<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[MamaDu.pl - Blogi]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii Blogi w MamaDu.pl]]></description>
		<link>https://blogi.mamadu.pl/c/319,blogi</link>
				<generator>blogi.mamadu.pl</generator>
		<atom:link href="https://blogi.mamadu.pl/rss/kategoria,319,blogi" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/175037,czuje-jestem-ide-dalej</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/175037,czuje-jestem-ide-dalej</link><pubDate>Tue, 04 Jul 2023 16:00:04 +0200</pubDate><title>CZUJĘ, JESTEM, IDĘ DALEJ</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/e6442685a1a4bab019e406755058b8ee,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Czuję, jestem, idę dalej. Kobieta w podróży do wewnętrznej mocy" - Ewa Klepacka - Gryz - spoczęła na półce. Przeczytałam i w końcu uznałam. Ja, kobieta we mnie... 
Uznałam, że kobieca podróż przez życie jest zupełnie inna niż męska.

Mam w głowie obraz mema. Na jednym obrazku widoczne są proste tory, dwa, z podpisem "męskie myślenie". Na drugim - poplątane z pomieszanym... z podpisem "kobiece myślenie". W pierwszej sekundzie zaczęłam się śmiać... W sumie racja... Po dłuższej chwili w brzuchu zaczęła wibrować mi znana gula (ta sama, która podbija się w moim podbrzuszu zawsze wtedy, gdy raz za razem przekraczam siebie samą) - myślenie kobiety... jest niejednoznaczne, pełne emocji, nierzadko lęku, niepewności, wątpliwości, ciężkiej harówki, znoju... O tak! Mielę na potęgę, toczę w głowie rozprawy o biskich, przyjaciołach, wszędzie tam, gdzie postawiłam granice, a później zalał mnie wstyd, że śmiałam te granice postawić, więc mielę i mam potrzebę "samoagitowania" się "dobrze zrobiłaś, miałaś prawo!"...


Usłyszałam kiedyś, że zmęczenie nie istnieje, znaczy istnieje, ale tylko przez słabość i ograniczenie umysłu... Trudno, jestem słaba (i uznaję to), ale poczułam zmęczenie - w ciele, w głowie, w duszy. Ostatnio przeprowadziłam (kolejną), a raczej przeprowadziliśmy, rewolucję w życiu... Pod prąd, przeciw obecnym trendom, po raz kolejny na wspak do zewnętrznej mody... Nie wiem czy zwariowaliśmy, czy nie... wiem jedno - intuicja nigdy nas nie zawiodła i pewnie będzie tak i tym razem... 
Więc (tak wiem, nie zaczyna się zdania od "więc", ale ja zaczynam...) dokonaliśmy zmiany, jesteśmy w zmianie, jesteśmy zmianą... I dobrze! Zmęczeni teraz, ale szczęśliwi... Być może bardziej z potrzebą zatrzymania się niż poczuciem zmęczenia? Tylko po co się zatrzymywać? A może lepiej - jak?


Jest lato. Kiedyś kojarzyło mi się z sielankowymi widokami, łąkami pełnymi chabrów, maków i dziurawców. Od kilku lat obserwuję coś odwrotnego... Wakacje!? To super - "zrób kurs"/ "wróć do siebie i ciała" / "zafunduj sobie psychoterapię w miesiąc!". Nie chcesz? No pewnie, że chcę! Chcę się naprawić, wyprostować, zakleić plastrem ranę z dzieciństwa! A któż nie chce? Wakacje zdają się być pretekstem do kolejnej harówki! Jeśli masz taką potrzebę, super, gratuluję odwagi! A co jeśli czujesz wewnętrzny przymus, że trzeba, a tak naprawdę chcesz się zatrzymać, odpocząć? Czy masz odwagę dać sobie to, co jest akurat potrzebne?


Książka Ewy Klepacz - Gryz dała mi ukojenie. Każda kobieta na pewnym etapie potrzebuje zejść z drogi "córeczki tatusia", męskiej rywalizacji, robienia kariery, stawiania na wygląd zewnętrzny, by móc zacząć wzrastać w tym, co kobiece. By przestać usychać w środku, przestać tęsknić za tym, co od mamy i babci... Czy jest Ci po drodze do własnej rodzicielki, czy też nie, bardziej chodzi tu o wszystko co kobiece. Niestety rodząc się kobietą nie uciekniesz od tej drogi (od zaprzeczenia kobiecości do powrotu do niej...), zatrzymasz się kiedyś i tak... Bo Twoja kobieca natura to nie cel - pieniądze - pochwała - cel - dom - samochód... to męska podróż. Twoje ścieżki są inne. by móc pójść dalej, należy zauważyć, co jest w Twoim wnętrzu, jak to jest być z sobą samą w pełnej akceptacji, w mrocznej jaskini bez światła, gdzie czeka na Ciebie Baba Jaga...


Zatrzymać się... Ale jak? Tak w bezruchu? OOOO tak.... Wdech - wydech... To nie znaczy, że już nie posunę się do przodu, to jedynie znaczy, że zrobię to z uwagą na siebie i własne wewnętrzne stany...

Kiedy Kaśka Nosowska powiedziała, że zawiesza swój udział w zespole "Hej", pomyślałam "wielka szkoda... lubię ją...", ale chwilę później ukazała się światu w zupełnie innej odsłonie, innej jakości..., jakości duszy... Zatrzymała się, by móc inaczej, w zgodzie ze sobą. Miała odwagę powiedzieć "już nie mogę tak dalej", wolę dom, męża, zacisze, spokój...


Ja też od lat schodzę z męskiej ścieżki (być może dlatego, że mam w domu mężczyznę, który jest w pełnej sile męskości!), oznacza to tyle, że tworzę i jestem w tym, z czym mojemu ciału i duszy jest dobrze. "Odklinam" zaklęcia z dzieciństwa "co ludzie powiedzą", tudzież "nie zasługujesz", biorę pełną odpowiedzialność za siebie i swoje życiowe decyzje, nie szukam już winnych, sama stawiam czoła swoim lękom i uznaję, że są, widzę je już, nie uciekam... Mierzę ich wielkość i jakość... i jestem... W zatrzymaniu? Nie, ale w zwolnieniu już tak! I dobrze mi w tym, w tym co jest teraz. Uznałam własne dzieciństwo, okiełznałam lęk o przyszłość i jestem tu...
W tej zmianie cieszę się spacerem z synem, lasem, wieczorem filmowym z mężem, snem stopa w stopę, lipą uzbieraną na zimę. Czuję jestem, oddycham, żyję życiem... A że wolę jakość od ilości, to w świecie zewnętrznym jest mnie mniej, za to jak już jestem, to prawdziwie, w całości.


I Tobie życzę tego samego... Podróży do wnętrza siebie, bez względu na to, co ludzie powiedzą! 

