<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[MamaDu.pl - Blogi]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii Blogi w MamaDu.pl]]></description>
		<link>https://blogi.mamadu.pl/c/319,blogi</link>
				<generator>blogi.mamadu.pl</generator>
		<atom:link href="https://blogi.mamadu.pl/rss/kategoria,319,blogi" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/118921,jak-nauczyc-dziecko-jazdy-na-rowerze-poznaj-skuteczny-sposob</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/118921,jak-nauczyc-dziecko-jazdy-na-rowerze-poznaj-skuteczny-sposob</link><pubDate>Mon, 25 May 2015 01:19:56 +0200</pubDate><title>Jak nauczyć dziecko jazdy na rowerze? Poznaj skuteczny sposób</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/252ed60b26f2e987b2bf359cd645bf25,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jazdę na rowerze trzeba rozpocząć w wieku przedszkolnym. Mówi się, że 3-latki mogą już jeździć na rowerkach. Jednak opanowanie tej sztuki nie jest takie proste jak się to często wydaje. Zastanówmy się jakie umiejętności dziecko musi opanować jeżdżąc na rowerze:

— opanowanie...

Jazdę na rowerze trzeba rozpocząć w wieku przedszkolnym. Mówi się, że 3-latki mogą już jeździć na rowerkach. Jednak opanowanie tej sztuki nie jest takie proste jak się to często wydaje. Zastanówmy się jakie umiejętności dziecko musi opanować jeżdżąc na rowerze:

— opanowanie ruchu - to właśnie dla ruchu - poczucia pędu dzieci chcą się nauczyć jeździć. Chcą szybciej się przemieszczać, chcą czuć, że mają swoje własne "samochody". Ruch w rowerku to koordynacja nóg w momencie startu oraz jazdy (czy to na rowerku bieganym czy zwykłym). Koordynacja dotyczy relacji między wszystkimi kończynami (ruchome nogi, stabilne ręce), ale również koordynacja wzrokowo-ruchowa. Umiejętność poruszania się na rowerze, podobnie jak na koniu, czy hulajnodze odbywa się poprzez praktykę.


— opanowanie równowagi, czyli nabycia pewności, że prędkość roweru zapewni stabilność i pewność jazdy. Tę "pewność" nabywa się nie poprzez mówienie do dziecka, ale tylko poprzez ćwiczenia i tworzenie atmosfery, że podczas zagrożenia (upadkiem) dorosły jest i będzie wspierał dziecko (tj: podmucha stłuczone kolano);

— umiejętność hamowania - hamowanie nogami często widać u dzieci, które zaczynają uczyć się jeździć. Hamowanie swoimi stopami to naturalny mechanizm obronny. Starsze modele rowerów oferowały hamowanie poprzez cofnięcie pedałów. We współczesnych modelach coraz częściej można spotkać hamulce "ręczne", zaciskane. Z punktu widzenia mechanizmu obronnego, żaden z niech nie pozwala wykorzystać naturalnych czynności organizmu. Są nimi wyciągnięcie rąk i nóg do przodu (ręce są już ułożone na kierownicy). Nie należy się zatem dziwić dzieciom, że nie korzystają z tych hamulców w sposób łatwy. 


Sprawność z ich stosowania nabywa się z czasem i powiązane jest to z poczuciem równowagi (i bezpieczeństwa).

— opanowanie umiejętności skrętu. To niezwykle trudna sztuka. Dorosłym często się wydaje, że wypowiedzenie słowa "skręć w lewo" wszystko wyjaśnia. Pomijając kwestie orientacji lewo-prawo to sama umiejętność dostosowania skrętu kierownicą do warunków jest rzeczą trudną, którą dzieci opanowują tylko poprzez ćwiczenie. Tu nie pomogą wyjaśnienia jak to zrobić, ale dopingowanie do podejmowania kolejnych prób.
	
		
											
					
				
				Fot. Pixabay/Hans / CC0 Public Domain
					

Sposoby nauki jazdyWszystko zaczyna się od obserwacji i chęci naśladownictwa.


Początkowo dzieci wożą swoje lalki w miniaturowych wózeczkach, popychają swoje rowerki trzykołowe czy ciągną małe samochodziki na sznurku.

Dobrze, jeśli dziecko będzie mogło korzystać z rowerków biegowych (niżej), przygotowują one bowiem do opanowania równowagi w jeździe na rowerze.

Rowerki 3 lub 4-kołowe nadają się do korzystania przez dzieci już w wieku 2-3 lat, przyczyniają się do opanowania sprawności pedałowania.

Rodzice sadzają dzieci na rowerki specjalnie dla nich dostosowanych (niżej).
Dzieci sadza się też na rowery dla dorosłych by mogły kręcić kierownicą (tj. starsze sadza się przed kierownicą samochodu).


Niekiedy oferuje się dzieciom inne pojazdy - czterokołowe (niżej), które jednak w żaden sposób nie pozwalają mu opanować umiejętności niezbędnych do jazdy na rowerze.
Więcej na temat etapów nauki jazdy na rowerze, roli opiekunów, podstawowych rodzajach rowerków znajdziecie na stronie: Dziecięca fizyka. 

Chcemy poznać Wasze sposoby nauki dzieci jazdy na rowerach w tym celu prosimy o wypełnienie ankiety – poniżej. Wyraź swoje zdanieŁadowanie...]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/252ed60b26f2e987b2bf359cd645bf25,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/252ed60b26f2e987b2bf359cd645bf25,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Fot. Flickr/[url=https://www.flickr.com/photos/whiteafrican/409072927/]Erik (HASH) Hersman[/url] / [url=http://bit.ly/mamadu]CC BY[/url]</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/115637,piekny-brzuch-po-porodzie</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/115637,piekny-brzuch-po-porodzie</link><pubDate>Thu, 04 Dec 2014 12:34:37 +0100</pubDate><title>Piękny brzuch po porodzie</title><description><![CDATA[<img src="https://m.mamadu.pl/3995af64ec1db0bb48733fd1a539f922,135,135,1,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;"/>Mięśnie brzucha, mocno rozciągane przez 9 miesięcy ciąży, dostają za swoje...  Dlatego ich powrót do formy też niestety musi trochę potrwać. Tym bardziej, jeśli to nie był pierwszy raz, a ciąża była duża. Nie powinnyśmy jednak  zostawiać ich w tym stanie, nie tylko ze względu na wygląd naszego  brzucha. Zbyt słabe mięśnie brzucha (szczególnie te głęboko położone) nie będą dawały odpowiedniej stabilizacji naszemu kręgosłupowi. A to prowadzi do bólu pleców oraz wadliwej postawy. Poza tym, bez odpowiednio silnych i wytrzymałych mięśni brzucha, trudniej nam wykonywać najprostsze codzienne czynności, chociażby wstanie z łóżka czy zajmowanie się naszym dzieckiem. Więc nie ma na co czekać, trzeba poprawić ich formę! Od czego zacząć, by zrobić to bezpiecznie i skutecznie?

Zacznijmy od testu na rozstęp mięśni prostych brzucha. O co chodzi? W ciąży, kiedy nasz brzuch rośnie, nie tylko skóra, ale też mięśnie muszą się bardzo rozciągnąć. Zatem grożą nam nie tylko rozstępy skórne, ale też rozstęp mięśni brzucha (tzw. distasis recti). Wg badań do czynników ryzyka należą: duży płód, duża ilość wód płodowych, ciąża mnoga, nadmierna praca mięśni brzucha w trzecim trymestrze, otyłość, zbyt intensywne parcie podczas porodu, kolejne ciąże. 
	
		
											
					
				
				fot. Wiktor Fidusiewicz
					


Jeśli chodzi o mięśnie brzucha, to mamy kilka ich rodzajów, o różnym przebiegu i funkcji. Dla ułatwienia dodam, że mięśnie proste brzucha to te, które u osób o małej ilości tkanki tłuszczowej, dają afekt „kaloryfera” na brzuchu ;) Mięśnie te przebiegają pionowo od klatki piersiowej do miednicy, połączone są tkanką, którą nazywamy kresą białą. Jest ona tworzona przez splecione ze sobą włókna rozścięgien mięśnia poprzecznego i mięśni skośnych brzucha obu stron. Ta kresa w ciąży, pod wpływem odkładania się w tym miejscu zwiększonej ilości barwnika – melaniny, ciemnieje i dlatego na naszym brzuchu pojawia się ciemny pasek. Poza tym ulega zwiotczeniu i poszerzeniu pod wpływem zwiększonego wydzielania hormonów, które przygotowując nasze ciało do porodu, zmiękczają tkankę łączną. Mięśnie, razem z naszym rosnącym brzuchem, wydłużają się i rozciągają do granic swoich możliwości, a jeśli dalej nie mogą, rozchodzą się na boki i oddalają od siebie. W ten sposób rozciąga się też tkanka, która jest pomiędzy nimi, czyli kresa. Rozejście mięśni może pojawić się głównie w drugim lub trzecim trymestrze ciąży, a może do niego dojść też w trakcie samego porodu. Po porodzie mięśnie mogą się częściowo do siebie zbliżyć, a pewne ustępowanie zmian następuje w pierwszym roku. Nieodpowiednimi ćwiczeniami możemy to jednak utrudnić, a prawidłowymi wspomóc.


Jeśli doszło u nas do rozstępu mięśni, po porodzie, kiedy brzuch jest już mniejszy, ta „dziura” na środku niestety zostaje i łatwo sprawdzić jej wielkość. Jak to zrobić? Test możesz wykonać sama lub poprosić kogoś o pomoc. Jeśli masz wątpliwości jak to zrobić, idź do specjalisty -przeszkolonego trenera czy fizjoterapeuty. Przejdźmy do wykonania. Musisz położyć się na plecach, zgiąć nogi w kolanach i stopy postawić na podłodze. Jedną rękę podłóż pod głowę, a drugą delikatnie na brzuchu powyżej pępka. Weź wdech i z wydechem unieś barki nad podłogę. Tak, jak byś ćwiczyła „brzuszki”. Powtórz kilka razy, żeby poczuć różnicę w napięciu mięśni . Zatrzymaj się z głową w górze i palcami wyczuj mięśnie brzucha zaczynając od mostka, przesuwaj rękę w stronę pępka. Do pomiaru wykorzystaj palce wskazujący i 3. Wyprostowane i połączone palce przeprowadzaj wzdłuż całej kresy białej, czyli w linii środkowej ciała od mostka do spojenia łonowego. 
	
		
											
					
				
				fot. Kasia Witek
					

W tym miejscu, gdzie oba połączone palce (w poprzek) można wsunąć pomiędzy mięśnie (wpadają jakby do wnętrza brzucha) występuje rozejście mięśni prostych brzucha. Test na rozejście jest wówczas pozytywny. Należy ocenić całość kresy białej – rozejście najczęściej i najszersze jest zwykle na wysokości pępka. Do dwóch palców, czyli na ok. 1-2,5 cm (im bliżej pępka tym szerzej) przyjmuje się za normę. Duże rozejście może objawiać się poszerzeniem na 3-4 palce. Jeśli tak jest u Ciebie, konieczna jest konsultacja z lekarzem. 


Dlaczego jest to ważne? Jeśli zaczniemy mocno pracować tłocznią brzuszną, czy to podczas ćwiczeń, czy zwykłych czynności, jak np. dźwiganie zakupów, grozi nam w tym osłabionym miejscu nawet przepuklina. Rozpoczęcie zbyt intensywnych ćwiczeń mięśni brzucha w okresie połogu może też prowadzić do powiększania się rozstępu. Nieodpowiednimi ćwiczeniami utrudniamy zaś zejście się tych mięśni i ryzyko przepukliny będzie cały czas obecne, a do tego brzuch będzie wyglądał nieestetycznie. To na pewno nie jest efekt, do którego dążymy… Zatem rozsądnie z ćwiczeniami krótko po porodzie! 


