowi nie uczyniłam, albo czyniłam zbyt mało i z poczucia obowiązku, a nie z czystej zdrowej matczynej miłości.

[u]Zaniedbaniem[/u], bo czym innym jest pozostawienie Cię pod opieką obcych kobiet (nawet jeśli były najlepsze na świecie) w chorobie i w potrzebie, bo jako małe dziecko potrzebowałeś matki, nie opiekunki.

Na moją obronę mam dziesiątki artykułów i tony książek, które radzą i podpowiadają jak porzucić własne dziecko spędzając całe dnie w pracy i nie czuć z tego powodu wyrzutów sumienia. Mam jeszcze to, że wtedy zwyczajnie nie umiałam inaczej…

[b]Przepraszam
[/b]Za wszystkie te grzechy z całego mojego serca żałuje. Nie muszę Ci obiecywać poprawy, bo już się poprawiłam. Od 3 lat każdego dnia odkrywam jakim jesteś cudownym, wyjątkowym i niezwykłym młodym człowiekiem. Przepraszam, że kiedyś zrobiłam Ci pokój na pomarańczowo. Nie miałam pojęcia, że lubisz niebieski. Nie zauważyłam, bo niby kiedy?  Nie zabierałam Cię do sklepów, więc nie widziałam co Twoje małe rączki wybierają. Nie dałam sobie możliwości obserwowania Ciebie. Sama Ci wszystko wybierałam. Musiało być ładne, wygodne, dobrej jakości, a że było pomarańczowe zamiast niebieskie…

Boże, skąd miałam wiedzieć. Przepraszam za to, że wepchnęłam Cię do klasy sportowej. Nie przyszło mi do głowy, że fakt iż od czwartego miesiąca życia nosiłam Cię na basen, a od szóstego roku prowadzałam na Aikido nie oznacza, że jesteś sportowo uzdolniony. Ty nie znosiłeś konkurencji, gier drużynowych i wielu godzin wf-u. No ale skąd miałam wiedzieć, jeśli byłeś projekcją w mojej głowie stworzoną z moich wyobrażeń o Tobie i skrawków Ciebie, które udało mi się podpatrzyć między 22-gą, gdy wracałam do domu, a 24-tą gdy kładłam Cię spać.[photo position="inside"]307949[/photo][b]Dzisiaj[/b]
Dzisiaj jesteś chłopem o głowę wyższym ode mnie. Patrzę z uwielbieniem na Twoją burzę loków i zachwycam się Twoim wrażliwym sercem w twardej skorupie z młodzieńczej arogancji nastolatka. Jesteś pięknym człowiekiem. Trochę zagubionym, ale kto z nas w wieku 14 lat nie był. Ty szukasz. Ja też. Tu jesteśmy podobni. Ty szukasz siebie, a ja drogi, która będzie gdzieś blisko, ale nie stanie na Twojej.
[b]Mama[/b]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/e36f7ac26f6d7dd3a11bf9ba841ea70a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/e36f7ac26f6d7dd3a11bf9ba841ea70a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Moja korporacja początkowo była jednoosobowa. Potem się rozrosła.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129159,coreczko-twoje-cialo-jest-swiete</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129159,coreczko-twoje-cialo-jest-swiete</link><pubDate>Thu, 29 Sep 2016 15:45:05 +0200</pubDate><title>Córeczko, twoje ciało jest święte</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/4b9ee2a68a09f6e15592dd656006c938,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Agata Komorowska we wzruszającym wpisie-liście do swojej córki.

[b]Córeczko, Kochanie, przepraszam…[/b] 

Choć masz dopiero 4 lata przyszłaś do mnie z bardzo dorosłym problemem. Wiktor obściskuje Cię, próbuje całować, choć Ty nie masz na to ochoty. “Kochas Symona” i nie masz ochoty, by jakiś inny 5-cio latek Cię dotykał. Siedziałam przed domkiem na Helu, plotkowałam z koleżankami. Powiedziałam coś w rodzaju: [i]“aha, hmm, to mu powiedz, że nie chcesz…”.[/i]

Potem jechałam z Tobą samochodem, patrzyłam na Ciebie w lusterku i serce mi pękło. Właśnie zbagatelizowałam moment, w którym waży się cała Twoja przyszłość! Wyobraziłam sobie Ciebie, gdy masz lat nie 4 a 14 i hormony Twoich kolegów buzują, gdy masz lat 24, a Twoi koledzy wypili już kilka piw, gdy masz lat 34 i 44, a Twój partner chce od Ciebie czegoś, na co Ty nie masz ochoty, gdy jakiś podpity sąsiad, kolega, chłopak czy nieczuły mąż zaczyna Cię obmacywać wbrew Twojej woli… To teraz, dzisiaj waży się cała Twoja przyszłość i to, czy staniesz się ofiarą tych oprawców…

[b]– Ada, Twoje Ciało jest święte[/b] i nikt, zupełnie nikt nie ma prawa go dotykać jeśli Ty na to nie pozwolisz – zaczęłam. Patrzyłaś na mnie wielkimi, błękitnymi oczami, a Twoje kucyki bujały się, gdy kiwałaś główką. Powiedziałam Ci, że jeśli nie masz ochoty, by ktoś Cię dotykał, albo całował, to głośno mówisz: “nie dotykaj mnie, nie mam ochoty”, a jeśli on nie reaguje…walisz w nos z całej siły. Popatrzyłaś tymi błękitnymi oczami i zmartwiłaś się, że go to zaboli. Serce pękło mi po raz drugi…
– A Ciebie serduszko nie boli jak Cię taki Wiktor zmusza do całowania?
– Nooo…boli, bo ja kocham Symona.
– To co robisz jak ktoś Cię dotyka, a Ty tego nie chcesz?
– Mówię, krzyczę, wołam brata – zaczęła wyliczać Ada.
– A jak to nie pomaga?
– Walę piąchą w nos!

[b]Przy rozmowie był starszy brat 
[/b]Nastroszył się i najeżył. Wieczorem przyszedł Wiktor, wyjechał do Ady z uściskami.
– Nie dotykaj mnie! – wrzasnęła Ada.
Aleks wypiął pierś, łokcie odstawił od ciała na odległość arbuzów, zacisnął pięści. Jego koledzy ruszyli za nim…Wiktor spierniczał zakosami. Teraz krąży niczym mały sęp uczący się polować, ale Ada jest czujna…Ma 4 lata i już wie, że jej ciało jest święte, a każdy, kto tej świętości nie szanuje, może liczyć na fangę w nos od jej brata, od jego kolegów i od niej samej.

[b]Córeczko kochana, jestem z Ciebie dumna :-)
Synu, z Ciebie również :-)[/b][block position="indent"]127659[/block]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/4b9ee2a68a09f6e15592dd656006c938,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/4b9ee2a68a09f6e15592dd656006c938,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129123,praca-z-domu-komfort-czy-pulapka</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129123,praca-z-domu-komfort-czy-pulapka</link><pubDate>Tue, 27 Sep 2016 14:18:57 +0200</pubDate><title>Praca z domu – komfort czy pułapka?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/9de159a883f3efa0a25723528a80ef17,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wiele mam marzy o tym, aby móc pracować z domu, zdalnie, zaoszczędzić czas na dojazdach i w razie konieczności choroby być w domu z dziećmi. Czy to rzeczywiście takie cudowne rozwiązanie?

Znam firmy, które oferują swoim pracownikom formę telepracy np. MAN w Poznaniu. Wiele mam, z którymi rozmawiam wskazują takie rozwiązanie, jako najbardziej pożądane po urlopie rodzicielskim. Przecież praca, którą należy wykonać jest zrobiona. Na rynku mówi się coraz częściej o tendencji do odmiejscowienia pracy i skupienia się na efektach, a nie na obecności pracownika przez 8 h przy biurku.

[b]A jak to wygląda z perspektywy mamy?[/b] 

Z mojego doświadczenia pracy  domu przez blisko 3 lata i to zarówno w ramach swojej firmy, jak i i wykonując zlecenia dla byłego pracodawcy mogę wskazać wiele pozytywów, ale też sporo niebezpieczeństw, jakie kryją się za takim rozwiązaniem.