Basia]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/e6442685a1a4bab019e406755058b8ee,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/e6442685a1a4bab019e406755058b8ee,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/171779,love</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/171779,love</link><pubDate>Sun, 12 Mar 2023 13:58:27 +0100</pubDate><title>Love</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/aa9f4510a26faf288d711c5c5359b83a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Stoję w kolejce do kasy samoobsługowej w znanym markecie czy dyskoncie (nie odróżniam czym się różni jeden od drugiego...) i głowa mi pulsuje... Nie wiem czy to ja znalazłam się w jakimś nierealnym wymiarze, w którym ludzie zapomnieli o dobrym wychowaniu i życzliwości, czy to może świat zewnętrzny jest właśnie taki, a to ja ciągle do niego nie pasuję... (i jeśli tak wygląda, to wcale nie chcę pasować)?
..............................................................................................................

Mój mąż ma bardzo dobrą, ale i prostą filozofię życiową - nie krzywdzić innych, ale też się na innych nie oglądać, małymi kroczkami, konsekwentnie iść do celu... Uwielbiam to spojrzenie na życie, ponieważ ja często żyję w chaosie i w głowie i w planie rzeczywistym, tak więc kiedy czuję, że tracę grunt albo moja wysoka wrażliwość wpycha mi świat zewnętrzny do wnętrza, tak że zabiera mi oddech, sięgam do rozmów z nim... Jest uśmiechnięty, pogodny i zadowolony z życia, choć każdego dnia wstaje o czwartej rano, by dojechać do pracy, umie cieszyć się drobnostkami, a przeciwności losu odbiera za lekcję cierpliwości... Niestety umknął mi fakty, kiedy to uczeń przerósł mistrza :-) No cóż, z pokorą potrafię przyznać się do tego, że korzystam z jego rad i z dumą podpatruję jak radzi sobie z życiem, choć kiedyś było odwrotnie... Nie piszę tego w ramach reklamy małżonka, choć rzeczywiście jest fantastycznym człowiekiem (uwierzcie wady też ma!!!), ale jego powyższy rysopis jest mi potrzebny do zarysowania pewnej sytuacji...
W naszym domu mój mąż w każdą sobotę robi zakupy... Z kilku powodów on - ponieważ wstaje jak oszalały o nieludzko wczesnej porze; ponieważ lubi przechadzać się między marketowymi półkami (co mnie dobija i odbieram to jako cholerną stratę czasu); ponieważ ja jestem wysoko wrażliwa - więc marketowe hałasy i światło po chwili mnie denerwują i męczą (z tego powodu rzadko odwiedzam również centra handlowe); ponieważ jest mistrzem "small talkingów", więc zna wszystkie panie na osiedlowym ryneczku (co z jednej strony uważam, za gigantyczną zaletę, z drugiej jednak, jest to znowu dla mnie strata czasu, zakupy to zakupy... nie dla niego - on z tego czerpie jakąś dziwną przyjemność i okazję do międzyludzkich spotkań). Tak, więc to on zaopatruje nasz dom w niezbędne produkty, ja w tym czasie robię kawę, ogarniam kuchnię i tulę naszego syna... Niemniej jednak, od czasu do czasu, zabiera mnie ze sobą, jak ostatnio... I tak stoimy przy kasie samoobsługowej, przyglądam się mężowi, jak sprawnie wciska te guziczki i myślę, że jak nie będę z nim chodzić na zakupy, to niedługo wypadnę z obiegu i bez niego ani rusz, nie ogarnę wyjścia na zakupy, względnie zostanie mi tylko osiedlowy sklep (o ile takie jeszcze będą istnieć i będzie mnie stać na zakupy w nich)... Przemiła Pani Kasjerka zachęca klientów do samodzielnego kasowania, gotowa do pomocy, biega od kasy do kasy i wciska coś, klika, a kas jest dużo i w każdej każdy klient coś chce... Matko, jak musi to być męcząca praca, myślę, nie ogarniam swoich zakupów, a ona ogarnia 6 kas... Nagle podchodzi, do jednej z nich, starsza pani (rozumiem, skora ja mam trudności, to i ona pewnie też, to normalne) i od razu na cały głos mówi, że to skandal, że nie ma zwykłych kas... No rację ma, zawsze lepiej mieć wybór niż go nie mieć, niemniej jednak, nie jest to wina pracownicy sklepu! W wyobraźni widzę jak codziennie rano przed pracą ciągną losy i kto przegra, ten idzie na strefę samoobsługową... Przemiła, raz jeszcze podkreślę, kasjerka podchodzi do pani i mówi, że rozumie strach starszej pani i że jej pomoże we wszystkim, niestety biega też po między innymi kasami, co zmusza klientkę do podejmowania własnych działań... Krzyczy na głos, że nie umie i że wcale nie musi, bo nikt tu jej nie płaci za to, jest w końcu klientem... Kasjerka cierpliwie podchodzi do pani, pomaga, a w nagrodę otrzymuje komentarz "no nawet pani to wolno idzie, a co dopiero mi!", na to, z uśmiechem, pani kasjerka odpowiada, że tylko czyta komunikaty na kasie (bo przecież dopiero co odsłużyła czterech innych klientów), więc dostaje kolejny słowny cios między oczy, że jej przecież za to płacą, inny klient dokłada "a co jak ktoś nie umie czytać, a go zmuszają do kas samoobsługowych"... a mi się ciśnie do głowy miliard komentarzy i zastanawiam się, którego użyć... Na co mój mąż, kończąc płatność i biorąc zakupy, odwraca się do tej cudownie z siebie zadowolonej klientki (zadowolonej z siebie, że wylała wiadro pomyj na bogu ducha winnej kasjerce) i patrząc jej w oczu pyta "nie wiem z czego się pani tak cieszy, była pani bardzo niemiła dla tej kobiety - o kasjerce", otwierając drzwiczki od strefy kas dodał do pani kasjerki " a Pani życzę miłego dnia"... Powlokłam się za nim jak taka owieczka za pasterzem, myśląc sobie, jest 8 rano, a tu taki horror w markecie... o kasy... Rozumiem, że brak otwartych tradycyjnych kas to zamysł mający na celu zmusić nas do samoobsługi, która jest tańsza niż pracownik, rozumiem, że jest to też zabieg zachęcający do płacenia kartą, co może pozbawić nas wolności finansowej... JA TO ROZUMIEM, mam w sobie sprzeciw wobec tego, ale po pierwsze (na razie, a może w ogóle) mamy wybór robienia zakupów w miejscu, które nam odpowiada, a po drugie Pani kasjerka nie odpowiada za politykę firmy! Co się stało z ludzkimi odruchami...???? Wrzeszczymy i burczymy na siebie o byle co??? Tracimy własną energię na spory w markecie? o 8 rano w sobotę??? Ja chyba z jakiejś lamy się urwałam, jak mawiano, gdy miałam kilka lat... A mąż mój zaimponował mi i opanowaniem i zarazem odwagą... Zasiał życzliwość, tam, gdzie mogła wybuchnąć bomba...