Z drugiej strony, nie zawsze dochodzi do samoistnego powrotu mięśni prostych do prawidłowego położenia. Pozostają one znacznie osłabione, tak jak i inne mięśnie brzucha, a ich funkcja jest zaburzona, co może prowadzić do wadliwej postawy ciała i przewlekłych bólów pleców. Dlatego konieczne będą odpowiednio dobrane ćwiczenia, które nas wspomogą! W moim przypadku rozstęp na 4 palce zszedł się tak, że ledwo można włożyć 1 palec. Co możesz zrobić? Na pewno nie zaczynaj ćwiczeń na własną rękę. Najlepiej udać się do specjalisty, który będzie wiedział, jak poprowadzić trening przy tym problemie. Powinnaś nauczyć się dobrze napinać mięsień poprzeczny brzucha, popracować nad mięśniami dna miednicy, oddechem i kontrolą kregosłupa, unikać natomiast mocnych niekontrolowanych skrętów tułowia i dźwigania. Jest cały szereg ćwiczeń, które bezpiecznie pomogą twoim mięśniom wrócić do formy i poprawią twoją sylwetkę i stabilizację kręgosłupa. Ale ich skuteczność wymaga dokładnej techniki, którą ktoś powinien kontrolować... Bardzo duże znaczenie ma też prawidłowy oddech! Zarówno podczas ćwiczeń, jak i wykonywania codziennych czynności. Warto zwrócić na to uwagę i nie zapominać o ćwiczeniach oddechowych.


Jeśli test nie wykazał rozstępu, pamiętaj, co przeszły twoje mięśnie w ostatnich miesiącach i daj im jednak czas na regenerację. Takie rozciągnięcie mięśni, nie tylko wpłynęło na ich wygląd, ale też na zdolność do aktywizacji. Nie zaczynaj od ćwiczeń bardzo forsownych, np. przechodzenia z pozycji leżenia na plecach do pełnego siadu, czy od pełnych podporów przodem (tzw. plank). Powinnaś najpierw nauczyć się ustawiać prawidłowo swoją miednicę i kręgosłup oraz w tej pozycji próbować napinać mięśnie brzucha, grzbietu i dna miednicy. Dopiero następnym etapem będą różne skłony tułowia, unoszenia nóg czy ćwiczenia w podporach. Na dobry początek polecam ćwiczenia typu pilates, zdrowy kręgosłup i ćwiczenia specjalnie dedykowane młodym mamom (w klubach fitness: fit mama, mama gym, itp.). Warto tez prosić o konsultację trenera. Choćby jednorazowy trening, na którym zobaczysz jak powinny pracować twoje mięśnie brzucha, w jakich pozycjach nad nimi pracować i jakich błędów unikać. 
	
		
											
					
				
				fot. Kamil Olak
					

]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/3995af64ec1db0bb48733fd1a539f922,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/3995af64ec1db0bb48733fd1a539f922,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Kasia Witek</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/115477,akcjamis</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/115477,akcjamis</link><pubDate>Tue, 25 Nov 2014 19:23:23 +0100</pubDate><title>#AkcjaMIŚ - zobacz naszą niezwykłą galarię ukochanych zabawek z dzieciństwa</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/843d7b817b1e67fa37572d0d65e36d3b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Kiedyś był dla Ciebie najważniejszy i wrócił(a)byś po niego z krańca świata.
Dziś o nim nie pamiętasz. Pewnie kurzy się na strychu. 
Miś/Królik/Słonik/Hipek- Twój przyjaciel z dzieciństwa. 
Zrób mu zdjęcie, napisz dwa słowa o nim/o Was i wrzuć tutaj! 
Stwórzmy razem Galerię w Hołdzie Misiom- to dzięki nim mieliśmy fajniejsze dzieciństwo" – napisałam przed półroczem na swoim Facebooku. 
Oto i Galeria!

Moja #AkcjaMIŚ została zainspirowana fantastycznym projektem fotografa Marka Nixona zatytułowanym "Much Loved". Piękne, poruszające zdjęcia zabawek z przeszłością i po przejściach mają w sobie i piękno, i szpetotę a nawet grozę, a jednak jest w nich coś magnetycznego, prawdziwego i nierealnego jednocześnie. Jak we wspomnieniach dzieciństwa. Misie w mojej galerii zostały uwiecznione przez fotografów-amatorów. Jeszcze zanim kwestia misiowych majtek stała się sprawą polityczną. Ale i tak mają swój czar, czyż nie?

A moją galerię otwiera Kuba (choć nie miś tylko małpka), bo od tej fotografii nadesłanej mi przez Kasię, wszystko się zaczęło – po niej posypały się kolejne. 
	
		
											
					
				
				FOT. KATARZYNA RYBKA-IWAŃSKA
					

Bąbel – miś mego męża, lat 30 i kilka, liczne obrażenia, najrozleglejsze wynikają z suszenia na gorącym kaloryferze. Mikrob z pewnością będzie się nim bawił. Tymczasem Bąbel bawi na Śląsku i dodaje otuchy pewnej małej Zosi.
	
		
											
					
				
				FOT. ANNA KOWALCZYK
					

Tadeusza przysłał Marcin, który pisze o nim: "Nie był nowy, kiedy w 1988 r. dostalem go od swojej chrzestnej. Jeździł ze mną wszędzie, na wycieczki szkolne i wakacje u rodziny. Przeszedł kilka operacji zszywania brzuszka, przyszywania języczka, a raz przekonany, że jego włosy rosną przystrzygłem mu futerko. Z podwarszawskiego Mysiadła przeprowadził się do Śródmieścia, gdzie cierpliwie znosi ataki kota Henryka. Kawaler, lat 30 i kilka".
	
		
											
					
				
				FOT. MARCIN DOBROWOLSKI
					

Oto Henryk. Dla przyjaciół Henio. Zwiedził kawał świata, tuli go do snu kolejne już pokolenie dzieci. Jest Magdy. Jest piękny. 
	
		
											
					
				
				FOT. MAGDALENA MARCINIAK
					

Swojego Miśka przysłała też Weronika. Oto, co o nim napisała:
"Mój ma 23 lata (note bene jest Made in China) i trochę już jest sfatygowany. Jakąś dekadę temu odpadła mu czapka, od kilku lat pruje się szalik. Podobno jest potencjalnym siedliszczem roztoczy. I nigdy go nie wyrzucę." 
	
		
											
					
				
				FOT. WERONIKA SOLAREK
					

Puchatek Ani ma ponad 26 lat: "Przyjechał do mnie z Disneylandu na Florydzie, jako prezent od starszych kuzynów. Ukochany miś do zasypiania, najlepszy miś na smuteczki. Od przytulania i wędrówek do parku się brudził, więc trzeba go było często prać. W którejś kąpieli odlepiły mu się oczka, ale mama przykleiła nowe, filcowe i uratowała misiowy wzrok."
	
		
											
					
				
				FOT. ANNA STERCZYŃSKA
					

Kinga nadesłała Felka: "Felek, wiek nieokreślony. Mimo, że przeszedł operacje serca, a ja mam męża nadal jest ze mną na dobre i złe."
	
		
											
					
				
					

 
Agnieszka przysłała Uszatka L., lat 26. Pisze o nim: "Dostałam go od Wujka, który przyjechał zza wielkiej wody. Największy z pluszaków, odratowany z piwnicy z 10 lat temu."
	
		
											
					
				
				FOT. AGNIESZKA LITWINIUK
					

Swojego misia nadesłała też Julia. Co prawda i sama Julia, i jej miś są ze 2-3 razy młodsi od statystycznego uczestnika ‪#‎akcjaMIŚ‬, ale nic to! 

	
		
											
					
				
				FOT. JULIA TYBURSKA
					

Rolę misiów z powodzeniem spełniały też inne pluszowe stwory. Np. zające, taki jak ten Łucji: "Poziomka, lat 24. Szef wszystkich szefów."
	
		
											
					
				
				FOT. ŁUCJA KUCICKA
					


Albo Mysz Kasi: "Mysz dostałam jak miałam 2 albo 3 lata, od Taty kiedy bardzo chorowałam. W sumie nie pamiętam czy to była moja ulubiona zabawka, ale chyba musiała być, bo przetrwała kilka przeprowadzek i ostatecznie skończyłam w koszu z zabawkami mojej córki Helenki. Jest jeszcze przed trzydziestką i nieźle się trzyma, oprócz noska innych obrażeń brak." 
	
		
											
					
				
				FOT. KATARZYNA SUSZKIEWICZ
					

Albo owieczka Marty: "Przedstawiam Michalinę, zwaną też niekiedy Michasią. Ma zaledwie 13 lat, ale jest maskotką wyjątkową, bowiem została zakupiona przez mojego Tatę, gdy miałam lat 15, co mnie wielce rozczuliło i rozczula do dziś. Michasia przypomina o Nim, najdzielniejszym i najcieplejszym mężczyźnie, jakiego znam."
	
		
											
					
				
				FOT. MARTA BELLON
					

Albo Foczka. Po prostu Foczka. Przysłała ją Magda. Pisze o niej: "Ma 23 lata, nie ma imienia, dostałam ją jak byłam niemowlakiem. Mieszka z nami do dziś, bawiły się nią u nas wszystkie dzieci w rodzinie."
	
		
											
					
				
				FOT. MAGDALENA SKUBISZEWSKA
					

Ewentualnie zielony transporterek-ogórek 
	
		
											
					
				
				FOT. BORYS SKRZYŃSKI
					

Swoje miśki w ilościach hurtowych przysłała dziś Basia, która pisze o nich:"To są pluszaki z mojego dzieciństwa, które zostały ze mną po dziś dzień. Było ich więcej, ale część znalazła dom u dzieci, które potrzebowały pluszowego przyjaciela od zaraz. Z każdym wiążą się wspomnienia i nie potrafię sie ich pozbyć. Będą dla moich mikrobów i na pewno opowiem im ich historię. Alf jest najstarszy. Ma 27 lat. Zawsze był obok".
	
		
											
					
				
				FOT. BARBARA OJCZYK
					


	
		
											
					
				
				FOT. BARBARA OJCZYK
					

 A ponieważ dostałam też zdjęcia lalek, postanowiłam otworzyć w swojej galerii mini-sekcję Sekcję ‪#‎LalaTeżMiśTylkoDziewczyna‬. Otwiera ją Zosia, której zdjęcia nadesłała Marta: "Dostałam ja od Mikołaja jak mialam 2 lata. Pół roku później bardzo chorowalam i pojechałam nad morze z dziadkami żeby wydobrzeć. Jak wróciłam moja Zośka miała nowe ubranko, wózek i pościel w króliczki. Jest ze mną już prawie 30 lat. Teraz bawi się nią moj syn." Taki dżender!
	
		
											
					
				
				FOR. MARTA BORKOWSKA-BIERĆ
					



	
		
											
					
				
				FOT. MARTA BORKOWSKA-BIERĆ
					




A Wy macie jeszcze swoje misie albo inne przytulanki z dzieciństwa? Jeśli tak - przyślijcie ich zdjęcia i historie na kontakt@mamadu.pl]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/843d7b817b1e67fa37572d0d65e36d3b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/843d7b817b1e67fa37572d0d65e36d3b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/115347,w-dziedzinie-wlasnego-dziecka-jestes-ekspertem-swiatowej-klasy</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/115347,w-dziedzinie-wlasnego-dziecka-jestes-ekspertem-swiatowej-klasy</link><pubDate>Thu, 20 Nov 2014 00:02:00 +0100</pubDate><title>W dziedzinie własnego dziecka jesteś ekspertem światowej klasy.</title><description><![CDATA[<img src="https://m.mamadu.pl/3f01cd7bb61af0bdfd72129516c948cd,135,135,1,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;"/>„Z prawdziwą przyjemnością obserwuję, że przetrwanie dzieci znalazło się wreszcie w rękach mężczyzn kierujących się rozumem. [...] Sprawa ta została niefortunnie oddana decyzji kobiet, które nie mogą przecież posiadać wiedzy właściwej, by odpowiednio sobie z tym zadaniem poradzić" – powiedział jeden z XIX-wiecznych brytyjskich lekarzy. A może to było w XXI wieku?

Do MamaDu napisała właśnie Agnieszka: List do redakcji MamaDuNa porodówce dowiedziałam się, że dziecko MUSI płakać, że to że jest nerwowe, to normalne. Ok, pomyślałam sobie: znamy się krótko, mogę się mylić. Jestem matką zaledwie kilka dni, mogę się mylić. Po powrocie do domu okazało się, że moje wątpliwości nie mijają – jest gorzej. (…). Po tygodniach prób wołania o pomoc w końcu zdecydowałam, że zabiorę dziecko do znajomej Pani doktor (…). Diagnoza: wzmożone napięcie mięśniowe, asymetria ułożeniowa, uczulenie na gluten. Moje dziecko cierpiało przez prawie trzy miesiące, bo NIKT nie traktował mnie poważnie (…)Po dwóch latach dostrzegłam nowe problemy u dziecka. Że nadal nie śpi w nocy, że układa klocki/znaczki/zabawki wyłącznie w rzędy, że zna alfabet, liczy do stu, zna wszystkie znaki drogowe. I co? To samo. PRZESADZASZ. Za dużo czytasz. Za bardzo się przejmujesz. Jaka jest diagnoza? Zaburzenia integracji sensorycznej, podejrzenie autyzmu wysokofunkcjonującego. Czytaj więcej Jestem ogromnie wdzięczna Agnieszce, że napisała do MamaDu. Bo choć to smutna, a nawet trochę straszna opowieść, to świetnie ilustruje ona sytuację, z którą muszą się mierzyć dzisiejsze matki, a także zaangażowani ojcowie. I która jest moim zdaniem największym problemem współczesnego rodzicielstwa. Mowa o braku zaufania do samych siebie. I braku wiary w to, że wie się, co dobre dla własnego dziecka.