[b]Plusy są oczywiste:[/b]

•	Oszczędność czasu na dojazdach i związane z tym mniejsze nerwy oraz więcej czasu dla rodziny
•	Koncentracja na zadaniu do  wykonania i szybsze tempo pracy, czyli realnie większa moc przerobowa (nie traci się czasu na wszystkie biurowe rozmowy i rozpraszacze)
•	Możliwość zarządzania sobą w czasie i takie prowadzenie projektu, aby wykorzystać max swoją kreatywność i wiedzę (nie ma sytuacji, że w połowie pracy wpada szef i zwołuje spotkanie na inny temat wytrącając cię zupełnie z tego co robisz)
•	Załatwienie w tzw. międzyczasie małych spraw domowych, jak wstawienie obiadu, prania czy odbiór poleconego listu[block position="indent"]129265[/block][b]Ciekawa jest jednak list minusów, które w ogóle nie przychodzą do głowy, kiedy podejmuje się decyzję o pracy zdalnej:[/b]

•	Brak dostępu do informacji biurowych, tego co w trawie piszczy i w konsekwencji omijają cie okazje do włączenia się w ciekawe projekty czy pilnowanie awansu.  Praca zdalna to w praktyce bycie na peryferiach firmy i może na początku nie będzie ci to przeszkadzać to jednak warto zastanowić się jakie są twoje cele długofalowe
•	Rozpraszacze domowe, jak cudowna pogoda, która zachęca aby jednak zrobić to pranie teraz, a nie po południu 
•	Brak ruchu i zasiedzenie, także w wymiarze fizycznym, czyli w dłuższej perspektywie dodatkowe kilogramy
•	Tunelowe myślenie i wchodzenie w znane schematy, czyli ograniczenie inspiracji, jakie podsyła praca w zespole, kontakt z innymi w biurze
•	Brak  kontaktu z innymi ludźmi, pojawia się tęsknota za tym, aby „wyjść do ludzi”, pomalować się i ubrać coś fajnego, chyba że będziesz to robić tylko dla siebie 
•	Bycie w domu z chorymi [url=http://mamadu.pl/c/123,przedszkolak]dziećmi[/url] i jednocześnie wykonywanie pracy. To jest rzecz nie do pogodzenia i w praktyce generuje mnóstwo stresu oraz pracę w ogromnym zmęczeniu wieczorami (mam tutaj doświadczenie napisania długiego maila do firmy – mojego klienta myląc się wielokrotnie w nazwie firmy i wpisując tam nazwę jego konkurencji)
•	Nie docenienie twojej pracy i traktowanie jej przez innych, jako mniej wartościowej, dziwnej, „nieprawdziwej”. Awans czy podwyżka z tej pozycji jest bardzo trudna do wywalczenia. Najbliżsi będą zamawiać kurierów i innych specjalistów do domu, w czasie twojej pracy, ponieważ skoro jesteś w domu, to możesz ich przyjąć. Warto tutaj postawić wyraźnie granicę i walczyć o swój czas na pracę. 
•	Praca zdalna wymaga dużej samodyscypliny, zarządzania sobą w czasie i pilnowania priorytetów 

To wszystko to kwestie dość indywidualne, ale przytoczone przeze mnie przykłady pojawiają się najczęściej, kiedy rozmawiam z innymi mamami, które także pracują z domu. 

[b]Jak to można rozwiązać?[/b] 

Praca z domu może być okresem przejściowym np. w ramach wdrożenia do obowiązków po urlopie [url=http://mamadu.pl/c/111,rodzice]rodzicielskim[/url] lub może dotyczyć tylko kilku dni w tygodniu. Możesz utrzymać bezpośredni kontakt z firmą poprzez fizyczną obecność w biurze np. raz  w tygodniu. Warto zadbać także o udział w ważnych spotkaniach, briefingach. To samo dotyczy freelancerów, warto spotykać się z innymi np. na networkingach czy wynająć biurko do pracy nawet na jeden dzień w tygodniu.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/9de159a883f3efa0a25723528a80ef17,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/9de159a883f3efa0a25723528a80ef17,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129089,krolestwio</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129089,krolestwio</link><pubDate>Sat, 24 Sep 2016 09:18:42 +0200</pubDate><title>Królestwo</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/dd5252d63665f89240e77c7382c7515d,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Za oknem mamy las. Domów nie za wiele. Cisza i spokój. Obserwujemy jak zmieniają się pory roku, obserwujemy ptaki. Późną jesienią wystawiamy karmnik. Wczesną wiosną szykujemy budki lęgowe dla ptaków. W przydomowym ogródku rosną warzywa, a w młodym sadzie jabłonie zaczynają nieśmiało dzielić się z nami swoimi owocami, choć dzielą się też z innymi mieszkańcami naszej okolicy. Siedem lat temu uciekliśmy z miasta i zaszyliśmy się w miejscu, gdzie noc jest czarna, gdzie widać gwiazdy, gdzie czuć zapach roślin, gdzie jesteśmy szczęśliwi. Tu urodziły się nasze dzieci. Nie znają innej rzeczywistości. Miasto jest dla nich czymś chwilowym.

Staramy się żyć w zgodzie z otaczającym nas światem. Szanujemy go i jego mieszkańców. Nawet tych najmniejszych. Uczymy się magii świata zwierząt i świata przyrody. Podglądamy ją zachwytem i zazdrością.

Mierzymy się z problemami i dziecięcymi pytaniami. Dlaczego Jaś w przedszkolu depcze mrówki i ślimaki, dlaczego Pani zabiła pająka, dlaczego ludzie polują, dlaczego wyrzucają śmieci w lesie, dlaczego…

Mierzymy się i budujemy fundamenty. Nasze fundamenty, bo wierzymy, że to my jesteśmy tutaj gośćmi, a nie  właścicielami.

Gdy kilka dni temu wyszliśmy z kina, Kasia była smutna. Obejrzeliśmy razem Królestwo. Ja też byłam smutna. Po raz kolejny zobaczyłam jak na naszych oczach ginie świat, ginie w imię ratowania tegoż świata. W imię tego, że musimy zapanować nad wszystkim co nas otacza, bo tylko wtedy będzie bezpiecznie i dobrze.
Kasia była smutna z innego powodu. Nie dlatego, że zobaczyła jak wilki polują na dzika, nie dlatego, że ryś upolował łanię. Była smutna, ponieważ ludzie zaczęli zabijać wilki. Ponieważ niedźwiedź musiał uciekać przed ludźmi. Była smutna, bo pojawili się ludzie.

Obejrzeliśmy Królestwo i zakiełkowała nadzieja. Może jak inni też zobaczą, może jak też poczują, jak też zachwycą się tym pięknem, magią i niezwykłością, to coś w ludziach pęknie i zaczną widzieć. Zaczną widzieć i zobaczą wyjątkowość  otaczającego nas świata. Zachwycą się i z pokorą pochylą głowę przed tym co było tu przed nami i mam nadzieję, będzie tu po nas.

Wierzę, że będzie dobrze. Wierzę, że dopóki powstają takie filmy jak Królestwo,  to jest nadzieja, że kolejna osoba zakocha się bez pamięci w świecie szumiących liści, w świecie, gdzie człowiek powinien być jedynie obserwatorem, gościem szanującym prawa gospodarzy. Mimo planów zwiększenia praw myśliwych, mimo  że zapewne nasze spacery po lesie już niebawem będą kończyły się mandatem. Mimo że pewni ludzie już nie mogą się doczekać  legalizacji polowań na wilki, które przecież mogłyby niechcący przywrócić równowagę w przyrodzie, a do tego nie można dopuścić.

Wierzę, że będzie dobrze, że opamiętamy się w porę.

www.naszawataha.com]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/dd5252d63665f89240e77c7382c7515d,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/dd5252d63665f89240e77c7382c7515d,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/129087,karmienie-w-miejscach-publicznych-mamy-bluzy</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/129087,karmienie-w-miejscach-publicznych-mamy-bluzy</link><pubDate>Fri, 23 Sep 2016 22:06:06 +0200</pubDate><title>Karmienie w miejscach publicznych? Mamy bluzy!</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/78f43004661729c03c2b546ffb74b31b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Można być mamą, a przy tym wyglądać modnie, czuć się wygodnie i… móc swobodnie nakarmić swoje dziecko w każdym miejscu. To wszystko gwarantują bluzy do karmienia od MaBiBi. Wykonane ze świetnych gatunkowo bawełnianych dresówek, w wersji cienkiej lub grubej. Ta druga wiosną i jesienią spokojnie zastąpi kurtkę, gdyż posiada od spodu „misia”, ale zachowuje przy tym właściwości oddychające i jest tak samo elastyczna jak tradycyjny dres. To bardzo ważne, gdyż często bluzę kupują kobiety będące jeszcze w ciąży i muszą pomieścić w nich swoje brzuszki. Bluzy mogą być także różnej długości – od takich do pasa, przez tradycyjną długość – do bioder, do wersji tunikowej – do połowy uda.