Mamy w domu rytuał, siadamy we dwoje przy herbacie (ja raczej ostatnio przy kawie, która ratuje mi energetyczne życie) i opowiadamy sobie różne rzeczy, omawiamy, co nas spotkało, jakie mieliśmy w sobie emocje i dlaczego; ja najbardziej lubię cykl z życia wzięty - co nas dziwi... Nie są to spotkania codzienne niestety, ponieważ w tygodniu mijamy się - jak mój mąż kończy pracę, często ja zaczynam, wymieniamy się też w opiece i wożeniu syna na liczne jego zajęcia... Ale jak już siadamy, to tak długo sobie gawędzimy... Mój mąż często opowiada o tym co w pracy, jak się dogadują w męskiej międzynarodowej ekipie, jakie żarty sobie robią i jaki z nich jest zgrany zespół... Ot tak, zwykłe opowieści o życiu... Ostatnio zwrócił mi uwagę na pewien aspekt... Powiedział, że przygląda się różnym relacjom kobiecym i dziwi się, z natury powinnyśmy się łączyć (i może nawet próbujemy), ale dużo w tym fałszu, obgadywania się, kopania po nogach (jak pani klientka... panią kasjerkę)... Dziwi go również to, że to raczej mężczyźni z natury są rywalizujący, a jednak potrafią tworzyć zgrane teamy skupione na jakimś celu... 
Dało mi to do myślenia... No tak, ostatnio dociera do mnie wiele informacji (ponieważ to podobno czasy oczyszczenia... choć ja już patrzę na to wszystko z dystansem, dając sobie na wstrzymanie, co do tego, kto ma rację w jakich czasach żyjemy i jaka czeka nas przyszłość... nas ludzkości rzecz jasna...), których wynika, że czy jesteś dobrą pracownicą czy nie szefowa surowo Cię ocenia, koleżanka cieszy się, że inna ma gorzej lub przyczyniła się (świadomie lub nie) do pogorszenia sytuacji innej kobiety, teściowa jest surowa dla synowej lub odwrotnie, a matka nie daje wsparcia w potrzebie własnej córce... Lub jeszcze inne konfiguracje... Przyjaciółka plotkuje o przyjaciółce (co moim zdaniem skreśla przyjaźń)... Z czego to się u nas kobiet bierze? Z zazdrości, z kompleksów, z wychowania? Z obojętnie czego! Tak naprawdę zapomniałyśmy o życzliwości, o delikatności, o kobiecej empatii i wsparciu (choć usilnie na internetowych portalach próbujemy udowodnić inaczej)... Przykro mi się robi... Zapomniałyśmy o człowieczeństwie? Na szczęście nie wszystkie z nas!!! Potrafię mnożyć przykłady kobiecej solidarności! Uff...
A co jest środkiem zaradczym? Zwyczajnie albo i niezwyczajnie... MIŁOŚĆ do siebie, do bliskich, do ludzi, zwierząt i przyrody! Tam, gdzie nie ma miłości, tam brak zrozumienia, brak wsparcia, tam mnoży się nieszczęście... ocenia i krytykuje...
"Po czynach go poznacie" mówi słynne zdanie... Tak, nie po fasadzie, którą wokół siebie tworzymy... Jeśli autentycznie nie spotkamy się sami ze sobą, ze swoimi wadami i zaletami, słabościami i mocnymi stronami, to nie zbudujemy silnej wspólnoty, tylko samowolki budowlane, nie na fundamentach, a na piasku... Pamiętaj, jesteś twórcą swojego życia, co zasiewasz to zbierasz... Jak myślisz, jeśli obrażasz innych ludzi, choćby w markecie, co sobie tworzysz? Jeśli obgadujesz przyjaciółki czy koleżanki w pracy, oczerniasz innych i cieszysz się, że mają gorzej, co do Ciebie wróci? 
Z natury wolę być przezorna, bo przezorny to ubezpieczony! Tak, więc staram stosować się do filozofii mojego męża, iść przez życie nie krzywdząc nikogo, ale się też nie interesując życiem innych, parafrazując Channel - ty się interesujesz moim życiem i mną, a ja tobą wcale (po pierwsze ponieważ mam ogromną tolerancję do tego, co ludzie tworzą w swoich życiach - i o ile nie krzywdzi to mnie, to nic mi do tego, po drugie, mam tak wspaniałe życie, że nie muszę się interesować życiem innych osób - skupiam się na kreacji własnej rzeczywistości, wysyłając miłość do wszystkich i wszystkiego i pielęgnując w sobie wdzięczność!). Uwierz mi na słowo lub nie wierz i przekonaj się sama / sam - buduj wokół siebie miłość, życzliwość, dawaj empatię i wsparcie, a zabraknie Ci dnia, by dziękować za szczęście, które do Ciebie wróci... 
Bądź, oddychaj, ciesz się małymi rzeczami, doceniaj, to co masz i siej miłość i dobieraj wokół siebie ludzi, którzy są Ci życzliwi...
Basia]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/aa9f4510a26faf288d711c5c5359b83a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/aa9f4510a26faf288d711c5c5359b83a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/170288,marzenie-mam</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/170288,marzenie-mam</link><pubDate>Thu, 26 Jan 2023 15:28:52 +0100</pubDate><title>marzenie mam...</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/9bed8ef1a41a6c9774e98ff0b420311f,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Rozumiem...

Jak często używał tego słowa... ROZUMIEM... uświadomił mi mój podopieczny, sześcioletni Piotruś. Pewnego dnia, tam gdzie zazwyczaj pada słowo „rozumiem” podczas wykonywania zadania, nie padło... Piotruś podniósł głowę i popatrzył mi prosto w oczy (bo już potrafi!!!) i powiedział: „Basia powiedz teraz – aha rozumiem”... no tak... rozumiem, czego zabrakło :-)

Ostatnio czytam książkę pt. „Nie zaczęło się od Ciebie”... czytam, odkładam... czytam, przekładam... Tak... traumy międzypokoleniowe, choroby i obciążenia przekazywane z dziada pradziada... Interesuje mnie to od dana... Być może ze względu na „przekazaną” mi pokoleniowo chorobę autoimunologiczną, być może ze względu na wrodzoną ciekawość, być może na palącą potrzebę odkrywania i odchodzenia od rodzinnych zaklęć i ograniczających schematów... być może...