Teoretyzacja, psychologizacja i medykalizacja rodzicielstwa przyniosły wiele dobrego. Mniej dzieci i matek umiera w trakcie porodu i połogu, mniej (chyba, chcę w to wierzyć) jest toksycznych, opartych na dominacji i strachu relacji rodzic-dziecko. Więcej w nich ciepła, szczerości i bliskości, których już nikt przy zdrowych zmysłach nie uważa za "niewychowawcze". A jednocześnie unaukowienie rodzicielstwa okazuje się mieć wiele ciemnych stron. Z nich najciemniejszą jest nieustanne podważanie rodzicielskich kompetencji przez rozmaitych "lepiej zorientowanych" i "bardziej doświadczonych". 


Socjologowie i historycy widzą ten proces jako część większej zmiany, na końcu której zawsze są pieniądze. Rodzic, który nie ufa sobie staje się klientem doskonałym, konsumentem tysięcy dóbr i usług, które pomogą mu ukoić lęki i wyrzuty sumienia. 
Feministki dostrzegają tu kolejne pola męskiego ucisku, bo to lekarze-mężczyźni wywrócili do góry nogami tysiące lat kobiecego doświadczenia, każąc im rodzić na wznak i zrównując akuszerki z niedomytymi guślarkami. Twierdząc, że wiedzą lepiej, co dobre dla nich i ich dzieci.
Ja sądzę, że rację mają jedni i drugie. Na szczęście powoli, mozolnie wracamy do korzeni.


Nie zrozumcie mnie źle. Nie twierdzę, że matka zawsze zdiagnozuje problem lepiej niż lekarz/psycholog/pedagog/dietetyk, a ojciec lepiej niż teściowa. I że to ze względu na jakiś mityczny instynkt, magiczna nić i takie takie. Nie! Twierdzę, że każdy normalny rodzic jest najwybitniejszym ekspertem w dziedzinie "moje dziecko". A jego WIEDZA empiryczna, wynikająca z tysięcy godzin "obserwacji uczestniczącej" jest co najmniej równie cenna, co wiedza płynąca z zajmowania się "tysiącami podobnych przypadków". 
I nigdy, ale to nigdy nie należy jej lekceważyć.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/3f01cd7bb61af0bdfd72129516c948cd,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/3f01cd7bb61af0bdfd72129516c948cd,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Boska Matka</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/114977,yellow-submarine</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/114977,yellow-submarine</link><pubDate>Thu, 13 Nov 2014 14:27:42 +0100</pubDate><title>Tato, jak działa łódź podwodna?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/f561951e5d46773a10cba540c70cb9ef,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Tytułowa łódź podwodna z utworu Beatlesów symbolizuje otaczający świat, dziwny świat. Podwodny świat znacznie różni się od naszego, nic więc dziwnego, jest nieznany i tajemniczy. Tak samo tajemniczy, jak działanie samej łodzi podwodnej dla dzieci.

Demonstracja łodzi podwodnej nie jest skomplikowana. Potrzeba jedynie niewielkiej średnicy wężyku sylikonowego (ok. 20 cm, do kupienia w sklepie zoologicznym) oraz dwie strzykawki. 

Wszystkie wymienione tu przedmioty muszą szczelnie do siebie pasować. Obie strzykawki należy włożyć do obu krańców wężyka, w taki sposób, aby tylko jedna ze strzykawek miała wciśnięty tłoczek. 

Teraz wystarczy włożyć jedną strzykawkę do wody, np. tą, której tłoczek jest wciśnięty (w strzykawce nie ma powietrza). Po naciśnięciu tłoczka drugiej strzykawki spowodujemy, że powietrze przedostanie się wężykiem do pierwszej drugiej strzykawki, a to spowoduje wypłynięcie na powierzchnię. Podobne zjawisko wykorzystywane jest w łodziach podwodnych i naukowych okrętach badawczych. 


Jan Amos Jelinek 
Więcej o batyskafie na dzieciecafizyka.pl]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/f561951e5d46773a10cba540c70cb9ef,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/f561951e5d46773a10cba540c70cb9ef,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/115117,spij-k-spij</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/115117,spij-k-spij</link><pubDate>Sat, 08 Nov 2014 18:23:23 +0100</pubDate><title>Śpij, k… śpij...</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/8a92e18e74e339673a317d6f212585de,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Trafił mi się dobry egzemplarz. Ale dopiero za drugim razem. Moja córka lubi zasypiać sama w łóżeczku. Wystarczy jej obecność kogoś obok. Jest to chwila na przeczytanie kilku stron na kindlu.  Ale przy pierworodnym…

Poprzestanę na tym, że zastanawiam się nad wytoczeniem mu pozwu za trwały uraz kręgosłupa. Jak skończy 18-tkę oczywiście. 
Pomagało czytanie książeczki. Pomagało mi, nie jemu. Zresztą, ta konkretna książeczka nie jest dla dzieci. Wbrew pozorom, bo okładka i ilustracje są zupełnie niewinne. 

Jej tekst natomiast, przeznaczony już tylko dla mnie, podtrzymywał na duchu. Pokrzepiał w chwilach zwątpienia. Uświadamiał mi, że nie jestem sam w tej matni. Gdzieś tam są tysiące rodziców zaciskających zęby, nucących bez końca „Ach śpij, kochany…” dodając w myślach mięsiste epitety.


Dzieląc się książeczką z alternatywnymi kołysankami pod sugestywnym tytułem "Śpij, k..., śpij" chcę dodać Wam otuchy. Nawet jeśli Wasze dziecko daje Wam w kość wieczorową porą, nie poddawajcie się. Jest nadzieja. Być może będzie lepiej... przy kolejnym egzemplarzu!]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/8a92e18e74e339673a317d6f212585de,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/8a92e18e74e339673a317d6f212585de,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/114971,husiu-husiu-tatusiu</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/114971,husiu-husiu-tatusiu</link><pubDate>Thu, 06 Nov 2014 18:10:39 +0100</pubDate><title>Husiu, husiu tatusiu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/85db81ae4f5d30ca0b0ec5f276e5d9e1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jedną z najbardziej obleganych zabawek na placu zabaw są huśtawki. Zabawa jaką dostarczają dzieciom polega na rytmicznym kołysaniu się tam i z powrotem. Dzieci uwielbiają ten stan, kiedy błędnik dostarcza im mocnych wrażeń. Wołają jeszcze, jeszcze wyżej!

Zbudowanie dziecku ogrodowej huśtawki nie jest rzeczą łatwą – przeżyłem to ostatniego lata – łatwiej jest jednak zbudować model tej konstrukcji. Co prawda nie trzeba wyjaśniać dzieciom zasady działania tego urządzenia, ale jej model może być przez dzieci wykorzystany jako zabawka. Zaproponujmy zatem zbudowanie huśtawki dla misiów i lalek. 

Będziemy potrzebować dwa sznurki równej długości, plastikowe lub papierowe pudełko, dziurkacz lub nożyczki i mebel, który posłuży, jako wspornik. Jeśli dysponujecie krzesłem, którego nogi wspiera dodatkowa pozioma listwa to jest to dobry przykład. 


Zaczniemy od wykonania w pudełku czterech otworów – po dwa w naprzeciwległych bokach pudełka. Można je wykonać dziurkaczem lub nożyczkami. Następnie należy zamocować dwa krańce sznurka w dwóch otworach jednego boku pudełka – wcześniej pamiętając przewlec sznurek przez listwę krzesła. Analogicznie drugi sznurek. W ten sposób otrzymamy pojemnik (pełniący funkcję krzesełka) wiszący na dwóch sznurkach. 

Jan Amos Jelinek 
Więcej na temat urządzeń na stronie internetowej: dzieciecafizyka.pl]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/85db81ae4f5d30ca0b0ec5f276e5d9e1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/85db81ae4f5d30ca0b0ec5f276e5d9e1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/114909,rozowe-okulary</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/114909,rozowe-okulary</link><pubDate>Tue, 04 Nov 2014 18:28:04 +0100</pubDate><title>Różowe okulary</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/f3089ae5b4b0a7439010068070992b34,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Okulary przeciwsłoneczne służą do ochrony wzroku przed nadmiarem promieni słonecznych. Podobno małe dzieci powinny być przyzwyczajone do nadmiaru słońca. To dorośli dla własnej przyjemności korzystają z przyciemnionych szkieł. Sposób ich działania można nie tylko pokazać dzieciom, ale także na podstawie tych informacji pokazać, jak wygląda świat zza szkieł innego koloru.

Do ich wykonania może posłużyć folia różnokolorowa - można ją dostać w sklepach z materiałami biurowymi (np. jako folia do bindowania). 

Największe wrażenia dostarcza czerwona folia, ale oprócz niej warto zaopatrzyć się w inne kolory (niebieską, zieloną, żółtą). 

Folie można (ale nie trzeba) ciąć. Można też z papieru wykonać okulary, w których będą wymienialne szkła (folie). Zaczniemy od przyglądania się światu zza okularów.  Najpierw za pomocą np. zielonej folii będzie można zobaczyć, jak zielone liście staja się bardziej ciemne, a niebo staje się lekko żółte. 


Efekt działania czerwonej folii można zastosować podczas wykonywania rysunku. Na przykład narysujmy czerwoną biedronkę na zielonym liściu. Po nałożeniu czerwonych okularów biedronka magicznie zniknie! 

Jan Amos Jelinek 
Więcej o właściwościach czerwonej folii na dzieciecafizyka.pl]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/f3089ae5b4b0a7439010068070992b34,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/f3089ae5b4b0a7439010068070992b34,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/115023,dlaczego-tez-walcze-o-lepszyporod</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/115023,dlaczego-tez-walcze-o-lepszyporod</link><pubDate>Tue, 04 Nov 2014 16:39:15 +0100</pubDate><title>Dlaczego też walczę o #lepszyporód</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/15af6aa776c88fed3073f151469727e4,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kiedy sfotografowałam się z kartką papieru i tym smutnym fragmentem swojej porodowej historii w sekundzie dostałam lawinę odpowiedzi: "nie narzekaj, mogło być gorzej"; "lepiej ciesz się z takiego końca i zdrowego synka" albo "lepiej by było, aby lekarka nic nie mówiła, nie zrobiła cesarki i wyjęła martwe dziecko drogą naturalna?". Faktycznie. Nie byłoby lepiej. Gdy czytam: "U nas położna powiedziała na głos do lekarki "to teraz trzymaj kurwa główkę, jak wypadła" – wiem, że i tak miałam wielkie szczęście. I tym bardziej jestem wściekła.

Akcja "Rodzic po ludzku" wyciągnęła na światło dzienne patologie polskich porodówek i od lat pomaga zmieniać porody nad Wisłą w doświadczenie, które nie musi być traumatyczne i upokarzające. Ba! Może być piękne. Może być intymne. Może być doświadczeniem kobiecej mocy i siły. Może być doświadczeniem obojga rodziców. Jeszcze dwie dekady temu – nie do pomyślenia.

To dzięki "Rodzić po ludzku" i wszystkiemu co zadziało się przez ostatnie 20 lat od startu akcji na sali porodowej mógł być ze mną mąż i dawać mi wsparcie, o jakim nawet nie marzyłam. Pewnie także dzięki tej akcji w mojej przaśnej salce porodowej znalazły się piłka i drabinki, a moja położna z przydziału w trymiga przeszkoliła Tatę Mikroba z takiej techniki masażu, jakiej w szkole rodzenie nie uczyli, a tylko ona przynosiła mi ulgę. Wiem, że wiele się zmieniło. I zmienia nadal. 


Zmieniły się procedury. Zmienia się system. I chwała Panu! 

Niestety, procedury to nie wszystko.