[photo]309337[/photo] Bluzy posiadają wszyty pod skosem zamek, który po 1. świetnie wygląda, wraz z asymetryczną kieszenią tworzą nietuzinkową całość. Kieszeń może okazać się bardzo przydatna np. na zużyte wkładki laktacyjne. Po 2. właściwie ważniejsze ;) gwarantuje swobodny dostęp do obu dystrybutorów pokarmu :P Największym atutem bluzy jest komino-kaptur, dzięki któremu nawet po rozpięciu zamka nie negliżujemy całego dekoltu. Osobie postronnej będzie się zapewne wydawało, że po prostu tulimy dziecko. 
Z jednej strony jest to ważne dla kobiet, które wstydzą się karmić publiucznie, z drugiej jest niezwykle praktycznie w chłodniejsze dni, kiedy maleństwu zachce się cycusia w plenerze. Oczywiście komino-kaptur ma też funkcję ozdobną – w momencie kiedy tworzy wokół szyi kolorowy kołnierz, a w razie potrzeby ochronną… Bo można go założyć jak normalny kaptur 
i chroni wtedy naszą głowę przed zimnem czy wiatrem ;) [photo]309335[/photo]
Bluza idealnie sprawdzi się u mam, które chustują swoje maluszki lub noszą w nosidełkach. Bez potrzeby rozbierania się, naciągania dekoltów i wyciągania małego kangurka, swobodnie możemy poczęstować go piersią, 
a mamie nie będzie zimno w szyję. [photo]309339[/photo]
Kolor bluzy oraz kaptura każda klientka dobiera indywidualnie. Także rozmiar dobierany jest do sylwetki, czyli np. szczupła Pani o wzroście 180 cm może wziąć długość XL, szerokość S, a rękawy M, itd. [photo]309341[/photo][photo]309343[/photo][photo]309345[/photo][photo]309347[/photo][photo]309349[/photo][photo]309351[/photo][photo]309353[/photo][photo]309355[/photo]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/78f43004661729c03c2b546ffb74b31b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/78f43004661729c03c2b546ffb74b31b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/128981,terapia-partnerska-o-tym-po-co-nam-relacje</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/128981,terapia-partnerska-o-tym-po-co-nam-relacje</link><pubDate>Sun, 18 Sep 2016 17:38:16 +0200</pubDate><title>Terapia partnerska: o tym, po co nam relacje?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/241cc994b473fc7ac3ea176abd067bc8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />To słowo tak powszechne, że trudno mi zacząć od definicji. Czy jest potrzebne zagłębianie się w etymologię „relacji”?

Relacja w matematyce, relacje w informatyce, relacje naocznego świadka, relacja partnerska czy wreszcie relacja terapeutyczna. Domyślam się, że większość mogłaby wymienienia tak jeszcze długo. Najogólniej rzecz ujmując chodzi nam o stosunek pomięty podmiotami. Skoro „pomiędzy” to pewnie nie jest ono jednostronne (chociaż niejednokrotnie słyszałem o takim właśnie związku od moich pacjentów). Wróćmy do początku… „Jeśli ciało A działa na ciało B (…) to ciało B działa na ciało A siłą o takiej samej wartości i kierunku, lecz o przeciwnym zwrocie.” - Kojarzona pewnie ze szkoły III zasada dynamiki Newtona mówi mniej więcej o tym, że oddziaływania ciał są zawsze wzajemne. Możemy więc wnioskować, że nie da się być z kimś w relacji – jednocześnie nie czuć wpływu tej osoby i samemu nie wpływać na nią. To niesamowite, dynamiczne i wyjątkowe połączenie sprawia, że pozostajemy ze sobą we wzajemnej interakcji. To dzięki temu potrafimy rozmawiać, wzbudzać emocje, próbować interpretować gesty - nie zawsze właściwie (!) – nie mamy nadprzyrodzonych mocy, ale PRÓBUJEMY! Chodzi o to, że coś się dzieje. Ciągły ruch cząsteczek, myśli i konsekwencji behawioralnych. 

Zanim przejdę do dalszej części tekstu, mam prośbę. Obiecuje, że nie zajmę Ci to dużo czasu, a może  pozwoli lepiej zrozumieć mój punkt widzenia. Pomyśl proszę o dowolnej relacji ze swojego życia. Przypomnij sobie osobę z którą ją tworzyłeś/tworzyłaś. Jakie uczucia towarzyszyły tej znajomości? Co wspólnie robiliście? Czy nadal jesteście w kontakcie?... Zostaw na chwile czytanie i skup się na swoich myślach…

Pewnie pojawiły się w Twojej głowie obrazy, wspomnienia, być może zapachy albo dźwięki. (Ja do większości sytuacji mam pasującą piosenkę ). Etap pierwszy ćwiczenia mamy już za sobą. Otóż relacje zostawiają w nas pewnego rodzaju ślad. Jest to dowód na wspomniane wcześniej oddziaływanie interpersonalne. W zależności od jego nasilenia – ten ślad może wiązać się z emocjami, które przecież nie biorą się znikąd. 

Etap drugi ćwiczenia to zrozumienie zasadności tego przydługiego wstępu. Skoro mam mówić o terapii to koniecznie jest dostrzeżenie zależności, które pojawiają się nieustannie pomiędzy partnerami. Jeżeli coś dzieje się jednej osobie, druga na pewno to odczuje  – w taki czy inny sposób. W konsekwencji może zareagować – krzyknąć, zmartwić się, „strzelić focha”, przytulić… Wracając do pierwszej osoby  - ona z kolei może zinterpretować np. to przytulenie jako wyraz troski i odwzajemnić uczucie. Pojawia się nam zamknięty krąg wzajemnego oddziaływania. Dostrzegamy zachowania partnera/partnerki, reagujemy na nie, co z kolei wzbudza podobny mechanizm u niej lub u niego. Reasumując, nasze zachowanie mają wpływ na najbliższych i na odwrót. 

[b]Skoro mamy tę wiedzę, po co nam pomoc terapeuty?[/b]

Posiadanie znajomości mechanizmu wcale nie gwarantuje sprawnego posługiwania się nim. Często nawet samo wyciąganie wniosków jest trudne. Dzieje się tak dla te, że pomiędzy myślą np. „on mnie nie słucha” a zachowaniem „trzaśnięcie mocno drzwiami” pojawiają się emocje. W tym przypadku pewnie jakaś złość, być może smutek. W stanie silnych emocji problematyczne staje się kontrolowanie tego, co się z nami dzieje. Często idziemy jak burza za impulsem. W takiej sytuacji partner nie jest odpowiednią oobą, by zwrócić nam na to uwagę. Po pierwsze sam może mieć w sobie wtedy silne emocje. Po drugie wyobraźcie sobie, że słyszycie od swojego męża: „Kochanie, według mnie za bardzo się przed chwilą uniosłaś. Taki sposób wyrażania złości jest nieadekwatny. Zastanówmy się wspólnie, czemu aż tak się zdenerwowałaś”… 

[b]Czego nowego mogę dowiedzieć się na sesji o mojej partnerce?[/b] 

Część osób wie, kiedy partner się smuci. Na terapii interesuje nas, czemu smuci się właśnie w takiej sytuacji, jak to działa na innych członków rodziny oraz co można zrobić by tych niechcianych emocji było mniej. Wspólnie więc łatwiej zastanowić się czemu doszło do zdrady i co z tym fantem zrobić? Co takiego dzieje się pomiędzy partnerami, co nie pozwala czerpać im radości z seksu? Czemu codziennie są w domu awantury? Co dzieje się w relacji po narodzinach dziecka? Co zrobić, kiedy przestajemy być dla siebie bliscy? Czemu nagle zaczęły mi przeszkadza te porozrzucane skarpety?

[b]Po co mieszać trzecią osobę w nasze sprawy?[/b]

Terapeucie jest łatwiej – popatrzeć z boku, wypowiedzieć się, wskazać mechanizmy czy nawet nieadaptacyjne schematy działania partnerów. Bez względu na to jaki rodzaj relacji tworzycie. Czy jesteście małżeństwem z trójką dzieci, czy nieformalnym związkiem otwartym seksualnie  – podlegacie podobnym mechanizmom oddziaływania w parze. Terapia jest elementem rozwoju, zatrzymania się chwilę i popatrzenia na tę drugą osobę z innej perspektywy – może takiej zapomnianej, zagubionej w pędzie codzienności. Terapia to czas tylko dla Was, który możecie wykorzystać do wyjaśnienia wątpliwości czy otworzenia się na siebie. 