Nosimy na barkach swoje, stworzone w dzieciństwie, ciężary, które nas przygniatają każdego dnia, a być może one, te ciężary, przygniatają nie tylko nas, być może przygniatały któregoś z naszych rodziców czy dziadków, być może nie zaczęło się od nas? Z pewnością zaczęło się od jakiejś tajemnicy, tematu tabu, przemilczanego „grzechu” czy ukrytego wstydu, a co jeśli to nie tylko nasz wstyd? Przemilczane rodzinne sprawy, bezczelnie wyłażą na wierzch w kolejnych pokoleniach, by w końcu zrozumieć, że potrzebują rozwiązania zamiast pokoleniowego nabierania wody w usta.
„Bo ja jestem inny”, powiedział mój syn zdenerwowanym głosem, kiedy po raz kolejny opowiadał mi o odrzuceniu przez kolegów... ROZUMIEM.. odpowiedziałam. Rozumiem Twój żal, twoje rozczarowanie i potrzebę opowiadania o przykrościach setki razy na nowo i na nowo... „Synku, przecież wiesz, jesteś wysoko wrażliwy, rani Ciebie czasem to, na co drugi człowiek w ogóle nie zwróci uwagi...”, wyjaśniam po raz kolejny, ponieważ nie posiadam recepty na życzliwość w tabletkach, na współpracę zamiast złośliwości, na odporność na innych zamiast nadwrażliwości... Mam za to pokłady „rozumienia”, więc każdego dnia korzystam z nich, by wspomóc mego syna...
Od kiedy pamiętam, miałam w sobie całe wagony zrozumienia i wyćwiczonej empatii. Jako najmłodsze z czworga dzieci szybko nauczyłam się, choć długo sobie tego nie uświadamiałam, gdzie jest moje miejsce w rodzinie i jakich strategii należy użyć, by przetrwać wśród dużo starszego rodzeństwa... Nauczyłam się szybko obserwować innych, a wrodzona wrażliwość pozwoliła wczuwać się w uczucia innych, dużo doskonalej niż w siebie samą...
Jeśli myślę o mojej sile rozumienia ludzi i włączania empatii, przypominają mi się dwie sytuacje... Pierwsza zadziała się podczas studenckich praktyk w nieistniejącym już domu dziecka. Uważam, że prawdziwe (nie te tylko na papierze) praktyki pokazują zderzenie się z życiem i skłaniają do refleksji czy aby na pewno dokonaliśmy dobrego wyboru studiów... Dom dziecka, oddelegowano mnie do maluchów, dwóch „oblepiło mnie natychmiastowo”... Młodszy bawił się ze mną samochodzikiem, starszy, pierwszoklasista, odrobił ze mną lekcje... Trzeci natomiast, Kubuś około 5 lat, schował się za kanapą, trzymał na dystans, nie przejawiając niczego prócz lęku przed obcymi. Rozumiem... pomyślałam... Pewnie potrzebuje czasu, by zaufać.... Ale nie o to rozumie mi tu chodzi. Po kilku godzinach poszliśmy na obiad. Kubuś miał za zadanie posprzątać stół po posiłku, ja natomiast miałam za zadanie mu nie pomagać, więc patrzyłam jak malutki chłopiec skacze wokół stołu i dyskretnie odsuwałam i zasuwałam mu krzesła, by robota poszła szybciej... Nagle przyszedł do niego brat, który był w grupie „dorastającej”, czyli grupie chłopców, którzy szykowali się już do opuszczania placówki... Kubuś dostał od brata bluzę... Bluzę z metką... I pierwszy raz zobaczyłam uśmiech na twarzy tego małego chłopczyka. Podbiegł do mnie szybko i powiedział, że „jest bardzo szczęśliwy, bo jeszcze nigdy w życiu nie dostał niczego z metką, niczego nowego”... ROZUMIEM... odpowiedziałam... i przytuliłam go... i nie spytałam, skąd brat ma bluzę z metką, która idealnie pasuje na młodszego brata... Bo nie rozumem tego cholernie pomylonego systemu, w którym niewinne maluch przeżywają takie trudne życiowe sytuacje! Dziś mały Kubuś z pewnością jest dorosły... Ciekawe jak potoczyły się jego losy...?
Drugie zawodowe „rozumiem”... spotkało mnie podczas kolejnych praktyk, tym razem w ochotniczym hufcu pracy. Dostałam za zadanie przebadanie „specjalistycznym, ministerialnym testem kompetencji” około 60 młodych ludzi. Wchodząc do hufca, musiałam przebić się przez grupę siarczyście przeklinających, palących papierosy i buzujących od hormonów chłopców. Widząc nową twarz, dumnie wyprostowali się i przystąpili do grupowego szturmu... Na szczęście na test przychodzili w pojedynkę... I jak się szybko okazało, byli to bardzo sympatyczni młodzi ludzie, przepełnieni mieszanką lęku i wstydu... Większość z nich nie potrafiła płynnie czytać trzy i cztero – wyrazowych słów, żadna osoba nie przepisała bezbłędnie tekstu, składającego się z kilku pojedynczych zdań, nikt z nich (bez mojej podpowiedzi) nie potrafił udzielić poprawnej odpowiedzi do krótkiego tekstu o pogodzie... ROZUMIEM... że w grupie czuli się mocni, głośni i silni, ponieważ w pojedynkę system obnażył w nich wszystko... I znowu nie rozumiem, co poszło nie tak? Jak to możliwe, że szesnastoletni ludzie nie czytają ze zrozumieniem prostych zdań, nie potrafią płynnie przeczytać słowa DOM...? Jak to możliwe, że umiejętności, których dzieci uczą się w pierwszej klasie szkoły podstawowej nie zostały wsparte u tych młodych ludzi? Jaka przyszłość ich czekała...? Już nawet nie chce mi się mnożyć pytań... Ale doskonale rozumiem ich gorycz, wściekłość, lęk i wstyd... Choć nie pojmuję jak mogło do tego dojść...
Rozumiem... mojego syna... zawsze rozumiałam, bez słów, każdy jego płać, krzyk i lament, rozumiałam, tak podskórnie, może nawet bardzo podświadomie... Zagrożona ciąża, moja ciągła hospitalizacja, jego zakażenie i szpital w drugim miesiącu życia, szereg wizyt u lekarzy specjalistów, alergia na laktozę i każdy nowy produkt, dwie operacje przed drugim rokiem życia... Rozumiem... Lęk... i ciągły protest pomieszany z niepohamowaną złością jako reakcja na wczesnodziecięce doświadczenia... Rozumiałam zawsze... Nie wiedziałam tylko jak mu pomóc. Każdy rzut na glebę, był krzykiem rozpaczy o zauważenie go i zapewnienie, że jestem obok...zawsze... Jego impulsywność, brak cierpliwości, domaganie się wszystkiego natychmiast w dużej mierze podyktowane były wyrzutami kortyzolu i niezintegrowanymi odruchami w ciele... ROZUMIAŁAM, ale nie wiedziałam co z tym począć... I tak zaczęła się wędrówka w poszukiwaniu rozwiązań... Wędrówka, która nie tylko nauczyła mnie cierpliwości, ponoszenia porażek i podnoszenia się, szukania możliwości i niesłuchania autorytetów, mówiących „nie da się”... Była to też wędrówka w głąb mnie, spotkania z moim lękiem, pozwoleniem sobie na przeżywanie własnej złości, spotkaniem ze wstydem, w obliczu społecznej oceny mnie jako matki... Nauczyłam się stosowania szeregu strategii w obliczu napadów złości, zdobyłam wiedzę o pracy z ciałem i pomocy synowi w integracji odruchów, zastosowałam wiedzę (zdobytą na różnych studiach i licznych kursach) o nauce wczesnego czytania, stymulacji lewej półkuli mózgu, koncentracji uwagi, rozwijaniu umiejętności analizy i syntezy wzrokowej, zabaw sensorycznych, terapii bilateralnej i neutotaktylnej, treningu umiejętności społecznych, nauce emocji i odczytywania ich w ciele, terapii behawioralno – poznawczej, pracy z dziećmi z autyzmem, zastosowaniu masażu motyla w traumie i lęku, odkryłam i zrozumiałam, że razem z synem jesteśmy wysoko wrażliwymi osobami... Ale przede wszystkim zastosowałam swój wysoki poziom empatii, by wyczuwać stany swojego dziecka i podejmować próby pomocy mu... I choć długa droga przed nim, wierzę, że odniesie sukces... 
Nasza wspólna historia i doświadczenia ukształtowały mnie i wyrobiły przekonanie, że zawsze można znaleźć rozwiązanie, należy tylko szukać... Obecnie pomagam rodzicom i ich dzieciom w przebyciu podobnej drogi, wspieram i mogę z całą pewnością powiedzieć... ROZUMIEM... I cieszę się, że nie są w tym sami... Bo to bardzo trudna droga i rozumiem, że czasem brakuje sił...
Moje życiowe doświadczenia, macierzyństwo, popełniane błędy, autoimunologiczne choroby i cudowny mąż, dały mi siłę do wstawienia czoła zarówno własnym trudnym emocjom, z którymi nie umiałam się spotkać od lat, ale także nauczyły mnie bezkompromisowego podejścia do siebie samej. Już wiem, co mi pomaga, a co ogranicza, co ciągnie w dół, a co ku górze, jakiś ludzi chcę mieć wokół siebie, a jakich nie chcę wcale, wiem co napakowałam do międzypokoleniowego plecaka, a jak jeszcze czegoś nie wiem, to wiem, że cierpliwość, bliskość, czytanie własnych sygnałów z ciała i miłość dają moc do stwarzania własnego dobrego życia, „bo dobrze widzi się tylko sercem”...