Mimo znakomitych, międzynarodowo kolaudowanych procedur, z polskimi porodówkami nadal jest coś nie tak. Co? A raczej kto? Bo najczęściej chodzi o ludzi. Najprostsza odpowiedź – nie zmienili się ludzie. Ich mentalność. Ich podejście. Ich "kultura pracy". Ich poziom empatii. 
Tak, wiem, to są wszystko jednostkowe przypadki, bo tak ogólnie to jest dobrze, nasi lekarze to wspaniali fachowcy. Nasze położne chodzą w różowych fartuszkach. Ale jak widzę setki lajków i udostępnień tekstu MamaDu o akcji #lepszyporód, jak czytam historie wypisane na kartkach, jak w komentarzach sypią się wspomnienia, od których włos się jeży na głowie, to mam spore wątpliwości, co do jednostkowości tych przypadków. Trochę ich za dużo.


Sytuacji porodu nie da się porównać chyba z żadną inną. To z pewnością doświadczenie z gatunku granicznych. I cała ta opowieść o jednoczesnym pięknie i bólu, który się zapomina. O niebywałym cierpieniu i radości, która wszystko przyćmiewa. O krańcowym wycieńczeniu i satysfakcji, która w końcu góruje nad największą traumą – to wszystko prawda. Na szczęście i nieszczęście.

Bo to jest jednocześnie opowieść o pewnej specyficznej sytuacji społecznej. Sytuacji rodzącej kobiety. Czasem także sytuacji towarzyszącej tej kobiecie osoby. Opowieść o całkowitym ubezwłasnowolnieniu. O totalnym zdaniu się na łaskę i niełaskę personelu medycznego. O tym, jak trudno domagać się respektowania swoich praw i godności, gdy Twoim ciałem targają skurcze i ból nie do opisania. Jak niebywałej odwagi wymaga walka o przyzwoite traktowanie, gdy na szali jest zdrowie i życie Twojego dziecka. I Twoje własne. Jak łatwo schować "dumę" do kieszeni, gdy toczy się gra o wszystko. Dlatego właśnie tak łatwo zapominamy, zaklejamy nasze mniejsze i większe porodowe rany kolorowym plasterkiem: "przecież dobrze się skończyło". Nie chcemy do tego wracać. Bo to zbyt bolesne. Niepotrzebne. Ale od zapominania nic się nie zmieni.


Cieszę się, że kobiety w ten prosty sposób dają wyraz swojej niezgodzie na złe traktowanie na porodówkach. I nie mówię tu o błędach w sztuce, zaniedbaniach, które kończą się zgonem albo kalectwem. I które są przestępstwami. Mówię o szeroko pojętym "podejściu do pacjentki". 
Nie widzę powodu, dla którego my – płatniczki, podatniczki, konsumentki, klientki – możemy się słusznie domagać szacunku i porządnego wykonywania swojej pracy od wszystkich usługodawców świata z wyjątkiem lekarzy i położnych. I nie przyjmuję argumentu o kiepskich zarobkach albo zmęczeniu. 


Mam swoją osobistą teorię, że w kraju, w którym filmy o lekarzach, nawet najlepszych, tytułuje się "Bogowie", a źle pojęta solidarność zawodowa jest ponad WSZYSTKO, nie może być dobrze w tym względzie. Ale to tylko moja teoria.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/15af6aa776c88fed3073f151469727e4,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/15af6aa776c88fed3073f151469727e4,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Do dziś się zastanawiam, czy to moja wina, że nie umiałam urodzić?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/115003,aktywna-w-ciazy</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/115003,aktywna-w-ciazy</link><pubDate>Mon, 03 Nov 2014 14:03:21 +0100</pubDate><title>Aktywna w ciąży</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/9c68cbe9e18a1d50e9759889735d5f63,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Naturalne, że będąc w ciąży, chcemy  jak najlepiej zadbać o swoje zdrowie i kondycję, by stworzyć najlepsze warunki dla rozwoju naszego dziecka. Wiemy, że trzeba uważać na to, co jemy i pijemy, wysypiać się, spędzać czas na świeżym  powietrzu. Chcemy też pozostać w dobrej formie fizycznej, przygotować się do porodu, a po porodzie nie mieć problemów z powrotem do sylwetki sprzed ciąży. Dlatego pojawia się temat ćwiczeń w ciąży.

Wg badań, wybrane ćwiczenia fizyczne pod kierunkiem profesjonalistów mają pozytywny wpływ na organizm matki, przebieg ciąży, porodu i połogu. U kobiet ciężarnych aktywnych fizycznie obserwuje się wyższy odsetek ciąż o prawidłowym przebiegu, zakończonych w terminie i rzadsze występowanie powikłań. 

Dzięki ćwiczeniom możemy ograniczyć lub nawet wyeliminować pewne dolegliwości, jak uczucie zmęczenia, bóle kręgosłupa, problemy z oddychaniem, nadmierny przyrost masy ciała czy rozstępy skórne. Ruch ma też bardzo pozytywny wpływ na naszą psychikę, pomaga się odprężyć, poprawia nastrój, dodaje energii. Ponadto, wg badań, dzieci matek aktywnych w ciąży, są mniej narażone na otyłość i lepiej się rozwijają. Mnóstwo korzyści! Warto jednak do tematu podejść z głową i pamiętać o kilku zasadach.


Ciąża to nie choroba- często słyszymy to zdanie. Jednak pamiętajmy, że ciąża to jednak stan odmienny. Zmiany, które zachodzą w tym czasie w naszym organizmie, są ogromne. Mają charakter anatomiczny, fizjologiczny, biomechaniczny, zachodzą w poszczególnych narządach, jak i w całych układach. Dzieje się tak wiele ważnych rzeczy, których nie powinnyśmy zakłócać... Regularne ćwiczenia zalecane są wszystkim zdrowym kobietom w ciąży, jednak pamiętaj o kilku kwestiach.

Po pierwsze, ciąża musi być niepowikłana. 

Zanim zaczniesz ćwiczenia, upewnij się, że wg lekarza prowadzącego, nie ma żadnych przeciwwskazań do ćwiczeń. Oczywiście poinformuj ginekologa o jaką konkretnie aktywność fizyczną chodzi. Czasem lekarze „na wszelki wypadek” odradzają kobietom ćwiczenia. Jeśli powiesz, że będziesz ćwiczyć pod okiem profesjonalisty, przygotowanego pod kontem aktywności kobiet ciężarnych i wysiłek będzie umiarkowany, dostosowany do twojego samopoczucia, myślę, że nie powinno być problemów. Oczywiście, jeśli ciąża jest niezagrożona.


Po drugie, pamiętajmy, że każda ciąża jest inna. Nie porównujmy się do koleżanki, która uprawiała jogging w ciąży, czy regularnie pływała. Nawet u tej samej kobiety każda ciąża przebiega inaczej. Ćwiczenia, które służyły nam za pierwszym razem, mogą okazać się niekomfortowe w kolejnej ciąży. Ja w pierwszej ciąży prawie do końca chodziłam na basen i czułam się świetnie. W drugiej ciąży, przez częste infekcje układu moczowego, ani razu nie byłam na pływalni. 

Zatem słuchaj swojego organizmu! Ćwicz, jeśli dobrze się czujesz w trakcie i po ćwiczeniach. Dozuj wysiłek do swojego samopoczucia. Jeśli jesteś senna, zmęczona, lepiej się połóż niż zmuszaj do treningu. Twoje ciało podpowie Ci, czego mu potrzeba. Oczywiście, czasem to zwykłe lenistwo powoduje, że wolimy zostać w domu. To już musimy rozegrać same ze sobą :) Może wystarczy przypomnieć sobie, jak świetne samopoczucie miałyśmy po ostatniej dawce ruchu? 


Po trzecie, nie bez znaczenia jest twoja aktywność przed ciążą. Jeśli wcześniej nie ćwiczyłaś regularnie, według zaleceń ACOG (American College of Obstetricians and Gynecologists) możesz rozpocząć ćwiczenia (oczywiście na bezpiecznym poziomie, dostosowanym do twoich możliwości, niepowodującym zmęczenia) już w 8 tygodniu ciąży. Ja polecam jednak swoim klientkom, które wcześniej nie ćwiczyły, by przyszły na zajęcia dopiero w drugim trymestrze, po przesiewowym badaniu usg i kontroli ginekologa. Jeśli wszystko jest dobrze i lekarz wyrazi zgodę, zapraszam na ćwiczenia! :) 


Inaczej jest z kobietami, które już wcześniej ćwiczyły systematycznie. Jeśli samopoczucie im na to pozwala, mogą od początku ciąży utrzymać swoją aktywność, pod warunkiem, że sport, który uprawiają, nie niesie ryzyka urazów, upadów i nie jest zbyt obciążający fizycznie. Amerykański Kongres Ginekologów i Położników odradza, m.in. jogging ponad 3km dziennie, jazdę konną, narty, nurkowanie. Zaleca natomiast marsze i spacery, pływanie, rower stacjonarny, ćwiczenia mięśni dna miednicy, oddechowe i relaksacyjne. 

Ja zdecydowanie polecam specjalne zajęcia w klubach fitness czy szkołach jogi dedykowane konkretnie kobietom w ciąży. Zachęcam do udziału w nich też kobiety regularnie trenujące i znające swoje możliwości. Poznają tam zalecenia i przeciwwskazanie do konkretnych ćwiczeń i będą mogły zmodyfikować swój trening, by był bezpieczny dla nich i dla dziecka.


Po czwarte, uważaj na swoje mięśnie brzucha. W zaawansowanej ciąży są ona znacznie rozciągnięte, a robienie „brzuszków” w tym okresie zamiast im pomóc, może zaszkodzić i doprowadzić do rozstępu mięśni prostych brzucha. Idzie za tym ryzyko przepukliny, brzuch będzie wyglądał nieestetycznie, a powrót do formy będzie znacznie utrudniony… Oczywiście, na początku ciąży, gdy mięśnie nie są jeszcze rozciągnięte, nie ma takiego ryzyka i wtedy w programach dla kobiet w ciąży wykonuje się pewne ćwiczenia na mięśnie brzucha, ale są one specjalnie dobrane. 
Po piąte, unikaj długotrwałych, intensywnych ćwiczeń rozciągających. W czasie ciąży, gdy organizm przygotowuje się do porodu, w krwi zwiększa się poziom relaksyny, stawy (więzadła)zaczynają się rozluźniać, stają się przez to mniej stabilne i bardziej podatne na uszkodzenia. Z tego też powodu nie zaleca się długiego rozciągania biernego, ponieważ jeszcze bardziej rozluźni to stawy i może spowodować późniejsze problemy z nimi. Jednak delikatne ćwiczenia rozciągające konkretne partie mięśniowe będą bardzo korzystne, rozluźnią napięte mięśnie i np. przyniosą ulgę w przypadku bólów pleców.


Po szóste, w zaawansowanej ciąży unikaj ćwiczeń w leżeniu na plecach. W ciąży zwiększa się ciśnienie żylne w żyle głównej dolnej przez ucisk rosnącej macicy. W pozycji leżącej na wznak ucisk będzie większy, więc zmniejszy się dopływ krwi do serca i może spowodować objawy niedokrwienia i omdlenie. 

Po siódme pamiętaj, że w ciąży oddychasz nie tylko dla siebie. Twoje dziecko również potrzebuje odpowiedniej ilości tlenu. Wydawać by się mogło, że każdy z nas umie oddychać, bo przecież oddychamy automatycznie, przez cały czas. Niestety, często nieprawidłowo… A to, poza niedotlenieniem, przyczyniać się może np. do bólów pleców i szyi. Oddech to poza tym cenne narzędzie przywracające nam równowagę, stanowi połączenie ciała i umysłu. Dodaje energii bądź uspokaja, w zależności jak nim pracujemy. Jeśli nauczysz się, jak to robić, podczas porodu będziesz mogła dostarczyć swojemu dziecku odpowiedniej ilości tlenu, kiedy przyjdzie skurcz. W dodatku prawidłowy oddech uspokaja ciało i łatwiej zniesiesz ból. Ćwiczenia oddechowe w ciąży mogą być też świetnym sposobem na nawiązanie więzi z dzieckiem! 


Po ósme, ćwicz mięśnie dna miednicy. W ciąży i podczas porodu ulegają one osłabieniu. A wiąże się z tym problem nietrzymania moczu, mniej satysfakcjonujące życie seksualne, czy obniżanie się narządów rodnych. Ćwiczenia pomogą ci też w drugiej fazie porodu i zmniejszają ryzyko pęknięcia krocza. Jednak ćwiczenia raz w tygodniu, w szkole rodzenia czy na zajęciach dla kobiet w ciąży, to za mało! Jeśli nauczysz się odpowiednio ćwiczyć mięśnie, rób to regularnie sama, najlepiej codziennie.