[b]Dla kogo jest terapia partnerska?[/b]

Jak nazwa wskazuje – dla osób pozostających z związku miłosnym. Jak wspomniałem wyżej, nie jest ważny stan formalny relacji, długość jej trwania, płeć ani orientacja seksualna partnerów. Ważna jest chęć przyjrzenia się i zrozumienia wzajemnego oddziaływania na siebie. Kolejny warunek to obopólne zaangażowanie – obie osoby muszę widzieć problem i podjąć decyzje o partnerskiej próbie rozwiązania go. W psychoterapii poznawczo-behawioralnej pary nacisk kładzie się na aktualne problemy i próbę eliminacji źródeł stresu. Spotkania takie nie muszą być więc ostateczną próbą ratowania związku, kiedy już wszystkie „domowe” sposoby zawiodły. 

Terapia to przede wszystkim możliwość uzyskania odpowiedzi na tytułowe pytanie „Po co mi relacja i dlaczego jestem właśnie z Tobą”.

[i]Michał Sawicki
Psycholog-seksuolog, psychoterapeuta[/i]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/241cc994b473fc7ac3ea176abd067bc8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/241cc994b473fc7ac3ea176abd067bc8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Michał Sawicki - Gabinet seksuologii i psychoterapii. Warszawa.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/128953,7-rzeczy-ktorych-nauczylam-sie-od-mojej-zmarlej-mamy</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/128953,7-rzeczy-ktorych-nauczylam-sie-od-mojej-zmarlej-mamy</link><pubDate>Tue, 13 Sep 2016 14:03:48 +0200</pubDate><title>7 rzeczy, których nauczyłam się od mojej zmarłej Mamy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/55ec7f341a64cb1960d9b42d1d56a954,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Czas pędzi nieubłaganie. Od czterech lat nie ma już mojej mamy. Kilka dni temu wypadła kolejna rocznica jej śmieci. Co prawda w tym okresie nie mam żadnych depresyjnych chwil, załamania czy też spadku nastroju – po prostu robię sobie podsumowanie tego, co ominęło Ją w ostatnim czasie.

Dziś tradycyjnie nie będzie już żadnych smutnych rozważań. Chcę jedynie podzielić się z Wami, pozytywnymi wspomnieniami, związanymi z moją mamą w roli głównej. Głęboko wierzę w to, że każdy z nas, tworzy w głowie tym podobny, osobisty ranking wspomnień, który w trudnych momentach pozwala przetrwać nam wszystko, co najgorsze.

Czego nauczyłam się od Mamy? Przede wszystkim tego, aby kochać życie i przyjmować je takim, jakie jest – niedoskonałe w swej doskonałości. Być tu i teraz, nie odkładać marzeń na jutro. Lubić siebie, dbać o rodzinę. Całe moje pozytywne nastawianie do świata, wewnętrzna siła, którą w sobie noszę, to prawdziwy spadek po mamie. Jestem dowodem na to, że nie tylko geny, ale i konkretne cechy charakteru mogą być dziedziczne.

Poniżej prezentuje więc dzisiaj mój osobisty, subiektywny ranking 7 rzeczy, których nauczyłam się od własnej matki. Dziś, jako matka, jeszcze mocniej je doceniam.

[b]1. Bądź sobą[/b]
To może wydać się banalne, ale przypomnij sobie, ile razy próbowałaś zadowolić innych kosztem samej siebie? Milion, a może dwa miliony? No właśnie! A dlaczego, po co, z jakiego powodu? Różne są rozterki. Niektórzy chcą komuś imponować, pragną coś uzyskać lub po prostu, zostać akceptowanym. Moja mama wbijała mi do głowy od małego, że nie warto naginać siebie – swoich zasad i światopoglądu, dla innych ludzi. Dziś, jako dorosła kobieta stwierdzam, że to jedna z najważniejszych rzeczy, które dotrzymałam od swojej matki. To dzięki niej, zyskałam na trwałe prawdziwą wiarę w siebie i siłę która pozwala mi wierzyć, że mimo różnić, jestem wartościowa, „jakaś” i że dla mnie także znajdzie się miejsce na tym łez padole.

[b]2. Jesteś piękna[/b]
Jako nastolatka nie znosiłam maminych komentarzy w stylu: „Ania, ty jesteś gruba? A widziałaś tą babę?!”. Albo: „Małe piersi, mały problem”. Wartościowanie ujemne, czyli pocieszanie zakompleksionej małolaty, poprzez wskazywanie, że inni mają gorzej to bardzo „polski” zabieg. Dziś wiem, że mama chciała dobrze. Tak naprawdę nigdy nie bagatelizowała moich urodowo-osobistych rozsterek; zawsze starała się przekonać mnie do tego, że jestem najzwyczajniej w świecie: ładna. Niby szczegół, pierdoła jakich mało, a jednak. Każda kobieta wie, że w pewnym wieku, to kwestie szalenie istotne. Czasem metody mamy bywały nieco bardziej wyszukane. Znalazło się wśród nich na przykład niby to rozsądne argumentowanie – wymiana w punktach tego, co jest we mnie piękne (to, co kiepskie zostało przemilczane). Zdarzało się czasem usłyszeć od mamy: przecież są brzydsze, a jednak szczęśliwe...  Innymi razy, smutki – najzwyczajniej w świecie zajadałyśmy kremówką.

[b]3. Nigdy się nie poddawaj![/b]
Zaryczana, zasmarkana nastolata, która przez kilka pierwszych lat treningów judo, wtapiała wszystkie możliwe zawody. Tak, to o mnie. To ja byłam wówczas tą beznadziejną, kupą nieszczęścia. Nieważne było czy przeciwniczka była wyższa, niższa, lżejsza, cięższa, starsza, młodsza – wszystkie łomotały mną na macie po równo. Ile ja się w życiu napadałam i naprzegrywałam w zawodach. Nigdy nie usłyszałam jednak od swojej mamy: zostaw to; po co ci to; może poszukasz czegoś innego? Nigdy, rozumiecie? Zawsze powtarzała to samo: następnym razem się uda. I wiecie co? Po latach faktycznie się udało. I zaczęło być standardem, że wygrywam. I… że ona miała rację.
[photo]308921[/photo]
[b]4. Dobro wraca…[/b]
To chyba główne motto mojej Mamy. Jak mantrę powtarzała: „dobro wraca”, „karma wraca”. I chyba musi coś w tym być, bo mimo wszystkich przeciwności losu; skopanego, roztłuczonego tyłka, nadal w to wierzę. Z uporem maniaka daję od siebie tyle, ile jestem w stanie dać. Nie kalkuluję, nie oczekuję zadośćuczynienia. Jestem. Warto starać się być najlepszą wersją siebie, dla siebie. Wtedy wszystko inne, jakoś samo się układa.

[b]5. Dbaj o znajomych[/b]
Często zastanawiałam się nad tym, jak niefortunnie potoczyły się losy mojej matki. Oczytana, kreatywna, towarzyska kobieta, utknęła w morzu [url=http://mamadu.pl/c/111,rodzice]rodzinnych[/url] problemów i trosk. Mimo całego syfu, w którym tkwiła od lat (długi, alkoholizm męża, problemy dzieci) zawsze powtarzała mi, abym nie zaniedbywała kontaktów z innymi ludźmi. To, że dla niej rodzina była najważniejsza rozumiało się wówczas samo przez się; nacisk na to, żebym to ja nie popełniła błędu i nie została kiedyś sama, był jednak szczególnie zauważalny. Po prawie dwóch latach macierzyństwa stwierdzam, że zostanie rodzicem w sposób naturalny weryfikuje znajomości. Nie chodzi tu o to, że tylko dzieciaci zrozumieją dzieciatych, a „mężate-mężatki”. Gdyby tak było, świat byłby okropnie nudny. Okazuje się jednak, że pewne życiowe, naturalne zmiany potrafią przygnieść niektórych ‚przyjaciół”. Tym ostatnim, serdecznie dziękujemy. Robimy miejsce dla innych, normalnych ludzi.

[b]6. Korzystaj z życia[/b]
Jedz, pij, tańcz, baw się i zwiedzaj świat. Moja mama była pierwsza do tego, aby zachęcać mnie i popychać do odkrywania wszystkich możliwych uroków życia. Nie wiem jak tego dokonała, ale mimo że nie miałam ostrych wytycznych, ani wyraźnych wskazań co do tego, czego mi nie wolno – udało mi się przejść przez okres buntu niemal całkowicie bezboleśnie. Narkotyki nigdy mnie nie interesowały. Alkohol pojawił się dość późno, dopiero po maturze. Seks? Jeszcze później… Gdy pierwszy raz wróciłam do domu w stanie „nieważkości”, nie dostałam od mamy żadnej drętwej reprymendy. Był za to ciepły barszczyk i krokiety z kapustą kiszoną na kaca. Nie skrytykowała nawet tego, że weszłam do domu i rozebrałam się w przedpokoju jak Bruce Wszechmogący, a w ułamku sekundy spadły ze mnie wszystkie ubrania, włącznie z bielizną. Pominęła także litościwym milczeniem fakt, że przytulałam przez pół nocy muszlę klozetową. Żadne z zachowań nie zostało przez nią wyśmiane czy skrytykowane. Zamiast krytykować – mama trzymała mi włosy i robiła zimne okłady. Tak, taka właśnie była.