W jednej z moich ulubionych bajek - „Zaplątani”, jest pewna piosenka... „Marzenie mam”... I tak, marzenie mam..., by ludzie patrzyli na świat sercem, zaoszczędzi nam to wielu krzywd... Główny bohater w bajce mówi „no człowieku no... zobacz człowieka w człowieku”... o tak marzenie mam, żebyśmy widzieli w sobie ludzi, wspólnoty ludzi, chętnych do wzajemnej pomocy, obojętnie skąd pochodzimy...czy to z domu dziecka, czy z OHP czy z może spod Lewiatana jak Wiku (któremu mój mąż notorycznie daje piątaka), pomocna dłoń i powiedzenie ROZUMIEM, co przeżywasz, mam podobnie... może zbawić świat... 


Marzenie mam...]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/9bed8ef1a41a6c9774e98ff0b420311f,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/9bed8ef1a41a6c9774e98ff0b420311f,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/168844,zakleci-juz-w-dziecinstwie-albo-i-wczesniej</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/168844,zakleci-juz-w-dziecinstwie-albo-i-wczesniej</link><pubDate>Mon, 05 Dec 2022 20:00:43 +0100</pubDate><title>Zaklęci już w dzieciństwie albo i wcześniej...?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/965f2ed9bf6c6e3ad29d463d3af7d772,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />" Wolność kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem..."
Kochasz wolność? Ja bardzo! A gdybym tak powiedziała Tobie, że droga do niej jest jak ściąganie koszmarnie ciężkich kajdan, do których klucz ukryty jest w odpowiedzialności  za własne życie i gorzkim smaku autentycznego odrzucenia przez to, co utarte? A gdybym tak powiedziała, że wolność to znaczy odrzucenie, to znaczy wykrywanie z siebie wszystkich "musisz", "tak się powinno", "rób jak inni". Czy dalej pójdziesz drogą ku wolności? 

Czego powinna uczyć nas terapia i rozwój duchowy? W moim głębokim przekonaniu, winny uczyć brania odpowiedzialności za własne stany emocjonalne, myśli i w końcu czyny, których dokonujemy jako dorośli ludzie... 
Odpowiedzialność to trudna droga do zrozumienia, że nasze skrzywdzone w dzieciństwie wewnętrzne dziecko może zostać zaopiekowane przez nas samych! Tak, branie odpowiedzialności to ciężki kawałek rozwoju każdego człowieka... 
A cóż jest nam potrzebne do kroczenia tą drogą, prócz odwagi rzecz jasna!?... 
Wiedza i świadomość... 
Zapraszam Cię do kolejnej podróży wgląd siebie! Od Ciebie zależy jak daleko dojdziesz...

Ogromnie cieszę się, że udało mi się przeczytać "Uwiezieni w słowach rodziców. Jak uwolnić się od zaklęć, które rzucone na nas w dzieciństwie" Agnieszki Kozak i Jacka Wasilewskiego. Poznaj moją, jeszcze raz podkreślę - MOJĄ perspektywę ich dzieła...

Zanim o zaklęciach..., słów kilka o odpowiedzialności za naszą złość... 
Czyż nie wkurzają nas inni ludzie, nasze dzieci, parkingowy i szef w pracy? Oczywiście, że wkurzają! Złość jest oznaką przekroczenia naszych osobistych granic, jest drogowskazem "tylko dotąd, dalej stop", jednak wyrażanie złości to już zupełnie inna sprawa... Dlaczego o złości w temacie odpowiedzialności? Już wyjaśniam... Zapraszam Cię serdecznie do przeczytania malusiej, niepozornej książeczki pod tytułem " Kiedy Twoja złość krzywdzi Twoje dziecko". Książeczkę, oby nie napisać książunię czyta się szybciutko, ale nie daj się zwieść! Mały kaliber lektury nie powinien być powodem do omijania zawartych w niej treści... Jest to kompendium wiedzy o przyczynach naszej złości, myślach - zapalnikach i konsekwencjach destrukcyjnych zachowań dorosłych wobec dzieci... Klaps, wyzwiska, drwiny, zawstydzanie itp., to wszystko przemoc, która krzywdzi nasze pociechy i zostawia niezmywalny ślad na ich psychice! Co z tym zrobić? Wziąć odpowiedzialność za siebie!!! I przeczytać książeczkę z różowym wilkiem na okładce! 


A teraz do sedna :)
Być może nie jestem obiektywna, a może wręcz jestem pewna o braku swojej obiektywności wobec Agnieszki Kozak!!! Autorka żółtej książki, po lekturze której powstała burza w mojej głowie, to sympatyczna Pani z Youtube, której chętnie słucham i oglądam i lubię.... za prostotę, za mówienie o ważnych dla mnie tematach, za podejście... Nie mogłam więc przejść obojętnie koło książki, którą stworzyła razem z Jackiem Wasilewskim... Nie mniej jednak, mój brak obiektywizmu co do autorki, może stać się zaletą, nie wadą! :)

Pracując z młodymi ludźmi, z kobietami oraz z sobą samą rzecz jasna, słyszę o pewnych nazwałaby je "sloganach" pokoleniowych... Myślę, że Ty też o nich słyszałaś/ słyszałeś! A może część z nich sama / sam powielasz? 
"dziewczynki się nie złoszczą / chłopaki nie płaczą/ nie rób kłopotu/ ojciec zawsze ma rację/ nie mów nikomu, co dzieje się w domu / musisz być dzielna / co ludzie powiedzą" ... i wiele innych...
Słyszymy to w naszych domach od rodziców, oni od swoich rodziców i razem mówimy to do naszych dzieci... Wszyscy razem pozamykani w klatkach zaklęć, powtarzanych z pokolenia na pokolenie, owinięci lękiem, wstydem i poczuciem winy, zdrewniali w swoich ciałach, marząc o kluczu do wolności...