Po dziewiąte, zmniejsz intensywność ćwiczeń. Tętno spoczynkowe kobiety w ciąży jest nieco wyższe, co oznacza, że szybciej wchodzi na kolejne etapy intensywności treningu i łatwiej się męczy. Wysiłek powinien być więc znacznie mniej intensywny niż przed ciążą. 


Po dziesiąte, uważaj na ćwiczenia związane z asymetrycznym ustawianiem miednicy, np. ćwiczenia na orbitreku, zajęcia fitness ze stepem, chodzenie po schodach. Jest to związane z poszerzeniem chrząstkozrostu krzyżowo-biodrowego oraz spojenia łonowego (już od około 10 tygodnia ciąży) i ograniczeniem ruchomości miednicy, przez co taka aktywność może wywołać ból w rejonie miednicy. 

Będąc aktywną w ciąży, pamiętaj, że to nie czas na bicie rekordów czy zdobywanie super formy. Tym zajmiemy się po porodzie :) Aczkolwiek, ruch to zdrowie i o ile nie ma przeciwwskazań zdrowotnych, nie rezygnuj z niego w tym okresie! Skorzysta na tym twoje dziecko, twoje ciało i twoja psychika. Miłych ćwiczeń! :)]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/9c68cbe9e18a1d50e9759889735d5f63,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/9c68cbe9e18a1d50e9759889735d5f63,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/114975,zrobmy-sobie-zdjecie</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/114975,zrobmy-sobie-zdjecie</link><pubDate>Mon, 03 Nov 2014 11:03:01 +0100</pubDate><title>Zróbmy sobie zdjęcie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/7141e83e8e36ac428176757a1abb7549,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Początki aparatu fotograficznego możemy doszukiwać się już w starożytności. Arystoteles i Euklides nie wykorzystywali co prawda kliszy fotograficznej, ani soczewek, ale za pomocą niewielkiego otworu byli w stanie obserwować odbite zjawiska z otoczenia.

Dzisiejsze aparaty fotograficzne mają nie wiele wspólnego z urządzeniem starożytnych (camera obscura). Wbrew pozorom jednak pojawienie się aparatów cyfrowych ułatwia wyjaśnienie zasady działania tych urządzeń w przeciwieństwie do aparatów na kliszę. Po naciśnięciu zdjęcia na ekranie aparatu natychmiast pojawia się zdjęcie. 

Żeby wyjaśnić dzieciom zasadę działania matrycy aparatu (lub wcześniej kliszy fotograficznej) można powrócić do pomysłu camery obscura. Zacznijmy od zademonstrowania dzieciom działania lupy. Doświadczenie najlepiej przeprowadzić w większym pomieszczeniu, w którym okna znajdują się na jednej ścianie (3 ściany są „ciemne”). Do przeciwległej do okna ściany należy zbliżyć lupę. Zbliżając ją i oddalając od ściany można wyostrzyć powstający obraz. Będzie to widok przeciwległej ściany z oknem. Dla wyjaśnienia dzieciom zasady działania matrycy aparatu cyfrowego można nakleić na ścianie kartkę papieru i odrysować odbity obraz. 


Jan Amos Jelinek 
Więcej o aparacie dla dzieci na dzieciecafizyka.pl]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/7141e83e8e36ac428176757a1abb7549,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/7141e83e8e36ac428176757a1abb7549,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/114969,proca-w-reku-dziecka</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/114969,proca-w-reku-dziecka</link><pubDate>Sat, 01 Nov 2014 09:10:07 +0100</pubDate><title>Proca w ręku dziecka</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/bb58755b65d3f93a34ac46c9044d6082,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wojna, choć dzieje się daleko nie jest obca dzieciom w wieku przedszkolnym. Dochodzą do nich strzępy informacji z radia i telewizji. Dopytują dorosłych kim są rycerze, kowboje i żołnierze. Używają zabawkowych broni i mieczy. Odgrywają scenki bitewne zadając sobie nawzajem ataki.

Choć nie jestem zwolennikiem demonstrowania dzieciom siły, ani przemocy walki to jednak nie widzę nic zdrożnego w nauce posługiwania się taką bronią jak proca. Wychodzę z założenia, że jeśli dzieci będą wiedziały do czego służy broń i co groźnego może ona uczynić będą one mogły dbać o własne bezpieczeństwo. Oczywiście, nie oznacza to, że można dzieci pozostawić same sobie, ale należy ich doglądać ze względu na wzajemne pomysły, które mogą doprowadzić do katastrofy. 

Zbudowanie z dziećmi procy ma sens tylko wtedy, gdy zaraz po zbudowaniu wskażemy cel do którego dziecko będzie strzelać. Podobnie jest – uważam – z papierowymi samolotami, których bezmyślne puszczanie w powietrze również może doprowadzić do nieszczęścia. 


Do budowy procy niezbędna jest deska (ok. 30 cm długa, 10 cm szeroka i 1 cm gruba). Do węższej ścianki deski można przybić dwoma pinezkami dwa krańce gumy (z pasmanterii). A po drugiej stronie deski (do węższej ścianki) za pomocą gwoździa przybić jeden ze spinaczy do bielizny. Tak stworzona proca będzie miotała niewielkimi papierowymi kulkami.

Aby wykonać strzał należy naciągnąć gumę i przełożyć ją przez rozwarty spinacz i włożyć do środka gumy niewielką uformowaną z papieru kulkę. Wielkość kulki powinna być taka, aby po zamknięciu spinacza kulka utrzymała się przy naciągniętej procy, a po otworzeniu spinacza, aby wystrzeliła do celu. Uwaga, celem nie mogą być ani ciało człowieka ani zwierzęcia; nie można też pozostawiać po sobie niesprzątniętych papierków po strzelaninie. 


Jan Amos Jelinek 
Więcej o urządzeniach na dzieciecafizyka.pl]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/bb58755b65d3f93a34ac46c9044d6082,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/bb58755b65d3f93a34ac46c9044d6082,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Zabawa i nauka idą w parze.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/114973,mlody-ojciec-stary-ojciec-jaki-jest-najlepszy-wiek-na-bycie-ojcem</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/114973,mlody-ojciec-stary-ojciec-jaki-jest-najlepszy-wiek-na-bycie-ojcem</link><pubDate>Sat, 01 Nov 2014 08:45:00 +0100</pubDate><title>Młody ojciec, stary ojciec. Jaki jest najlepszy wiek na bycie ojcem?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/93f00b6fdbc18baf858ed6ba4858ccdf,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jaki wiek jest najlepszy dla mężczyzny, aby mieć dziecko? Czy im szybciej tym lepiej? A może lepiej poczekać, aż sytuacja materialna i styl życia nieco się ustabilizują?

Zastanawiam się ostatnio nad tym jakie ma to konsekwencje dla dziecka i dla jego ojca. Uprzedzam, że może mi wyjść subiektywnie, ale nadal uważam, że dla mężczyzny optymalny czas na zostanie ojcem jest szeroki i pomiędzy 20-tym a 40-tym rokiem życia zalety i wady wieku są niewiele znaczące w zestawieniu z samym faktem dania życia nowej istocie i BYCIA OJCEM.

I tak, poniżej 20-tki i powyżej 50-tki zostanie ojcem uważam za coś ekstremalnego, a ojcowie w takim wieku muszą się mierzyć z problemami zupełnie innej kategorii.

Kiedy w rozmowach na temat dzieci pojawia się temat wieku, w którym najlepiej mieć dzieci zazwyczaj mamy na myśli wiek kobiety.


W badaniach społecznych także najłatwiej znaleźć dane na temat preferencji prokreacyjnych kobiet, a nie mężczyzn.

Jest to jeden z obszarów, w których nasza rola i opinia mają drugorzędne znaczenie. I pewnie słusznie. O ile wiek, w którym zostaje się ojcem może mieć marginalne znaczenie dla społeczeństwa, o tyle ma duże znaczenie dla dziecka, które ów ojciec ma wychować.
Statystycznie, facet w Polsce zostaje ojcem w wieku około 30. lat. Jeszcze 14 lat temu (w 2000) było to 27 lat.W jakim wieku zostajemy ojcami po raz pierwszy (w Polsce)? | Create InfographicsZastanawiam się więc jak to jest zostać ojcem w wieku 20., 30. i 40. kilku lat…


ojciec 20+

	
		
											
					
				
				Fot. Aristocrats-hat / zdjęcie na flickr
					


Coraz rzadszy gatunek ojca. Podziwiam facetów takich jak Blog Ojciec (i matki takie jak Nishka!). Zaczynają młodo i mam wrażenie, że wykorzystują życie pełniej. Mając 20 parę lat człowiek jeszcze nie zna dobrze samego siebie. Zazwyczaj nie miał jeszcze okazji sprawdzić się w wielu rolach. Pogodzenie ambicji, by zdobyć doświadczenie, uznanie, czy wyjątkową wiedzę w jakiejś dziedzinie jest baaardzo trudne gdy ma się małe dzieci.

Jeśli młody tatuś nie stanie na wysokości zadania może wyhodować żale, które znajdą w pewnym momencie ujście w domu.


Jeśli w ciągu najbliższych paru lat uda Ci się zbudować zdrowe więzi z dzieckiem, z partnerką będziecie się rozumieć bez słów, a w pracy zachowasz poziom frustracji na bezpiecznym poziomie – będziesz zwycięzcą. Po 30-tce będziesz miał samodzielne dziecko i będziesz znów planował jak zdobyć świat mając za sobą drużynę sojuszników w domu. Wystarczy spojrzeć na Nishkę. Odchowała dzieci i została sławną blogerką. Ot tak!

ojciec 30+

	
		
											
					
				
				Fot. Clapagaré / photo on flickr
					


To obecnie najpopularniejszy wiek na zostanie ojcem. Szczególnie wśród mieszczuchów. Zazwyczaj ma się już jakieś doświadczenie zawodowe i reputację pozwalającą czuć się pewnie i pozwalającą na zapewnienie odpowiednich przychodów. Imprezy do białego rana zaczynają nudzić. I powoli zaczyna się człowiek zastanawiać, co zrobić, żeby nie wyglądać za kilka lat głupio grając na PS3. Rozwiązanie jest proste – zrobić sobie dziecko. Mini człowiek będzie świetną wymówką, bo przecież trzeba nadążać, uczestniczyć i starać się zrozumieć nowe pokolenie, prawda?


ojciec 40+

	
		
											
					
				
				Fot. Gwenaël Piaser / photo on flickr
					


Myślę, że istnieje ryzyko, że między dzieckiem, a dojrzałym facetem będzie dystans wieku, który może być trudny do przekroczenia w wielu kwestiach. Z drugiej strony, jeśli z wiekiem faceta będzie się wiązać większa świadomość tego, jak cenne jest rodzicielstwo i będzie tym bardziej zaangażowany w budowanie silnych więzi z latoroślą, to… pod wieloma względami może to być najlepsza z 3 opcji.

Z wielką szansą na odkrycie nowej i dojrzałej młodości około 50-tki. Nie polegającej na uganianiu się za małolatami w kabriolecie, a na aktywnościach i podróżach z mniejszą kopią człowieka.


Myśląc o tym temacie, jeszcze przed napisaniem tego tekstu, zastanawiałem się nad tym, który wiek jest najlepszy na bycie ojcem i rozpatrywałem plusy i minusy. Teraz jednak myślę, że chciałbym spróbować ojcostwa w każdej z kategorii wiekowych. W sumie pierwsze dziecko miałem w wieku 29 lat, a drugie – 31. Jest więc szansa, że załapię się też na 3, najstarszą kategorię!]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/93f00b6fdbc18baf858ed6ba4858ccdf,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/93f00b6fdbc18baf858ed6ba4858ccdf,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/114933,gdy-zabijasz-swoje-dziecko</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/114933,gdy-zabijasz-swoje-dziecko</link><pubDate>Thu, 30 Oct 2014 20:47:41 +0100</pubDate><title>Gdy zabijasz swoje dziecko</title><description><![CDATA[<img src="https://m.mamadu.pl/3f01cd7bb61af0bdfd72129516c948cd,135,135,1,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;"/>Jako matka jestem zaprogramowana, by walczyć o życie swojego dziecka, nawet za cenę własnego życia. Romantycy nazwą to logiką miłością, pragmatycy logiką przetrwania gatunku, cynicy powiedzą, że na jedno wychodzi. Sytuacja, w której całkowicie świadomie i z rozmysłem pozbawiam swoje dziecko życia nie mieści się w żadnym z tych porządków.