[b]7. Czytaj, cokolwiek, ale czytaj[/b]
Miłość do książek to również jej zasługa. Zwykła mawiać do nas w domu: czytajcie cokolwiek, komiksy, romanse, ale czytajcie. Była totalnym molem książkowym i dzięki temu, i ja jestem dziś książkoholiczką. Zawdzięczam jej poznanie całej klasyki literatury pięknej. Dzięki mamie nauczyłam się, że najpierw czyta się książkę, a dopiero później ogląda ekranizację. Do dziś pamiętam, jak na zadanie domowe dla złamanego serca nastolatki, zadała mi lekturę: „Wichrowe wzgórza”. Mama pozwoliła mi także odchorować moją nieszczęśliwą „miłość” w domu, leżąc w łóżku i czytając romansidła. Wolne od szkoły postawiło mnie na nogi, a losy Heathcliffa do dziś pozostały moimi ulubionymi. Jedynymi na czas przeziębienia lub innego choróbska.
[photo]308923[/photo]
[b]Tęsknie…[/b]
Chyba każda matka dla swojego dziecka, a szczególnie córki pragnie prawdziwej, odwzajemnionej miłości. Najbardziej na świecie żałuję, że nie dotrwała momentu kiedy założyliśmy z P. rodzinę. Czasem mam jeszcze nieodpartą chęć zadzwonić do niej i zaprosić ją do nas na obiad. Tak po prostu. Chciałabym, żeby mogła zobaczyć, jak fajnie się urządziliśmy, jak radzimy sobie i po prostu się kochamy. Bez lukru, cukru i innych pierdoletów. Chciałabym, żeby zobaczyła, że mimo wszystko się udało. Że mam rodzinę, o której ona zawsze marzyła. Że urodziłam [url=http://mamadu.pl/c/123,przedszkolak]córkę[/url], której ona zawsze pragnęła. Że Ona, miałaby wnuczkę (a nawet dwie), których, jak całej reszty, nie doczekała. I że mam męża, który pomaga, nie pije, nie bije, dba o mnie i jest wspaniałym ojcem. Tego najmocniej mi brakuje. Tego, że nie mogę dzielić się z nią moim szczęściem.

[b]Ulotne chwile…[/b]
Czasem miewam sny, w których zapominam, że nie żyje. Dzwonię do niej, rozmawiamy jakby nigdy nic. Mama wpada na weekend w odwiedziny. Nie robimy nic szczególnego, ale obiecuje zrobić jej naleśniki ze szpinakiem i fetą (nie wiem dlaczego akurat takie, ale twierdzi, że robię najlepsze na świecie). Pół dnia oglądamy głupie seriale o wampirach, bawimy się z Zuzią. Wieczorem otwieramy butelkę wina lub dwie i gadamy tak sobie w spokoju. O tym co dobre. Nie wspominamy o kiepskich rzeczach. Podjadamy wszystkie niezdrowe przekąski: różne rodzaje sera, winogrona, dużo winogron i obowiązkowo bagietki z czosnkiem. Następnego dnia, nie mamy sprecyzowanych planów. Ot, po prostu idziemy na spacer, włóczymy się razem po osiedlowych szmateksach, jemy coś na mieście, a później odprowadzam ją na pociąg.

O takim dniu, góra dwóch marzę nieustannie. Już cztery lata, mamo.

Anna Chomiak, autorka: [url=http://nieidealnaanna.com/]Nieidealnaanna[/url]
Redaktor Magazynu [url=https://www.facebook.com/kobbieciarnia/?ref=aymt_homepage_panel]KoBBieciarnia.pl[/url]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/55ec7f341a64cb1960d9b42d1d56a954,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/55ec7f341a64cb1960d9b42d1d56a954,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/128951,dobre-firmy-nawet-na-porodowce</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/128951,dobre-firmy-nawet-na-porodowce</link><pubDate>Tue, 13 Sep 2016 13:50:06 +0200</pubDate><title>Dobre firmy nawet na porodówce</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/23819aa4dc39865756560565654c2c48,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wszystko zależy od tego na co zwraca się w życiu uwagę. Ja mam oczy i uszy szeroko otwarte na firmy, w których dobrze pracuje się rodzicom i spotykam je niemal na każdym kroku, nawet na porodówce.

W sierpniu przebywałam kilka dni w szpitalu ze względu na narodziny mojej córki. Każda mama wie, że poznaje się wówczas wiele innych kobiet i ich historie, nie tylko te porodowe. W ten sposób wysłuchałam historii o dobrym pracodawcy i nawet byłam świadkiem jego rzeczywistego zaangażowania. 

Jedna z mam opowiedziała mi o tym, że kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży było to dla niej ogromne zaskoczenie, ponieważ lekarze dawali jej minimalne szanse na to, że będzie mieć dzieci. Od roku pracowała w agencji reklamowej na umowę zlecenie odnawianą co miesiąc. Agencja reklamowa to jest miejsce, w którym najczęściej zamiast mnożyć etaty mnoży się obowiązki przypadające na jednego pracownika, jest bardzo szybkie tempo pracy i walka o klienta. Spodziewała się, że mimo dobrej relacji z firmą będą musieli się pożegnać. Od razu powiedziała managerowi o ciąży, ponieważ od początku pojawiły się też problemy zdrowotne.
 
[b]Jak zachował się manager?[/b]

Manager pogratulował i zaproponował przejście na umowę o pracę na czas nieokreślony. Powiedział, że jest bardzo zadowolony z jej dotychczasowej pracy i chce, aby w tym szczególnym czasie czuła się bezpiecznie pod względem zawodowym. Podpisują umowę o pracę, ona może iść na zwolnienie lekarskie i macierzyński, a potem czekają na jej powrót, aby dalej współpracować. 

Mało tego. Kiedy po raz kolejny znalazła się w szpitalu w czasie ciąży, właśnie w tym czasie się poznałyśmy, jej manager odwiedził ja w szpitalu i odebrał od niej zwolnienie lekarskie, ponieważ w zaistniałej sytuacji było jej trudno je dostarczyć. Mieszka w okolicy szpitala, więc wracając  z biura po prostu sam je od niej odebrał. 

[b]Czy to powinien być standard?[/b]

Piszę to, ponieważ tak często opowiadamy sobie negatywne historie, a zapominamy o tych wszystkich dobrych firmach i dobrych managerach. A właśnie w ten sposób buduje się dobre standardy – pokazując i mówiąc o tym co dobre, skuteczne i godne naśladowania.

 Badania nad pracującymi rodzicami pokazują, że na ich ocenę firmy najbardziej wpływa bezpośrednia relacja z managerem. Są więc i jest ich więcej niż nam się wydaje także tacy managerowie, jak ten opisany powyżej. Jestem pewna, że jego postawa zaowocuje szczerą, dobrą relacją pomiędzy firmą a poznaną przeze mnie mamą. A przecież każdej firmie potrzebny jest  lojalny, zaangażowany pracownik, na którego można liczyć w długiej perspektywie czasu.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/23819aa4dc39865756560565654c2c48,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/23819aa4dc39865756560565654c2c48,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/128845,mamy-brzuszek-o-tym-jak-czasy-wyretuszowanego-macierzynstwa-odeszly-w-zapomnienie</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/128845,mamy-brzuszek-o-tym-jak-czasy-wyretuszowanego-macierzynstwa-odeszly-w-zapomnienie</link><pubDate>Mon, 05 Sep 2016 13:03:54 +0200</pubDate><title>&quot;Mamy Brzuszek&quot;. O tym, jak czasy wyretuszowanego macierzyństwa odeszły w zapomnienie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/b681fae0362fb5f0a421bcf0547e1cf3,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Miałam farta. Przez całą ciążę przytyłam 15kg. Sam Julek ważył 4, do tego doszedł jeszcze ciężar wód płodowych i opuchlizny, która wystąpiła przed samym porodem. Wychodząc ze szpitala miałam 9 kg „nadbagażu”.