Gdzie leży klucz? 
Mnie nie pytaj... każdy z nas ma własny klucz... Wiem jednak, że dobrym kierunkiem mu wolnościowej drodze jest świadomość powtarzanego zaklęcie i wzięcie za nie odpowiedzialności... 
To nie wina żony czy dziecka, że alkoholik pije, to nie wina rodziców, że dorosłe dziecko jest zadłużonym bezrobotnym, to nie wina żony, że mąż przegrał wszystko w karty... 
Tak - już słyszę w uszach słowa krytyki - niektórzy mieli ciężkie dzieciństwo, pochodzą z przemocowych domów... To wszystko prawda!!! Jesteśmy społeczeństwem, po którym przetoczyła się trauma wojen, "komuny", początków kapitalizmu i mowy nienawiści... Żyliśmy ( a niektórzy dalej żyją) w biedzie i ubóstwie, z brakiem zaspokojenia podstawowych potrzeb, z pokruszonymi sercami, posklejanym często "na ślinę", by tylko przetrwać... Tak, rozumiem to i mam tego świadomość!!! Nie mniej jednak, jako osoby dorosłe mamy wybór! Możemy stawiać się w roli ofiary, pomieszanej z byciem sprawcą, a możemy podjąć decyzję, że od dziś staramy się wziąć za siebie odpowiedzialność...
Możesz wybrać... Od dziś przestać żyć pod wpływem zaklęć i nie zaklinać własnych dzieci... Uwierz mi na słowo (lub nie wierz wcale), co mówisz, to do Ciebie wraca, co czynisz, to dostajesz, co siejesz, to zbierasz... To Twoja odpowiedzialność...


Czy ja powiedziałam, że droga do wolności jest prosta? 
Wymaga często zrywania z toksycznymi rodzinnymi więzami, kosztem może być odrzucenie i brak akceptacji tych, z którymi zdjęcia podobno wychodzą najlepiej... Ale gdy zamknę oczy i wyobrażam sobie wolno latającego orła, to serce w klatce piersiowej wyrywa mi się ku temu widokowi! Trzeba mieć odwagę, by żyć autentycznie, w prawdzie do siebie, wychodząc z systemu... Ale najpierw trzeba posprzątać to, co zalega pod dywanem! 
Życzę Wam i sobie odwagi, świadomości szczęścia i wolności, bez zaklęć! 
Bo... " wolność kocham i rozumiem..."]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/965f2ed9bf6c6e3ad29d463d3af7d772,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/965f2ed9bf6c6e3ad29d463d3af7d772,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/165337,kiedy-cialo-mowi-nie</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/165337,kiedy-cialo-mowi-nie</link><pubDate>Tue, 16 Aug 2022 12:10:38 +0200</pubDate><title>Kiedy ciało mówi nie!</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/eac40d2133c37afd2de6a7f248bb6e54,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />„Gdzie kończy się ciało, a zaczyna umysł? Gdzie kończy się umysł, a zaczyna duch? Nie sposób ich oddzielić, gdyż są ze sobą powiązane i stanowią po prostu różne aspekty tej samej boskiej świadomości, która przenika wszystko”. B.K. S. Iyengar

I jeszcze jeden cytat, który pasuje jak ulał, a gdy go czytałam po raz pierwszy był dla mnie utuleniem, wyrazem bliskości, ratunkiem... "niezależnie od tego, jak duży jest ładunek bólu, dopóki pozwalamy sobie czuć i przeżywać, co jest w nas, oddychać głębiej, wibrować, dopóty zwracamy się w stronę życia" - Marzena Barszcz

Ciało... Jakie masz skojarzenia z tym słowem? Biologia, fizyczność, trawienie, oddychanie, spanie...? A może cellulit, krzywy nos, duże biodra? A może nowa fryzura, torebka od Prady i najmodniejszy fason spodni? 

Ciało...

Kiedyś kojarzyło mi się z niskim wzrostem, problemami na lekcjach w-fu, wrodzoną wadą wzroku, dużymi biodrami po rodzinie matki i koniecznością dyscyplinowania dietą... Ciało... Dyscyplinowanie ciała to część życia kobiety. Już małe dziewczynki uczą się, że atrybutem kobiecości są szpilki mamy i czerwona szminka oraz dopasowywanie się do modowych wyznaczników... Czy to źle, nie mnie oceniać... Mi to nigdy nie zrobiło dobrze... 
A gdyby tak dla odmiany, zamiast celebrować dopasowywanie ciała do kanonów mody, zacząć rozpowszechniać pogląd, że to kanony mody mają dopasować się do ciała...? A może w rzeczywistości tak jest, tylko moje młodociane założenia były błędne...?


Zarówno szpilki, kolor katany jak i kolejna szminka przestają być ważne w momencie, gdy usłyszysz słowo "choroba"... (a ile minie czasu, zanim to słowo usłyszysz...?!!! Od ilu lekarzy się odbijesz? Ilu ludziom będziesz musiała udowodnić, że to nie twoje wariactwo, to coś z ciałem dzieje się nie tak, choć badania wychodzą niejednoznacznie...?!!!)

Dlaczego ciało choruje? Dlaczego ono, te nieidealne, cellulitowe ciało ośmieliło się zacząć batalię przeciw Tobie?

Inne pytanie brzmi - dlaczego akurat ja? A jeśli już ja, to co teraz? Nic teraz? A może to w ogóle jest zły sen? To inne ciało, nie te moje...? (i tak przez wszystkie fazy oswajania się z własnym stanem zdrowia).
W całej sytuacji "choroby" zatrważające jest nie tylko to, że życie okazuje się kruche, ale to, że idziesz do lekarza, a on ma swoją teorię, idziesz do innego lekarza, a ten ma jeszcze inną, inni specjaliści - inne wersje tej samej, by się zdawało, choroby... Czyli co? XXI wiek, a tu same znaki zapytania? Więc szukasz na własną rękę, bo dość masz, że medycyna patrzy na ciebie jak na pojedynczy organ... oko...wątroba...jelita... A jak zaczynasz szukać, to cały zapas twojej życiowej energii i optymizmu zużywa się z prędkością światła... Co forum, to inne rewelacyjne diety, suplementy i podejścia do życia... A "ciałujcie" się wy wszyscy w... Lęk miesza się z rezygnacją, poczucie winy ze wstydem, a głowa krzyczy coraz głośniej "dlaczego ja? ciało moje?". 
Choroby o ostrym przebiegu dają inne objawy i tu medycyna akademicka daje dość szybkie i pomocne pomysły, gorzej z chorobami przewlekłymi, które atakują podstępnie, powoli, odbierając radość istnienia, odcinając powoli kupony od puli życia... Ty cierpisz, a badania nic nie wykazują, a przynajmniej nie tyle, na ile się czujesz... 