Kiedy czytam o 12-letniej Nancy Fitzmaurice, dla której rodzice wywalczyli prawo do eutanazji w niedopuszczającej tej procedury Wielkiej Brytanii, spoglądam na mojego zdrowego, wesołego Mikroba, który koniecznie teraz chce mnie nakarmić chrupkiem i zawiązują mi się na supeł wszystkie narządy wewnętrzne. 

Nancy urodziła się nieuleczalnie chora - cierpiała na wodogłowie, zapalenie opon mózgowych i posocznicę. Do tego była niewidoma. Wymagała całodobowej opieki - samodzielnie nie jadła, nie piła. Początkowo zajmowała się nią matka, później trafiła na stałe do szpitala. Gdy dwa lata temu po operacji kamieni nerkowych Nancy doznała infekcji, jej życie zamieniło się w pasmo niewyobrażalnych cierpień. Jak napisali ostatnio jej rodzice "całymi dniami wyła i wiła się z bólu". DWA LATA.


Kiedy pomyślę ile nerwów kosztuje mnie każdy głupi katar Mikroba, ile strachu każda gorączka, ile bólu każda jego łza, dochodzę do wniosku, że matematyka w swej nieskończoności nie zna takiej liczby przez jaką mogę pomnożyć swoje doświadczenie, by choć wyobrazić sobie to, przez co przeszli rodzice Nancy. Ale jestem przekonana, że wnioskowali o eutanazję dla swojej córki przede wszystkim po to, by zakończyć jej cierpienia, nie własne. "Walczyłam o Nancy przez 12 lat i oddałabym wszystko, aby ciągle była z nami" – napisała Charlotte Fitzmaurice. I ja jej wierzę.


Przeciwnicy eutanazji, poza argumentami religijnymi i etycznymi (które nie do wszystkich przemawiają na równi) podnoszą często argument bardzo pragmatyczny (który akurat do mnie zawsze przemawiał): to jest najłatwiejsze wyjście, niekoniecznie najlepsze dla chorego, ale z pewnością wygodne dla tych, którzy muszą się chorym zajmować. 

Sądzę jednak, że w przypadku Nancy o żadnym "mniejszym złu" ani "łatwiejszym wyjściu" nie może być mowy. Kto się podejmie zważenia czy trudniej znieść cierpienie umierającego dziecka jeszcze przez trzy miesiące czy unieść ciężar zadania mu śmierci i wszystkich psychologicznych i społecznych konsekwencji tego przez resztę życia? Ja się nie podejmuję.


Nie, nie będę tu optować za legalizacją eutanazji. Zbytnia łatwość zadawania śmierci zdaje mi się rodzić więcej ryzyk niż pożytków. Jak dla mnie zbyt wiele jest "beznadziejnych przypadków", które dzięki miłości i opiece wracają do życia (tak jak np. w zupełnie niepragmatycznej i nieopłacalnej Klinice Budzik). Zbyt wiele wołań o szybką śmierć wynika z braku tej miłości i opieki (jeśli nie znacie, poznajcie niesamowitą historię Janusza Świtaja, który złożył pierwszy w Polsce wniosek do sądu o zgodę na eutanazję a dziś sam pomaga niepełnosprawnym).


Mieści mi się jednak w głowie, że są przypadki, w których uśmiercenie własnego dziecka jest największym aktem miłości i miłosierdzia. I modlę się do mojego Boga, bym nigdy nie musiała sprawdzać, czy mnie na niego stać.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/3f01cd7bb61af0bdfd72129516c948cd,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/3f01cd7bb61af0bdfd72129516c948cd,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Boska Matka</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/114907,fontanna-w-wannie</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/114907,fontanna-w-wannie</link><pubDate>Thu, 30 Oct 2014 10:12:18 +0100</pubDate><title>Fontanna w wannie - zrób to sam</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/dad475d3cb8e882443b480d49373e49e,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Codzienna czynność każdego rodzica. Jedne pociechy uwielbiają wodę inne uciekają na sama myśl o wodzie i mydle. Zabawy z wodą to wspaniała okazja do kształtowania wiedzy na temat właściwości tego płynu, a także dostarczania informacji na temat sposobu działania urządzeń związanych z wodą.

Jednym z nich jest fontanna. Do jej wykonania należy skleić taśmą klejąca kilka plastikowych słomek, jedna za drugą (można też wykorzystać wężyk sylikonowy zakupiony ze sklepu zoologicznego). 

Jeden koniec tego wężyka należy włożyć do butelki typu PET. Po napełnieniu wodą tej butelki możemy uznać, ze nasza fontanna jest gotowa. Teraz wystarczy ją uruchomić - ustawić butelkę nieco wyżej poziomu wanny i wkładając drugi koniec do ust wyssać z niej powietrze. 

Jeśli wężyk w butelce będzie zanurzony w wodzie to w miejsce powietrza będzie wchodziła woda, która zacznie sama spływać. Aby całe urządzenie zadziałało należy pamiętać, aby dysze fontanny trzymać niżej niż poziom wody w butelce. 


Jan Amos Jelinek 
Więcej o fontannie dla dzieci na dzieciecafizyka.pl]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/dad475d3cb8e882443b480d49373e49e,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/dad475d3cb8e882443b480d49373e49e,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Jak zrobić własnoręcznie fontannę?</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/114685,wara-od-mojej-macicy-wszystkim</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/114685,wara-od-mojej-macicy-wszystkim</link><pubDate>Fri, 17 Oct 2014 19:18:34 +0200</pubDate><title>Wara od mojej macicy. Wszystkim</title><description><![CDATA[<img src="https://m.mamadu.pl/3f01cd7bb61af0bdfd72129516c948cd,135,135,1,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;"/>Dorota Wellman rzuca mięsem. Apple i Facebook rzucają ochłapy. A wszystko w kontekście mrożenia zarodków.

Nie wiem, co tak wpieniło Dorotę Wellman, że niepomna standardów dziennikarstwa telewizyjnego i zaleceń Rady Etyki Mediów postanowiła kilkukrotnie rzucić soczystą kurwą na antenie, bo na razie dostępny jest tylko ten fragment Miasta Kobiet, w którym wyraźnie poirytowana pointuje dłuższą rozmowę słowami: DOROTA WELLMAN, DZIENNIKARKA"Ja bym nie chciała, żeby się nikt do mojej macicy wtrącał. Nikt, kurwa, nikt. Nawet lekarz, nawet polityk. To ja, JA, decyduję jak to ma być. Spadać od mojej macicy. WSZYSCY".  Mogę się tylko domyślać, skoro tematem odcinka było mrożenie zarodków. I mogę się tylko zgodzić.

Mnie za to wpienił dziś bardzo z pozoru wielkoduszny gest dwóch komercyjnych gigantów z Krzemowej Doliny. Oto Apple i Facebook oferują swoim pracownicom dopłaty do zamrażania komórek jajowych tak, by te w spokoju mogły się poświęcić karierze w korporacji i nie musiały jej przedwcześnie kończyć, kiedy biologiczny zegar wybija ostatnie pięć minut płodności. Nawet 20 tysięcy dolarów na pobranie i przechowywanie jajeczek. No bomba.


Jasne, że mogło być jeszcze gorzej. W sumie Apple i Facebook mogłyby po prostu zadziałać jak przeciętna firma w Stanach czy Polsce, czyli wyjść z założenia, że pogodzenia macierzyństwa z karierą, to nie ich broszka, tylko tych tam programistek i graficzek, które, co prawda, są w swoim fachu równie dobre, co faceci, ale akurat (co za niefart!) mają macice. I czasem nawet ochotę zrobić z nich użytek. No więc niech sobie radzą. Life's hard.

Oczywiście problem nie dotyczy tylko branży IT. Choć tu akurat widać jak na dłoni, że nad jednym szklanym sufitem zwykle wisi kilka kolejnych. Udowodniły, że nie tylko faceci mogą pracować w Sillicon Valley? Owszem, do pierwszego dziecka.


Wg magazynu "Fortune" na 716 przebadanych kobiet, które wcześniej pracowały w firmach technologicznych, 484 odeszło z pracy z powodu macierzyństwa. Czy przyczyną odejścia był brak refundacji in vitro po 40-stce? Jasne, że nie. Ankieterom skarżyły się bardziej na nieelastyczne godziny pracy, brak firmowych żłobków, krótkie urlopy macierzyńskie. Czyli na to, co zawsze. Ilu facetów odeszło z Apple po tym, jak im się urodziło dziecko, pytać chyba nie warto.

Domyślam się, że kto jak kto, ale oni doskonale umieją liczyć – wybrali więc rozwiązane maksymalnie efektywne. Tylko błagam, nie mówcie mi, że po to, by pomóc kobietom, wyrównać szanse, wesprzeć work-life balance. Dopóki bardziej opłaca się gmerać w macicach pracownic niż wpierać dzielenie się opieką z ojcem dziecka albo łączenie tej opieki z pracą, bliżej nam do antyutopii Huxleya niż do sielanki Skandynawów. A to z równością ani wolnym wyborem nie ma nic wspólnego.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/3f01cd7bb61af0bdfd72129516c948cd,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/3f01cd7bb61af0bdfd72129516c948cd,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Boska Matka</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/114523,batyskaf</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/114523,batyskaf</link><pubDate>Wed, 08 Oct 2014 16:20:54 +0200</pubDate><title>Batyskaf</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/2b0c7e0d3417b445f101752ec6817dbb,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Nie każde dziecko miało możliwość widzieć morze Bałtyckie, a jeszcze mniej oglądać jego głębiny. Codzienna kąpiel w wannie również nie generuje wystarczającego doświadczenia.

Niekiedy jedyną szansą na poznanie głębin oceanu i morza są programy edukacyjne w telewizji. Dzieci oglądają w niej urządzenia, za pomocą których człowiek jest w stanie zanurzyć się bardzo głęboko. Przykładem takich urządzeń jest batyskaf. 

Model tego urządzenia można zbudować wykorzystując kuchenne przedmioty. Zacznijmy od dużego, szklanego pojemnika (np. misy), którą napełnijmy wodą. Włożymy do niej odwróconą do góry dnem szklankę i po dotknięciu dna zapytamy dzieci, czy w szklance jest woda? 

Wiele dzieci ulegnie iluzji poziomu wody i wskaże zapewne, że jest pełna wody. Aby udowodnić im, że tak nie jest można na taflę wody położyć piłeczkę ping-pongową, korek lub kawałek styropianu. Unosząc się na wodzie będzie on wskazywał poziom wody. Teraz ponownie włóżmy do wody szklankę obróconą do góry dnem, tym razem dbając, aby piłeczka (lub inny przedmiot unoszący się na wodzie) znajdował się wewnątrz szklanki. Po dociśnięciu do dna okaże się, że spławik leży na dnie – udowodni tym samym, że w szklance jest powietrze. 


Tak więc teraz można „bezpiecznie” przykleić taśmą dwustronną do dna szklanki niewielką postać (np. z klocków lego lub duplo) i przyłożyć ją do dna. Bezpiecznie będzie mogła oglądać morskie krainy naszej kuchennej miski. 

Jan Amos Jelinek 
Więcej o batyskafie na dzieciecafizyka.pl]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/2b0c7e0d3417b445f101752ec6817dbb,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/2b0c7e0d3417b445f101752ec6817dbb,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Batyskaf.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/114487,matka-gorniczka-czyli-o-kobietach-w-kopalni-wywiad-z-karolina-baca-pogorzelska-autorka-ksiazki-babska-szychta</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/114487,matka-gorniczka-czyli-o-kobietach-w-kopalni-wywiad-z-karolina-baca-pogorzelska-autorka-ksiazki-babska-szychta</link><pubDate>Tue, 07 Oct 2014 11:40:33 +0200</pubDate><title>Matka-górniczka, czyli o kobietach w kopalni. Wywiad z Karoliną Bacą-Pogorzelską, autorką książki &quot;Babska szychta&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/69d2abf5cac0499e2893bb7ebca61e0a,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zakaz pracy kobiet pod ziemią został zniesiony ledwie 6 lat temu. Ale kobiety w kopalniach są obecne od zawsze. Komu mel­dują się po wyjeździe spod ziemi? Czy poz­wolą swo­im dzieciom pra­cować w kopalni? Czy mają dokąd wracać po urlopie macierzyńskim? – pytam dziennikarkę, ekspertką ds. górnictwa i autorkę książki "Babska szychta" Karolinę Bacę-Pogorzelską

boska matka: Czym się zaj­mują kobi­ety w gór­nictwie przede wszys­tkim? Bo mimo zniesienia zakazu pracy po ziemią na przodek się chyba nie pchają?