Po 3 tygodniach od porodu, po ciążowych kilogramach nie było już jednak śladu. Rozstępów brak, nadwagi brak. Jak przekupiłam los, aby oszczędził mnie w ten sposób? Cóż, tak wyszło. Po prostu, samo „się zrobiło”…

– „Na co ona może narzekać”?!” – pyta zapewne w głowie większość matek, których ciała stały po ciążą trójwymiarową mapą macierzyństwa. Fakt, nad figurą nie miałam prawa płakać – przynajmniej w teorii.
[photo]308577[/photo]
A jednak. Pierwsze tygodnie wspominam jak czarny scenariusz. Płacz, brak wiary w siebie. Rozczarowanie? Zmierzenie się z macierzyństwem to nie tylko kwestia akceptacji ciała po porodzie. Polubienia na nowo siebie samej, rozstępów, czy obwisłej skóry. Macierzyństwo to przede wszystkim uznanie, że nasze potrzeby schodzą na drugi plan. Że oto nikt już nie będzie pytał nas z uporem maniaka, o to jak się czujemy i co byśmy zjadły – jak to w ciąży bywało. Już nikt nie rozczula się nad nami i nie wyręcza nas w tym, co robimy. Od tej pory to my jesteśmy na zawołanie innych,  a raczej tego jednego lub jedynej.
[photo]308581[/photo]
Osobiście, to właśnie z tymi urokami macierzyństwa, miałam największy problem. Z obliczem macierzyństwa, o którym nie piszą w gazetach; którego nie pokazują w reklamach. Młode macierzyństwo to nie sielanka, choć usilnie wmawia się kobietom, że tak właśnie jest, albo przynajmniej „być powinno”.  Narodziny dziecka to totalna rewolucja. Nie tylko w naszym ciele, ale przede wszystkim w naszej duszy.
[photo]308579[/photo]
Niestety, o słabościach nie mówi się głośno. Dlaczego? Bo nie przystoi, a niedoskonałość słabo się sprzedaje. Wszystko to sprawia, że społeczna presja na sukces „młodej matki idealnej” przytłacza nas bez reszty. Bądź fit, bądź Wege, bądź Eko! A nie mogłabym po prostu zostać sobą?!
[photo]308583[/photo]
[photo]308575[/photo]
Ostatnio trafiłam jednak na pierwszą w mojej „mamotece” akcję inną od wszystkich… MAMY brzuszek. Macierzyństwo bez retuszu. Ruch społeczny, stanowiący przyzwolenie na  niedoskonałości ciała i duszy polskich matek, chwilowe kryzysy i dłuższe „chwile słabości”, do których mają święte prawo. Zdarzyło się wreszcie, że ktoś przyznał je otwarcie i bezczelnie, zrywając z mitem o tym, że macierzyństwo to tylko jasna strona medalu.

Czy przyniesie wymierny rezultat? Tego nie wiadomo. Ważne, że ktoś, gdzieś - ośmielił się powiedzieć, że macierzyństwo to nie tylko miód. To ślady walki z własnym ciałem, setki nieprzespanych nocy, chwile, w których bijesz się z myślami czy na pewno było warto. I kolejne, w których obserwując uśmiech swojego dziecka, kajasz się przed sobą samą za to, co przed chwilą ośmieliłaś się pomyśleć.
 
[b]Autorka: Zuzanna Piórkowska
bloger w: [url=https://www.facebook.com/houstonmamydziecko/?fref=ts]Houston Mamy Dziecka[/url]
Zdjęcia: Karolina Bator dla Akcji [url=www.mamybrzuszek.com]MAMY Brzuszek. Macierzyństwo bez retuszu[/url][/b]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/b681fae0362fb5f0a421bcf0547e1cf3,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/b681fae0362fb5f0a421bcf0547e1cf3,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">zdj. Karoliny Bator wyk. w ramach II. sesji Akcji:
www.mamybrzuszek.com</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/128815,kraina-mlekiem-i-bolem-plynaca</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/128815,kraina-mlekiem-i-bolem-plynaca</link><pubDate>Thu, 01 Sep 2016 12:13:47 +0200</pubDate><title>Kraina mlekiem i bólem płynąca</title><description><![CDATA[Ciąża i macierzyństwo to dla kobiety wyjątkowy czas. Zarówno pełen miłości i piękna, jak i bólu czy strachu. Niemalże całą ciążę jesteśmy petardowane informacjami na temat bólu porodowego i przygotowujemy się na najgorsze, chociaż najgorsze dopiero może nadejść…

[photo]308473[/photo]
Każda z nas słyszała mniej lub bardziej przerażające historie porodowe, jednak koszmar dla wielu z nas zaczyna się dopiero po nim, kiedy na świat przychodzi maleństwo, hormony buzują i zaczynamy karmić. O negatywnych stronach karmienia nikt praktycznie nie mówi. Slyszy się tylko o samych plusach jakie wypływają z naturalnego karmienia i pięknie takiego procesu. 

Problem zaczyna się już w pierwszych dobach w szpitalu, gdzie niemalże każdy lekarz i położna ma swoją teorię na temat tego jak przystawiać, czy dokarmiać mlekiem modyfikowanym i co zrobić, aby laktacja rozbujała się na dobre. Kiedy przejdziemy przez pierwszy stres i mleko zaczyna płynąć przychodzi ból, który ciężko jest wytrzymać. O ile u dziecka odruch ssania jest naturalny, to nasze piersi nie są na to przygotowane. Zaciskamy jednak zęby i dzielnie karmimy na przekór wszystkim przeciwnościom losu. Nie straszne nam krwawiące brodawki, obolałe piersi czy zapalenia. 

Pierwszy miesiąc zlewa się w jedną plamę, od karmienia do karmienia mijają całe dni. Kiedy my karmimy maleństwo, nasz żołądek przywiera do kręgosłupa i nie sposób pomyśleć o niczym innym niż... jedzenie. Tak więc my karmimy dziecko, a mąż karmi nas. Dopiero wtedy zaczyna się rozumieć, czemu na szkole rodzenia tak często powtarzali, że po wyjściu ze szpitala lodówka musi być pełna, a w spiżarni powinny znajdować się zapasy wody. 

Kiedy dla innych czas biegnie normalnie, dla nas - mam - czas się zatrzymuje na kamieniu i kanapie. Logistyka wyjścia do sklepu przeraża, a jazda samochodem w pojedynkę z dzieckiem już zupełnie. Przychodzi jednak dzień, że wszystko wraca do “normy”. Brzuch się obkurcza, my każdego dnia piękniejemy, a wyjście do sklepu czy na spacer przestaje wydawać się nieosiągalnym celem. 

W końcu wychodzimy do restauracji/ na spacer do parku/ do znajomych, żeby świętować normalność i powrócić do życia sprzed porodu. Tu pojawia się kolejny problem - gdzie i jak karmić? Coraz więcej pojawia się miejsc, w których można w spokoju nakarmić i przebrać dziecko. Jednak nie zawsze jest to obowiązujący standard. 
[photo]308469[/photo]
To absurdalne, że w świecie, gdzie na codzień bombardują nas erotyką na każdym kroku potrafi nas zniesmaczyć kawałek kobiecej piersi, której zresztą na ulicach w innym kontekście nie brakuje. Tak po ponad 40 tygodniach trudu, zmagań, huśtawki hormonalnej, nieskończonej ilości badań, stresów zakończonych niebywałym bólem porodowym i kolejnych tygodniach dochodzenia do siebie przychodzi nam się zmagać ze smutną rzeczywistością - brakiem tolerancji w społeczeństwie, w którym jedyną z ważniejszych wartości jest rodzina. 
[photo]308471[/photo]
Dla mnie karmienie jest chwilą, w której czas się zatrzymuje i jesteśmy tylko we dwie. To czas budowania więzi między mną a Mią, która wymaga opieki, ale też ogromnej dawki ciepła i miłości. Dlatego, my mamy, tak bardzo walczymy z własnym bólem, ale też brakiem tolerancji w społeczeństwie.   

“Niech się wstydzi ten kto widzi” i naprawdę nie patrz, kiedy karmię jeśli ma Cię to zniesmaczyć. Moje dziecko jest głodne, więc je karmie - w restauracji, na ławce w parku lub w galerii handlowej. Kobiety, piersi w górę - karmcie wszędzie!]]></description></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/128811,zaatakowany-przez-karmiaca-piers</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/128811,zaatakowany-przez-karmiaca-piers</link><pubDate>Wed, 31 Aug 2016 18:29:01 +0200</pubDate><title>Zaatakowany przez karmiącą pierś</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/667fe60ad897fc3535740fd5418104a9,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />A teraz uwaga, bo będzie o karmiących piersiach w miejscach publicznych, czyli temacie, który budzi takie kontrowersje, że w skrajnych przypadkach może wywoływać zamieszki uliczne lub wojnę domową.