Można by tak wymieniać bez końca, mnożyć przykłady ludzi, których choroby dają niejednoznaczny obraz, a oni sami w kołowrotku gonią sami siebie...

Jeśli tak jak ja, chcesz wziąć odpowiedzialność za życie w swoje ręce, czytaj dalej... Jeśli jednak dalej zamierzasz tkwić w przekonaniu, że ktoś inny może wziąć za Ciebie odpowiedzialność... no cóż... szkoda czasu, pożegnajmy się od razu...
Widziałeś film "Za duży na bajki"? Ciocia Waldusia (genialna w tej roli Dorota Kolak) miała jedną złotą zasadę - "trzeba coś robić, nie można nic nie robić"... O tak! Szukanie rozwiązań naszych stanów zdrowotnych, poszukiwanie osób, które jednak chcą nam jakoś po-móc (czyli dać moc, jak cudownie mówił Marek Tarant), to zawsze lepsze rozwiązanie niż siedzenie bez celu jak główny bohater filmu...


Ponieważ moje obcowanie z ciałem, które "śmiało" zachorować trwa już ponad 10 lat, a do tego bezczelnie zachorowało na dwie choroby, jakby jednej było mało..., dało mi możliwość złapania dystansu, przewartościowania czy wolę modne szpilki czy wygodne trampki, dające oparcie na ziemi... (i znowu... nie krytykuję "nosicielek" szpilek, zwyczajnie mam inaczej, teraz cenię swoją wygodę). Nie mniej jednak nie stoję w miejscu, zawsze z ciekawością czytam co o "chorowaniu" mają do powiedzenia "mądre" książki. W niedalekiej przeszłości przeczytałam dwie:
Patric Obissier "Zrozumieć swoje choroby" i Gabor Mate "Kiedy ciało mówi nie". Polecam obie, pierwsza bardziej opisuje wpływ genów i pokoleniowych kodów na nasz stan zdrowia, druga... No cóż.... Zatrzymam się tu na chwileczkę!!!
Gabor Mate jest emerytowanym lekarzem, który dopiero pod koniec swojej kariery zaczął przyglądać się z większą uważnością chorobom swoich pacjentów... Zauważył, że na stan zdrowia nie mają wpływu jedynie geny lub przypadkowe czynniki zewnętrzne (np. wirusy i bakterie), a także środowisko rodzinne, obciążenia pokoleniowe i pierwsze lata życia. 
Sama książka nie musi być dla Ciebie drogi czytelniku cudownie odkrywcza, przecież nie od dziś wiadomo, że stan emocjonalny pacjenta ma wpływ na proces zdrowienia. Książka ta stanowi kompendium wiedzy o chorowaniu, w jednym miejscu przeczytasz o tym, że jeśli nie umiesz stawiać granic innym ludziom (bo np. dorastałeś we wrogim środowisku, które nie brało twoich potrzeb pod uwagę), to okazać się może, że nie umiesz zauważyć gdzie kończy się świat, a zaczynasz ty.... Jeśli Ty nie umiesz powiedzieć nie... ciało zrobi to za Ciebie! Po latach trenowania do bycia idealnym (czyli np. zasługującym na uwagę innych ludzi), poprawiania siebie bez końca, pomagania osobom, które tylko czerpią, zamiast współistnieć, twoje ciało powie "koniec"! Zapłacisz kosztowną cenę! Pamiętaj również, że jeśli funkcjonujesz w pewnych schematach, w tych samych schematach żyją Twoje dzieci...(nie bądź współodpowiedzialny za ich proces destruktywnego odchodzenia od siebie i ciała!) Gabon Mate podejmuje tyle wartościowych wątków, że trudno je tu wszystkie poruszyć... Traumy dziecięce, pokoleniowe, przekonania, brak umiejętności stawiania granic i odmawiania ludziom, przejmujące poczucie wstydu i winy za obronę samego siebie, poczucie odrzucenia i samotność, brak przynależności do rodziny pochodzenia, poczucie nie zasługiwania na miłość i wiele innych, które towarzyszą chorym na choroby autoimmunologiczne czy nowotworowe... Jeśli chcesz wiedzieć, co może być podłożem Twojej choroby (lub innym powodem niż tylko tym, na który wskazują lekarze), odważ się i sięgnij po książkę, wiedza to już krok do zdrowienia. Wiem, jest trudno, czasami przejmująco źle, lęk odbiera wolę działania... wiem, stoję po tej samej stronie ciała, ale zasada cioci Waldusia dodaje mi odwagi... Z uważnością, kroczek po kroczku odkrywam sama siebie, sprawdzam, na który kawałek ukrytego w podświadomości puzzla mam już miejsce i zmieniam powolutku życie, tak by było miejsce na mnie, taką jaka jestem!


Ciało to delikatne narzędzie, żeby z nim pracować, trzeba mieć wiedzę i umiejętności, pracując z nim, miej świadomość, że nie zawsze dużo na raz - znaczy dobrze... Dlatego tak bardzo przekonuje mnie metoda "Dotyk Motyla"... Z czułością do siebie dobieraj osoby, którym powierzasz siebie i swoje ciało, dobieraj ludzi wokół siebie, którzy chcą prawdziwie Twojego dobra, nie wahaj się odchodzić o tych, którzy Ci szkodzą! Masz do tego prawo, a wręcz obowiązek! Nikt inny nie wie, co jest dla Ciebie najlepsze, oprócz Ciebie! Granice są ważne! Najważniejsze!
A jeśli chodzisz na szpilkach, ponieważ lubisz - świetnie, gorzej jeśli robisz to, bo zewnętrzny świat na Ciebie napiera..., uważaj - stąpasz po cienkim lodzie... chorób, złych stanów psychicznych i wielu innych, które mogą być wywoływane potrzebą gonienia za ideałem... nie do doścignięcia...]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/eac40d2133c37afd2de6a7f248bb6e54,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/eac40d2133c37afd2de6a7f248bb6e54,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/163675,dzika-laska</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/163675,dzika-laska</link><pubDate>Sun, 12 Jun 2022 20:39:08 +0200</pubDate><title>Dzika łaska</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/fa9a55df6819e03e0d36b8ed320c662f,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Dzika łaska. Kobieca mistyka (nie)zwykłego życia.
Zwykle piszę z poziomu pomiędzy rozumem a sercem... Dziś odezwała się moja dusza w cudownym uniesieniu nad słowami Mirabai Starr.

Dostałam prezent z okazji "Dnia Matki", książkę z kolorową okładką, która od razu zachęciła mnie do otwarcia i zaglądnięcia do środka...
To nie tylko książka, to podróż, to mistyczne przeniesienie, a zarazem zachwyt przyziemnością, połączenie sacrum i profanum, to... wzruszenie serca, poryw duszy (rozdział o śmierci córki podzielił moje serce na miliony kawałków, a zarazem dał wolność od własnych lęków i ukojenie w niepokoju)...
Autorka w porywający sposób opisuje cudowne, wielobarwne, niezwykłe kobiety, połączone w drodze do duchowych uniesień, które mimo różnych wierzeń, historii, doświadczeń, potrafią "współ - istnieć" zamiast żyć w patriarchalnych podziałach.