Na przodek nie, ale pod ziemią jest dużo innych stanowisk, które mogą zaj­mować panie. Mogą być geologami albo na przykład mier­niczymi. A jedna z moich bohaterek jest szty­garem wenty­lacji i reg­u­larnie zjeżdża pod ziemię. Niem­niej jed­nak panie, które stanowią ok. 10 proc. kopal­ni­anych załóg, w więk­szości pracują na powierzchni, choć nie tylko w admin­is­tracji. Mogą pra­cować w lam­powni czy markowni, czyli wydawać zjeżdża­ją­cym na dół lampy, aparaty ucieczkowe, numerowane blaszki czy dyski­etki pozwala­jące na iden­ty­fikację, kto jest na dole. Ale trzeba powiedzieć, że na górze nie zawsze jest łatwiej. Choćby praca na tzw. płuczce (czyli w zakładzie prz­eróbki mechan­icznej węgla, który zna­j­duje się na powierzchni), w dużym zapyle­niu i hałasie jest cięższa niż niek­tóre prace wykony­wane pod ziemią. A na płuczce pracuje sporo pań.

	
		
											
					
				
				Agnieszka Copa, szty­gar zmi­anowy MM-1 w kopalni Wujek Katow­ick­iego Holdingu Węglowego•Fot. Tomasz Jodłowski
					

Bycie matką, żoną czy córką górnika wiąże się z życiem w ciągłym napię­ciu i niepewności. Pewnie można przy­wyknąć, ale jed­nak. A bycie matką-górniczką? Czy Twoje bohaterki, zwłaszcza te pracu­jące na trud­nych, ryzykownych stanowiskach, decy­dują się na dzieci?

Posi­adanie górnika w rodzinie to w ogóle ner­wówka. Mój pradzi­adek i dzi­adek byli górnikami, więc jak moja bab­cia w 2007 r. usłyszała, że i ja zjeżdżam na dół, to w sumie się nie dzi­wię, że się za głowę łapała. Tak, jak faceci gór­nicy są ojcami, tak panie gór­niczki są matkami. Moje bohaterki zgod­nie przyz­nały, że i czas ciąży i urlopu macierzyńskiego czy wychowaw­czego wspom­i­nają dobrze, bo zawsze miały dokąd wró­cić, nikt nie próbował się ich pozbyć z pracy. Tuż po pre­mierze „Bab­skiej szy­chty” syna urodz­iła pani Ania Krasnodęb­ska, która na co dzień pracuje na dole jako szty­gar wenty­lacji. I na ile ją poz­nałam, to wiem, jak kocha swoją pracę i myślę, że będzie chci­ała wró­cić do kopalni Murcki-Staszic. 


Bycie matką-górniczką na pewno nie jest łatwe, ale czy w ogóle bycie matką jest łatwe? Dziew­czyny w gór­nictwie muszą być twarde i są, dlat­ego świet­nie godzą swoją pracę w kopalni z pracą mamy. Niek­tóre z moich bohaterek mają więcej niż jedno dziecko, niek­tóre mają dorosłe dzieci. I co? Rodzinna gór­nicza trady­cja często zobow­iązuje. Np. syn pani Iwony Widuch z PG Sile­sia uczy się w tech­nikum na mecha­tron­ika gór­nictwa, a szkoła ma pod­pisaną umowę z JSW gwaran­tu­jącą pracę najlep­szym absol­wen­tom. Ale jak to w gór­nictwie, panie zjeżdża­jące na dół po wyjeździe często muszą się mel­dować najbliższym,choć może po paru lat­ach pracy już rzadziej. A komu w pier­wszej kole­jności? Oczy­wiś­cie mamie.


I nie próbują odwieść swoich dzieci od pomysłu zatrud­nienia w gór­nictwie? Naprawdę?

Nie, wręcz prze­ci­wnie. Niek­tóre mówią nawet: „no niestety wybrał inną branżę”. Trady­cja rodzinna w gór­nictwie i taki pokole­niowy zawód to bardzo silna sprawa, zwłaszcza na Śląsku. Poza tym prze­cież nie każdy musi pra­cować na dole.

Sto­sunek do kobiet w gór­nictwie jest ambi­wa­lentny. Z jed­nej strony baba na gru­bie przynosi pecha, z drugiej św. Bar­bara– to dla górników ktoś więcej niż patronka, to niemal bogini. Skąd te paradoksy?

Cóż, widocznie jedna baba, św. Bar­bara, była zawsze wyjątkiem potwierdza­ją­cym regułę, że gór­nictwo to męski zawód. I te stereo­typy poku­tują do dziś. A prze­cież coraz więcej kobiet jest w zawodach uważanych za typowo męskie: kierują ciężarówkami, są pilotami samolotów, żołnierzami, polic­jan­tkami. Ja myślę, że gór­nictwo coraz bardziej oswaja się z tym, że panie są w tej branży, ale to musi jeszcze trochę potrwać.
	
		
											
					
				
				Anna Siwczyk, wiceprzewodnicząca Związku Zawodowego Kobiet w Górnictwie•Fot. Tomasz Jodłowski
					

Twoje bohaterki dziel­nie to znoszą. I chyba nie tylko ze względu na wyższe niź prze­cięt­nie wynagrodzenia? 


Nie, choć kasa też nie jest bez znaczenia, co same przyz­nają (niek­tóre mówią, że wybrały tę pracę ze względu na sta­bil­ność pracy i płacy). One naprawdę lubią to, co robią. A moim celem też nie było jakieś hero­izowanie kobiet w gór­nictwie. I choć rozdział o stereo­ty­pach fak­ty­cznie wyszedł najdłuższy, to moje bohaterki naprawdę nie cier­pią w pracy, w prze­ci­wnym razie by ją zmieniły.

Mnie się wydaje, że więcej nawet – praca w gór­nictwie pomaga im się eman­cy­pować, dodaje mocy i wiary w to, że naprawdę w niczym nie ustępują face­tom. Górnikom i nie-górnikom.


Też tak myślę, ale one dalekie są od parafra­zowa­nia hasła „kobi­ety na trak­tory” na na przykład „kobi­ety po kilofy” albo „kobi­ety do kopalń”. Chyba jed­nak taka praca dodaje im swois­tej pewności siebie.

A jed­nak Ty piszesz w pewnym momen­cie, że po głębokim namyśle dochodzisz do wniosku, że praca pod ziemią nie jest dla kobiet. Fem­i­nistka we mnie się jeży na takie dictum.

Bo nie byłaś na dole, a ja byłam. Co prawda tylko kilka­dziesiąt razy w ciągu 7 lat mojej pracy z gór­nictwem, ale zawsze. I byłam na przodku, i w ścianie wydoby­w­czej, i jako jedna z dwóch pier­wszych kobiet na najgłęb­szym poziomie wydoby­w­czym w Polsce – 1290 m (JSW, kopal­nia Budryk). I uważam, że to nie są miejsca do reg­u­larnej ośmio­godzin­nej szy­chty dla kobi­ety. Koniec kropka. Zjechać tam raz czy drugi ok, ale robić dzień w dzień? I nie chodzi mi tu o potenc­jalne zagroże­nia. Fizy­cznie kobi­eta nie da tam rady, tak uważam, ale nie musisz się ze mną zgadzać

	
		
											
					
				
				Karolina Baca-Pogorzelskaz 3-miesięczną Zosią na Kon­gre­sie Kobiet•Fot. Magda Romańska
					

Jak dla mnie, to nie jest praca dobra dla nikogo, ale zostawmy. Pisałaś „Bab­ską szy­chtę” w ciąży, kończyłaś na chwilę przed poro­dem. To dobry czas na pisanie?


Gdy byłam w ciąży ukazała się też pier­wsza książka Gór­nictwo 2_0 „Drugie życie kopalń”. „Bab­ska szy­chta” była w mojej głowie jeszcze wcześniej, ale z kilku przy­czyn ukazała się w tym roku. Dla mnie ciąża to super czas, w którym trzeba robić to, co się lubi. Ja nie mogłam zjeżdżać na dół, więc musi­ałam znaleźć sposób, by być blisko kopalni. W następ­nej ciąży postaram się o kole­jną książkę.

No a jak się „Bab­ska szy­chta” ukazała, Zula była już na świecie. Nie przeszkodz­iło Ci to w inten­sy­wnym pro­mowa­niu książki. I prawie wszędzie (w radiu, TV, na kon­gre­sach) towarzyszyła Ci maleńka córka. To było duże wyzwanie?


Owszem, bo to moje pier­wsze dziecko i nie miałam poję­cia, jak się będzie zachowywać. Ale obie stanęłyśmy na wysokości zada­nia. Zosia nie pojechała tylko na katow­icką pre­mierę książki i nagranie w TVP Katow­ice. To dzielna dziew­czyna, od samego początku (moja ciąża przez 5 tygodni była na początku zagrożona). Ona bardzo lgnie do ludzi, jest towarzyska i wesoła. A jak podrośnie, pojedziemy zwiedzać kopal­nie, o których pisałam w pier­wszej książce, m.in. zabytkową Guido czy Królową Luizę.
---
Karolina Baca-Pogorzelska (ur. 1983) pochodzi z Jaworzna. Dzi­en­nikarka, w lat­ach 2003–2013 związana z „Rzecz­pospolitą”, od 2007 r. zaj­muje się gór­nictwem węglowym, od 2012 r. jest inżynierem gór­niczym trze­ciego stop­nia. Górnikami byli jej pradzi­adek i dzi­adek, a kopal­nie stały się nie tylko tem­atem jej pracy zawodowej, ale i pasją – była np. jedną z pier­wszych osób, które dotarły na najgłęb­szy doty­chczas poziom w Polsce – 1290 m w kopalni Budryk. Lau­re­atka m.in. konkursów Głównego Insty­tutu Gór­nictwa (2008 r.) i Wyższego Urzędu Gór­niczego (Kar­bidka 2011). Wraz z fotografem Tomaszem Jodłowskim wydała dwie książki Gór­nictwo 2_0. “Drugie życie kopalń” oraz “Bab­ską szy­chtę”. Mama Zosi.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/69d2abf5cac0499e2893bb7ebca61e0a,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/69d2abf5cac0499e2893bb7ebca61e0a,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Alek­san­dra Nielaba, geolog w kopalni Rydułtowy-Anna Kom­panii Węglowej</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/114457,trener-fitness-z-ekranu-czy-na-zywo</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/114457,trener-fitness-z-ekranu-czy-na-zywo</link><pubDate>Mon, 06 Oct 2014 00:06:14 +0200</pubDate><title>Trener fitness z ekranu czy na żywo?</title><description><![CDATA[<img src="https://m.mamadu.pl/3995af64ec1db0bb48733fd1a539f922,135,135,1,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;"/>Ćwiczenia w domu, przed komputerem czy telewizorem, wydają się opcją idealną dla mam! Walczysz, kiedy pojawi się okazja – dziecko bawi się spokojnie, drzemie, albo  tata wrócił z pracy i zajmie się potomkiem. Ostatecznie jest też noc- wszyscy śpią, a Ty masz w końcu chwilę dla siebie. Odpalasz internet, DVD, aplikację na telefonie, konsolę… Możliwości, jakie daje nam technika, są ogromne! Możesz wybrać: czy ćwiczysz z instruktorem polskim, czy zagranicznym, jaki rodzaj treningu i na jakim poziomie zaawansowania? Cena też jest przystępna w porównaniu z karnetem na siłownię! Można ćwiczyć nawet zupełnie za darmo, jest przecież spory wybór darmowych filmików w Internecie. W dodatku, nie musisz przejmować się strojem, nie ma znaczenia, czy masz na sobie super dri-fit markowy ciuch z najnowszej kolekcji, czy stary powyciągany dres. Najważniejsze, żeby było wygodnie! Do tego nikt nie widzi Cię czerwonej i zasapanej, kiedy niezdarnie wykonujesz kolejne powtórzenia... Czyżby same zalety?