Uśmiechałem się z przekąsem pod nosem, kiedy śledziłem ostatnie doniesienia medialne, które niemal lawinowo zostały wywołane przez sławetną już sprawę kelnera wypraszającego karmiącą matkę z jednej z sopockich restauracji. Jak dobrze, że mnie te problemy z nagłym karmieniem już nie dotyczą – odetchnąłem z ulgą. Synek już podrósł i teraz ma już zupełnie inne smakołyki w swoim menu. Niestety, nie wiedziałem w jak dużym byłem błędzie. Ale po kolei… 

Wpadamy na szybkie zakupy do Parku Handlowego ze znanym marketem meblowym. Lecimy jedną z tych wybrukowanych alejek między sklepami i nagle mój synek zauważa jeden z tych sławetnych samochodzików co jak się wrzuci do niego miedziaka to on piszczy, burczy i skacze. Dla nas to obowiązkowy punkt każdych zakupów, więc zatrzymujemy się przy tym cudzie techniki już niemal automatycznie. Synek od razu wskakuje za kierownicę i „rusza” z kopyta podśpiewując sobie wesoło „Wheels on the bus”. Piosenka najwidoczniej jest zaraźliwa (trochę jak „Ona tańczy dla mnie”), bo moja żona od razu przyłącza się do niego i nawet się nie obejrzałem, a oni śpiewają już razem. Zastanawiałem się nawet przez chwilę, żeby wystawić przed samochodzik czapeczkę z napisem „Mamy jedynaka, zbieramy na 500+”, ale ostatecznie rezygnuję z tego pomysłu, bo teraz to nigdy nie wiadomo co kogo rozeźli. Lepszy będzie napis „jak wrzucisz 5 zł, to przestaniemy śpiewać”.  Nagle dobrą zabawę przerywa nam siedząca na znajdującej się obok ławce kobieta. 

- Czy możecie być ciszej!? Karmię właśnie córeczkę i ona się stresuje jak jest za głośno – gani nas srogo i odwraca się w naszą stronę prezentując z dumą wysuniętą pierś i przyczepionego do niej bobaska. 
Zamieramy bez ruchu jak skarceni uczniowie, którzy zostali właśnie postawieni do pionu przez „Panią nauczycielkę”. Odwracam się teatralnie do tyłu, aby sprawdzić, że za mną nikogo nie ma i kobieta na pewno zwróciła się z tą uwagą do nas.  Synek patrzy co chwilę na mnie i na moją żonę, bo nie wie czy może dalej śpiewać, czy nie. Samochód oczywiście „jedzie w miejscu” dalej. Widać, że nie jedno już widział i słyszał, więc taką reprymendę ma w głębokim poważaniu. 

A kobieta cały czas gapi się na nas z odsłoniętą piersią, jakby czekała na przeprosiny. Już miałem przerwać tę niezręczną ciszę, kiedy dotarło do mnie, że to na pewno jest jakiś żart. Ktoś pewnie nagrywa tę całą sytuację z ukrycia i próbuje nas wkręcić, żeby mieć potem ciekawy materiał na swój kanał na YouTube. W takim razie muszę przyznać, że aktorkę znaleźli świetną. Gra swoją rolę z niezwykłą powagą i ostrym grymasem wkurzenia na twarzy. Szacunek. Czekam zatem jeszcze kilkanaście sekund w oczekiwaniu aż ta krępująca sytuacją się skończy i w końcu wyskoczy ktoś z kamerą i okrzykiem „ukryta kamera”, „mamy was” czy coś podobnego. Niestety, nic takiego się nie dzieje. A ja dopiero teraz zauważam, że obok kobiety siedzi dziewczynka – tak na oko ma z dziewięć lat , która patrzy się nas z taką samą pretensją na twarzy, więc to musi być jej córka. A obok ławki stoi dosyć potężny mężczyzna. Wygląda trochę jak miś, który został właśnie wybudzony z zimowego snu i bardzo mu się to nie podoba. 

- Proszę Pani – zaczynam grzecznie, żeby załagodzić sytuację – jeżeli chce Pani tutaj karmić swoje dziecko to proszę bardzo, my nie mamy z tym żadnego problemu. Ale nie może Pani oczekiwać, że wszyscy będą teraz chodzić na palcach wokół Pani, żeby nie stresować córki. Zresztą, przecież tu gra dosyć głośna muzyka, która zagłusza zabawę mojego syna. 


Tata Miś mruknął dwa razy i zrobił krok do tyłu. Na początku myślałem, że bierze rozpęd w wiadomym celu, ale już za chwilę miałem się przekonać, że cofnął się, żeby nie dostać rykoszetem... Kobieta niemal w tej samej sekundzie jak stawiałem kropkę w moim zdaniu, podskoczyła nagle do góry, jakby ktoś ją ukuł pinezką i podleciała do mnie z prędkością bajkowego strusia Pędziwiatra. W kwestii wywalonej na wierzch wiszącej piersi nic się nie zmieniło, a mały bobasek był cały czas do niej przyssany. Otrzymałem solidny i bardzo głośny – można nawet spokojnie pokusić się o stwierdzenie „wrzeszczący” – wykład na temat tego, że jestem facetem, więc w kwestii karmienia piersią nie powinienem się nawet odzywać, bo nie wiem co czuje karmiąca matka, która musi nakarmić swoje dziecko. I gdzie ona ma to robić!? Pewnie chciałbym, żeby zamknęła się w nagrzanym samochodzie albo jeszcze lepiej – w toalecie. A w ogóle, to najlepiej, żeby cały czas siedziała w domu, bo innych gorszą karmiące piersi. I ona będzie tu karmiła, bo ma na to ochotę i nie obchodzą ją takie bubki jak ja. A jak mi się coś nie podoba, to ona zaraz zawoła ochronę i kierownika tego sklepu, żeby zgłosić, że ja napastuję karmiącą matkę. Powinienem się wstydzić swojego zachowania, bo przecież sam jestem ojcem i jak mogę jej tak bezczelnie zwracać uwagę.

Kobieta poruszyła w swojej głośnej wypowiedzi jeszcze sporo innych ciekawych wątków, ale mi umknęły, bo w pewnym momencie zacząłem obawiać się o swoje bezpieczeństwo. Na szczęście ręce miała zajęte trzymaniem dziecka, więc czułem się w miarę bezpiecznie. Z tej niezręcznej opresji uratował mnie…mój synek. Krzyki i podskoki kobiety uznał za przyzwolenie do wznowienia swojego śpiewu – bo skoro ta Pani może, to przecież on też. Kobieta zamilkła jak tylko usłyszała wysokie dźwięki śpiewu syna. Zrobiła się na twarzy tak czerwona ze złości jakby zaraz miała eksplodować. Schowała ostentacyjnie pierś do stanika. Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę Taty Misia i naburmuszonej córki. – Idziemy – warknęła tylko do nich kiedy ich mijała. A oni potulnie podreptali za nią…

P.S.  Gwoli jasności. Autor nie ma nic przeciwko kobietom karmiącym piersią w miejscach publicznych. Uważa, że mają do tego pełne prawo i nie ma w tym nic gorszącego. Autor uważa jednak, że wobec ostatnich awantur medialnych dotyczących właśnie karmienia piersią w miejscach publicznych może okazać się, że każdy kij mi dwa końce. A matki zachowują się czasami jak kibic piłkarski ostentacyjnie obnoszący się z emblematami swojej drużyny w innym mieście – prowokują, żeby wszcząć awanturę i wyładować swoją frustrację.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/667fe60ad897fc3535740fd5418104a9,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/667fe60ad897fc3535740fd5418104a9,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Publiczne karmienie piersią nie jest niczym, czego należałoby się wstydzić. Jednak i w tej kwestii obowiązują pewne  normy zachowania.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/128751,oto-ja-cholerna-szczesciara-o-dniu-czarnej-d-i-innych-kobiecych-demonach</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/128751,oto-ja-cholerna-szczesciara-o-dniu-czarnej-d-i-innych-kobiecych-demonach</link><pubDate>Fri, 26 Aug 2016 09:47:07 +0200</pubDate><title>&quot;Oto ja-cholerna Szczęściara&quot;. O Dniu Czarnej D... i innych, kobiecych demonach</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/ae294e317471029e0389e4850dd1d949,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Czy miewacie czasem tak, że wydaje wam się, że po prostu wszystko jest do bani? Ale tak dosłownie: "wszystko".