Wiadomo, że trener „wirtualny” wygląda super, ma nienaganną sylwetkę, jest uśmiechnięty i pełen entuzjazmu. Skoro tak to działa na niego, w naszym przypadku będzie tak samo? Niestety, musimy pamiętać, że po pierwsze na sukces składa się nie tylko odpowiednia aktywność, ale też dieta i zdrowy tryb życia. Po drugie, samodzielnie wykonywane ćwiczenia przed TV czy komputerem, mają pewne wady... Bo skąd pewność, że wykonujemy te ćwiczenia prawidłowo? Nie mamy przed sobą lustra, by to skontrolować, ani nikogo, kto wytknie nam błędy. Poza tym, jako laicy, nie umiemy odróżnić dobrego treningu od złego. Czy odpowiednio dobrano ćwiczenia? Czy aby na pewno dążą do równowagi mięśniowej w naszym ciele, czy raczej sprzyjają przeciążeniom? Czy pokazywana technika jest poprawna? Bo dobry trening to niekoniecznie taki, kiedy pot leje się z nas ciurkiem, a serce mało nie wyskoczy z klatki piersiowej. Poza tym, nie każda aktywność jest dobra dla wszystkich. Mamy różną budowę, różne wady postawy, nawyki, przeszłość urazową... Szczególnie uważać powinny osoby początkujące, które nie znają dobrze techniki ćwiczeń, brakuje im kondycji i ich organizm nie jest przyzwyczajony do intensywnego wysiłku. Tak samo, jeśli mamy jakiekolwiek problemy zdrowotne, choroby przewlekłe czy stany pourazowe, dające o sobie znać stare kontuzje, dolegliwości bólowe ze strony kręgosłupa lub stawów. Zastanówmy się zatem, jaką mamy alternatywę?


Grupowe zajęcia fitness

Jaka jest przewaga takiej aktywności? Po pierwsze, zawsze możemy (i powinniśmy!) uprzedzić instruktora o naszym problemie zdrowotnym lub poinformować go, że dopiero zaczynamy ćwiczyć i nie mamy doświadczenia. Wtedy mamy pewność, że dokładnie przyjrzy się nam podczas ćwiczeń, poradzi, które nie są dla nas korzystne i da alternatywne zestawy. Po drugie, nawet przy sporych grupach, mamy szansę, że trener wychwyci nasze błędy techniczne i je poprawi. Niestety, czasem nie jest to takie proste, jak by się mogło wydawać, bo błędy mogą mieć głębsze podłoże i nie wystarczy krótka wskazówka, by je poprawić. 


Kolejna sprawa to urozmaicenie- możemy wybrać z dużego wachlarza zajęć coś odpowiedniego dla siebie i mamy pewność, że każdy trening będzie inny. Odpada więc rutyna i brak efektów spowodowany długotrwałym wykonywaniem tych samych zestawów ćwiczeń, bez progresji i modyfikacji. 

Z góry narzucony grafik klubu fitness również może okazać się zaletą. Układamy swoje plany tak, żeby zawsze danego dnia o stałej godzinie móc iść do klubu. Wtedy jest nasz czas dla siebie, a telefon zostaje w szatni! I cały świat sobie musi bez nas poradzić przez tę godzinę ;) Jest też motywacja - grupa ćwiczy, to i ja dam radę! Do tego mamy siłownię, gdzie trener pokaże nam jak korzystać z maszyn i prawidłowo ćwiczyć oraz saunę, która sprzyja regeneracji po treningu.


Minusy też są, oczywiście... Za karnet trzeba zapłacić, do klubu trzeba dotrzeć, na sali nie zawsze jest luźno i komfortowo, jak byśmy tego oczekiwały. No i znów robimy to, co wszyscy, więc niekoniecznie z korzyścią dla nas... Choć, jak już wspomniałam, nawet na zajęciach grupowych jest możliwość pewnej indywidualizacji, trzeba tylko porozmawiać z instruktorem.

Trening personalny

Opcja prawie idealna, bo niestety nie każdy może sobie na to pozwolić ze względu na cenę i dostępność. No i trzeba jeszcze trafić na odpowiednią, profesjonalnie przygotowaną osobę w kierunku naszych potrzeb. Nie ma specjalistów od wszystkiego! Ktoś, kto podejmie się przygotowania zawodnika do zawodów kulturystycznych, niekoniecznie będzie fachowcem w treningu medycznym i odwrotnie. Pewnie trzeba będzie trochę poszukać, ale warto spróbować! Dobry trener może nie powie do nas„serduszko kochane” (chociaż kto wie? ;) ), ale dobierze trening, jak sama nazwa wskazuje- spersonalizowany! Uwzględni bolesny bark, dyskopatię, czy kolano po wypadku na nartach. Będzie wiedział, jak bezpiecznie ćwiczyć z cukrzycą lub przy nadciśnieniu. Do tego poradzi na temat sposobu odżywiania, bez zmiany którego efektów w postaci płaskiego brzucha niestety nie zobaczymy…


Trening personalny nie oznacza tylko wyciskania sztangi na siłowni, nie jest też zarezerwowany tylko dla gwiazd i kulturystów. Trener pomoże dobrać aktywność, która będzie najskuteczniejsza ze względu na naszecele i upodobania. I co najważniejsze, zacznie trening od podstaw, od sprawdzenia ruchomości stawów (czy nie masz ograniczeń, przykurczy?), kontroli i świadomości ruchu, umiejętności stabilizacji (bez tego codzienne czynności, nie mówiąc już o intensywnych ćwiczeniach, będą powodowały dolegliwości), kolejności włączania się do pracy twoich mięśni, czyli prawidłowych wzorców ruchowych. Często nie mamy pojęcia, jakie błędy popełniamy w każdym naszym ruchu, nawet na co dzień! I nakładamy na siebie kolejne przeciążenia, utrwalamy złe nawyki. Jeśli gdzieś w tych podstawach czają się błędy i niedociągnięcia, a zaczniemy zbyt intensywnie i na własną rękę ćwiczyć, niestety w końcu pojawi się kontuzja... I złośliwi powiedzą ironicznie: „no tak, przecież sport to zdrowie”. Bo to sport to zdrowie! O ile się umiejętnie do niego zabierzemy. Szczególnie, jeśli nie mamy zbyt dużego doświadczenia, nigdy nie byliśmy super aktywni lub mimo regularnych ćwiczeń nie widzimy ich efektów. A może wciąż wracają do nas te same dolegliwości? Wtedy trzeba szukać przyczyny!


Dlatego zachęcam do spróbowania treningu ze specjalistą. I wiedz, że nie trzeba od razu kupować całego pakietu treningów i ćwiczyć na co dzień niczym gwiazda, z osobistym trenerem. Czasem wystarczy tylko konsultacja, kilka pierwszych treningów. Nie bójmy się pytać! Przecież chodzi o nasze zdrowie i jakość życia. Dobry trener wyprowadzi nas na prostą - wytknie błędy, da wskazówki i podpowie, na co zwrócić uwagę, nad czym popracować i jaka aktywność będzie dla nas najlepsza. Chociaż oczywiście, jeśli ktoś potrzebuje stale motywacji, kogoś, kto stoi nad głową, liczy powtórzenia i nieustannie czepia się techniki – idealnie! Spełni swoje oczekiwania również w tej kwestii :)


Cokolwiek wybierzesz: ćwiczenia w domowym zaciszu, zajęcia grupowe czy indywidualny trening pod okiem fachowca - trzymam za Ciebie kciuki! Za wytrwałość w postanowieniach, radość z ruchu, zdrowsze ciało i duszę. Naprawdę warto! :)]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/3995af64ec1db0bb48733fd1a539f922,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/3995af64ec1db0bb48733fd1a539f922,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Kasia Witek</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/114401,szczucie-matka-o-rodzicach-w-telewizorze</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/114401,szczucie-matka-o-rodzicach-w-telewizorze</link><pubDate>Thu, 02 Oct 2014 11:38:06 +0200</pubDate><title>Szczucie matką. O rodzicach w telewizorze</title><description><![CDATA[<img src="https://m.mamadu.pl/3f01cd7bb61af0bdfd72129516c948cd,135,135,1,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;"/>Jeszcze nie doszłam do siebie po obejrzeniu kawałka odcinka"Mama kontra mama", a tu największa polska stacja komercyjna już rekrutuje do nowego programu. Ogłoszenie wielce zachęcające:

"Do programu TV poszukujemy matek imprezowiczek, które pomimo sprzeciwu rodziny, partnera nie chcą dać się zamknąć w domu tylko uwielbiają chodzić na imprezy! Jeśli jesteś taką mamą... ZAPRASZAM DO PROGRAMU TV! Prześlij swoje imię oraz nr telefonu, a zadzwonię do Ciebie i wszystko wyjaśnię! Za udział w programie przewidziane jest honorarium!"

Cudownie! Szczucie matek przeciw sobie niespecjalnie się ogląda (widzowie wolą Wydarzenia i program "Jaka to melodia?". Pora więc na większy hardkor. Plejada wyrodnych matek. Rozpustnych egoistek. Nieodpowiedzialnych, skłóconych z rodziną latawic. Może sprzeda się lepiej. Wszak kochamy osądzać, buczeć i rzucać kamieniem. Zwłaszcza do tych rozpiętych na tarczy, którzy sami wystawiają się na strzał. Same.
Zwłaszcza z perspektywy kanapy.


Jeszcze podamy to w równościowym, emancypacyjnym sosie: "nie chcą dać się zamknąć w domu". No wiadomo, że nie chcą. Ja też nie chcę. Kto chce? Będzie pięknie. To jest prawdziwe życie. "Reality" polskich rodziców. Ich największy problem. Błagam.

Nie oczekuję wielkiej misyjności od TVN. Wiem, że ma się oglądać i tyle. Ale jakoś się nie ogląda przesadnie. Może to sygnał? Jak już na siebie napuszczacie i piętnujecie, to może nie tych Bogu ducha winnych, tylko takich, którym naprawdę trzeba dobrać się do skóry? Hę?

Proponuję na początek alimenciarzy. Ależ to byłby show! Tropienie ukrytych dochodów, wjazd na chatę, której nie ma w żadnej ewidencji, śledzenie samochodu, który oficjalnie należy do brata. Przyjęcie niespodzianka, gdzie wszyscy trzymają transparent: PŁAĆ ALIMENTY. Demaskowanie jak kryje ich cała rodzina (także matki). Jak pozwala, by uchylali się od odpowiedzialności za własne dzieci. Latami. Albo pokazywanie magicznych sztuczek i niemożliwych choreografii, jakie wykonują matki, by utrzymać czwórkę dzieci z jednej pensji. To chyba nawet ciekawsze.


Nie będzie problemów z rekrutacją do programu. Ściągalność alimentów w Polsce wynosi obecnie 16-17 procent. Setki tysięcy kobiet (tak, kobiet przede wszystkim) czekają na zaproszenie do takiego show. Nie dla Waszych pieniędzy. Dla tych pieniędzy, które od lat należą się ich dzieciom od ojców. I nie mówcie mi, że pieniądze są tu nieważne. 


	
		
											
					
				
				Fot. Demotywatory.pl
					

Wierzę w Was. Macie swoje zasługi. Programy Uwaga Pirat! (12 sezonów) czy Usterka (6 sezonów), też się nie patyczkowały z szalonymi kierowcami i nieuczciwymi "fachowcami". I się oglądały. I do dziś robią dobrą robotę.


I choć nadal uważam, że wpółczesna telewizja to głównie zło, przyznaję bez bicia: podoba mi się za to przemilczany format, po który ostatnio sięgnął Polsat. "Tata sam w domu" dotyka (może niechcący, ale nieistotne) ogromnie ważnej kwestii, z którą borykają się współczesne rodziny. A w nich znów głównie kobiety. Nieustannym lekceważeniem, niedocenieniem i uznawaniem za oczywistość nieodpłatnej pracy opiekuńczej i domowej. 

Tatowie-bohaterowie na kilka dni przejmują mamine obowiązki. Pranie, gotowanie, opiekę nad dziećmi. Mama odpoczywa w SPA. Okazuje się, że dla tatów z programu prasowanie pościeli czy wyjście z dzieckiem do fryzjera to jest dopiero wyzwanie. Wyzwanie na miarę wystrzelenia z armaty. Tata Mikroba jak obejrzał kawałek, to się wściekł – że to robienie z ojców nieodpowiedzialnych debili, co karmią dzieci pizzą (taki mu się akurat trafił bohater). Ja jestem zachwycona. Zwłaszcza jak słyszę w programie kawałki w stylu: "Pić to każdy potrafi, a wypastować schody już niekoniecznie" (tata do kolegi przez telefon), albo: "Nie wiedziałem, że to wszystko takie trudne i męczące. Teraz dopiero doceniam żonę" (tata do kamery), albo wreszcie "Bardzo się cieszę, że tata spędził z nami tyle czasu. Nigdy dotąd tego nie robił" (syn do kamery). 


Nie śmiejcie się nowoczesne, równościowe pary. Nie złość się Tato Mikroba. W większości polskich domów to nadal epokowe odkrycia.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/3f01cd7bb61af0bdfd72129516c948cd,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/3f01cd7bb61af0bdfd72129516c948cd,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Boska Matka</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