Począwszy od waszego porannego odbicia w lustrze, poprzez zawartość lodówki, szafy, waszej pracy, partnera, kota, a nawet dziecka - jeśli takowe posiadacie? Na pewno każdy miał chociaż raz w życiu taki dzień, określany przeze mnie Dniem Czarnej Dupy. Czarnej jak moja rozpacz, dupy bo nic nie wychodzi, nic się nie podoba, a widmo depresji lub wyskoczenia z okna przez zamknięte szyby czai się tuż za rogiem...

[b]"Złudzenie"[/b]

No dobra, trochę smętnie zaczęłam, możliwe że ktoś po wstępnie nie ma ochoty czytać dalej tego, co chciałabym przekazać. Miewam jednak czasem takie demony. Upiory, które dręczą mnie i dopadają w najmniej spodziewanym momencie, szepcząc bezczelnie do ucha: jesteś beznadziejna; po co ci to; nie dasz rady; i tak nic z tego nie będzie; naprawdę, nie dasz rady. Znacie to? Ten uciążliwy, namolny głos w naszej głowie, którego nie można zagłuszyć żadnym słowem, nie można wyzbyć się tych uporczywych myśli, nawet jeśli zajmiemy się najbardziej absorbującą rzeczą świata... Nawet alkohol wtedy nie znieczula. Ten głos jest, i jest tak aż do obłędu.

[b]"Trup w szafie, a nawet cała kostnica"[/b]

Każdy ma jakieś słabości i w chwilach przepracowania, permanentnego zmęczenia czy niedoborów słońca i witaminy D przeżywa tym podobne rozterki. W takich chwilach najczęściej widzimy w sobie same wady, nie dostrzegamy wcześniejszych sukcesów. Nie wierzymy we własne siły, nie chcemy od nikogo wsparcia. Na każde dobre słowo reagujemy: ironią, prychnięciem, krzykiem, płaczem lub ucieczką.

Masz tak czasem? Spokojnie, ja też. Nie oznacza to że jesteś psychiczny i zamkną cię w Tworkach lub w podlaskim ich odpowiedniku czyt. Choroszczy (eh, ten mój lokalny patriotyzm). Naprawdę, wszystko z tobą jest w porządku, po prostu masz gorszy dzień.

[b]"Zamiast motywacyjnego bełkotu..."[/b]

Nie, nie napiszę wam teraz recepty na sukces, przepisu na szczęśliwe życie, nie zdradzę też sekretu jak schudnąć w minutę, jak wygrać milion, albo jak polubić siebie. Nie poklepię cię po ramieniu i nie zaleję stekiem bzdur w stylu: będzie dobrze, dasz radę, jeśli tylko chcesz, bla bla i takie tam. Tego tutaj nie znajdziesz, więc jeśli znudził cię przydługi wstęp, nie ma sprawy, wiesz gdzie trzeba kliknąć krzyżyk...

[b]Trzeźwość umysłu[/b]

Jeśli jednak czujesz się zaintrygowana - wiedz, że powiem dziś coś ważnego. Jestem cholerną, absolutnie wyjątkową i niepowtarzalną Szczęściarą. Słyszysz?! Szczęściarą przez duże, sorry ogromniaste (tak duże, że czcionka w Wordzie się kończy) "SZ"! Dziś, gdy moje osobiste demony, odeszły na chwilę z mojej głowy (wiesz, zrobiły sobie przerwę na kawę lub papieroska), dostałam objawiania.

Mam coś, czego zazdroszczą mi inni. Posiadam to, o czym marzą tłumy. Spełniło się moje jedyne, najprawdziwsze, dziecinne marzenie, to, które wymawiają wszystkie księżniczki Disneya do blasku księżyca: "kocham i jestem kochana".
[photo]308225[/photo]
[b]
Witamina M.[/b]

Miłość. Zakochanie, zauroczenie, pożądanie, a może fascynacja? Miałam objawienie, które spadło na moją blond czuprynę, niczym piorun, albo już tak bardziej przyziemnie, niczym gołębia kupa na spacerze z dzieckiem. Skąd takie porównanie? No bo idziesz sobie spokojnie z wózkiem, a tu trach kupa z gołębiego zadka, prosto na twoją głowę. Zaskoczona? Ja byłam bardzo. Ale dobrze, wracam do mojego szczęścia. Naprawdę, dziś uświadomiłam sobie, że to co mam to naprawdę wiele, a właściwie wszystko.

Zakochałam się od pierwszego wejrzenia, z wzajemnością, do szaleństwa, obłędu, tak że kończy się skala. Spotkałam faceta z moich snów, no dobra z moich ulubionych filmów - Tarantino. Nie, nie jestem dziewczyną gangstera, tylko prawdziwego mężczyzny. Wiem, że otwieram się tu przed Wami jak otwarte wrota, ale rozsadza mnie od środka i po prostu muszę to wykrzyczeć! Nie muszę grac w lotto; wygrałam już swój los na loterii. Jest nim P.
[b]
Szczęście to kicz?[/b]

Być może zabrzmi to banalnie, nigdy nie byłam dobra w snuciu romantycznych wizji świata, ale tak - jestem absolutną Szczęściarą. Mam kogoś, kto mnie kocha i akceptuje, mimo naprawdę trudnego charakteru.

Jeśli po przebudzeniu wyglądasz jakby pralka automatyczna pochłonęła cię najpierw, a później wypluła, a twój ukochany wciąż widzi w tobie piękno, wiedz że jesteś Szczęściarą. Gdy mimo twojego nagminnego przekręcania słów i popełniania niezliczonych błędów interpunkcyjnych i stylistycznych nadal widzi w tobie błyskotliwą Margaret Thatcher - wiedz, że jesteś Wyjątkowa. Jeśli mimo nadwagi, rozstępów po ciąży i pękającej skory na dłoniach, pożąda cię i pragnie tak, jakbyś była Marylin Monroe, to naprawdę musi być miłość... Gdy do tego wszystkiego toleruje twoje fobie (gdy drzesz japę jak opętana bo idzie pająk, w zwykłym pieprzyku doszukujesz się czerniaka, zgagę posądzasz o raka jelit) - wiedz, że on naprawdę cię kocha.

Jeśli znosi twoje dziwactwa (zaczepianie obcych zwierząt, zagadywanie do nieznajomych, angażowanie się w akcje charytatywne dziwnych maści, magazynowanie hurtowych ilości butów, ubrań, torebek i biżuterii) to wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że on przepadł i kocha cię na maksa. W końcu jeśli mimo ciągłego zmęczenia, braku czasu i pieniędzy, chce mieć z tobą kolejne dzieci i śmieje się z twoich sucharów, to możesz mieć już całkowitą pewność, że twoja platoniczna połówka jest z tobą tu i teraz... Do tego wszystkiego nie smęci, gdy co dwa dni zmieniasz swoje plany zawodowe, masz nowy pomysł na siebie, eksperymentujesz kulinarnie (zawsze twierdzi, że wszystko jest pyszne, nawet gdy przesolisz, nie dogotujesz lub spalisz na wiór schabowego). PMS znosi z przymrożeniem oka, twoje chandry leczy winem, a depresje czekoladą, wiedz, że wygrałaś wszystko i jesteś Szczęściarą - jak JA!
[photo]308227[/photo]
[b]Między nami[/b]

Zdaję sobie sprawę, że niewielu ludzi ma to SZCZĘŚCIE-kocha i jest kochanym równocześnie. Naprawdę, to absolutnie wyjątkowe, cudowne i pięknie, gdy przeżyjesz swoje życie u boku kogoś kto cię "chce" i bierze z dobrodziejstwem całego inwentarza. Mimo spięć, problemów, potyczek i najzwyklejszych, ludzkich potknięć, stara się, by wasze życie każdego dnia było coraz lepsze.

Gdy kochasz tak mocno, że jednodniowa rozłąka trwa dla ciebie rok. Gdy tęsknisz, bo jest aż 8 godzin w pracy... Gdy czekasz na wspólną kolację, buziak na dzień dobry i przytulenie na dobranoc. A wisienką na torcie jest wasz mały "owoc miłości", który każdego dnia, nawet w trakcie "Dni Czarnej Dupy" przypomina ci o tym, jakie to szczęście - kochać i być kochaną.

[b]Anna Chomiak, autorka bloga: [url=https://www.facebook.com/nieidealnaanna/?fref=ts]Nieidealnaanna[/url]
Redaktor Magazynu [url=http://www.kobbieciarnia.pl/]KoBBieciarnia.pl[/url][/b]]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/ae294e317471029e0389e4850dd1d949,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/ae294e317471029e0389e4850dd1d949,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