Prawda o nas kobietach płynie poprzez bramy serca, nie przez materię czy stawanie w męskim wyścigu o władzę i uznanie. Esencją naszej natury jest być, tworzyć, kreować, trwać w dzikości, skupiać się na sercu, budować wspólnoty, pochylać się nad krzywdą, okazywać miłosierdzie, być wywrotową, akceptować niejednorodność. 

Wspominając wszystkie kobiety, które stanęły na mojej drodze, wiem, że wiele z nas (w tym ja) w pewnych okresach swojego życia, pomyliła swoją kobiecość, była bardziej męska niż kobieca, gdyż tego oczekiwał zewnętrzny świat, poddałyśmy się patriarchalnym kodom i wypełnialiśmy oczekiwania męskiej materii. Oceniając się wzajemnie, często traktując gorzej niż sami mężczyźni, zadawałyśmy sobie ból, używając siły, zapominając, że siłą kobiecości jest delikatność, łączność, życzliwość, a nie walka i podział.


Z drugiej jednak strony, patrząc na kobiety, które spotykają się ze mną w rozwojowym kręgu, jestem dumna, dumna z nich i ich wzrastania, dumna z siebie, że udało mi się z nimi połączyć, serce mi rośnie wraz z nimi na drodze do znalezienia esencji kobiecości. Dziękuję Wam moje drogie mistyczki za wspólne prowadzenie (nie)zwykłego życia.

Jestem szczęśliwa, że urodziłam się kobietą, kobietą w czasach, które mają możliwość odnaleźć własną drogę i zmienić bieg wydarzeń. Życzę nam, by materia nie zaburzała patrzenia przez serce, by profanum stawało się codziennym sacrum, w mistyce bycia esencją boskiego pierwiastka kreacji, w dzikiej łasce.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/fa9a55df6819e03e0d36b8ed320c662f,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/fa9a55df6819e03e0d36b8ed320c662f,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">okładka książki</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/161533,matrix-w-glowie</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/161533,matrix-w-glowie</link><pubDate>Wed, 06 Apr 2022 14:51:33 +0200</pubDate><title>Matrix w głowie?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/7b7b51aa9cb81c7d2eca0fbf395b87a8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Być szczęśliwym na Alasce.


Mam pewną przypadłość (z pewnością jest ich więcej niż jedna, ale ta przychodzi mi na myśl od razu, pisząc tę anegdotkę)… 
Czytam dużo, z różnych dziedzin, w większości oczywiście z zakresu swojej pracy, bycia mamą i kobietą… Ale od czasu do czasu czuję się na tyle przeładowana, że postanawiał zabrać się za lżejszą lekturę… Kiedy przed wyjazdem na urlop, w marketowym koszyku wygrzebałam dwie ślicznie wyglądające książunie, nie spodziewałam się, że moja „przypadłość” wylezie jak ślimak ze skorupki… Dwie „lekkie lekturki” okazały się być opowieściami o śmierci klinicznej i odnalezieniu drogi rozwoju osobistego przez alkoholika - kucharza… No cóż lekkie to one były tylko ze względu na  wagę…
Nie inaczej było tym razem… Po lekturze „Zstąpienia do bogini”, przeanalizowaniu świata znaczeń słów wraz z autystycznym mężczyzną, postanowiłam przeczytać coś „lekkiego”… O ironio! Turkusowa okładka z misiem w żółtych okularach skradła moje serce!!! A tytuł o szczęściu napawał mnie optymizmem… Nie doczytałam oczywiście podtytułu - „Silny umysł odporny na życiową niepogodę”… Lektura, choć niełatwa, stała się być zbawienna!  Autor w prosty, a zarazem mądry sposób przybliża nam psychoterapię kognitywna… A co to…? Uno momento…

Oglądaliście film „Matrix – część 4”??? Ja nie pamiętam poprzednich trzech części, pamięć mam wybitnie wybiórczą, więc prócz głównego filmowego wątku z wirtualnym światem poza prawdziwym światem, wyparłam wszystko… Czwarta część zrobiła na mnie ogromne wrażenie, nie tylko ze względu na braki w pamięci i wątek istoty energii kobiecej, ale także na postacie w pełni kierowane przez matrixowy system, do tego stopnia, że po wydaniu rozkazu, bodźca (jak zwał, tak zwał), byli w stanie wyskoczyć z okna ( z wysokiego piętra), skazując się na śmierć… Reszty nie zdradzę, obejrzyj sam / sama…


Dlaczego wspominam o tym filmie, pisząc o urzekającym (dla mnie) misiu na okładce książki? I tu jest sedno mojego wywodu… Autor misiowej książki – Rafael Santandreu, w błyskotliwy sposób przedstawia nam jaki matrix (w głowie) tworzymy sobie sami…, Matrix, który pozbawia nas lekkości i radości z życia codziennego… 

Strona po stronie, Rafael obnaża naszą przypadłość do tworzenia historii w głowie, które nas ograniczają, przypadłość produkującą wymówki do „nic nie robienia”, a zarazem zazdroszczenia bardziej zaradnym i pracowitym ludziom… Niemniej jednak, nie jest to książka jedynie o narzekaniu na ludzkie słabości, wręcz przeciwnie – wczytując się w nią, zauważamy, że możemy być szczęśliwi z depresją, mając czterokończynowe porażenie, żyjąc na Alasce… Jak to zrobić? Z pokorą wziąć odpowiedzialność za własne życie i własne myśli, pracując nad osobistym rozwojem, nie szukając winy za swoje błędy i niepowodzenia na zewnątrz… Przeczytasz książkę, znajdziesz sposób na silny i odporny umysł… Przynajmniej w teorii, praktyka należy już do Ciebie, do mnie…


Misiowa książka podbiła moje serce, nie tylko ze względu na okładkę...]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/7b7b51aa9cb81c7d2eca0fbf395b87a8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/7b7b51aa9cb81c7d2eca0fbf395b87a8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/159313,ksiazkomania</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/159313,ksiazkomania</link><pubDate>Fri, 28 Jan 2022 16:48:23 +0100</pubDate><title>Książkomania :-)</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/82f492ff41ee7e414819353967037813,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Książki są u nas świętością, nie ma dnia, żebyśmy czegoś nie czytali lub nie słuchali audiobooka...  Ale tu już chyba się powtarzam ;-)
Dziś mam trzy urocze nowości w naszym domu... :-)

Pierwsza to "Oswoić potwora gniewu". 

Rozmowa o emocjach dziecka to trudny kawałek wychowawczego chleba... Mierzymy się z emocjami naszej pociechy i własnymi reakcjami na nie. O ile o radości czy szczęściu dość łatwo się rozmawia, o tyle trudne do przeżycia emocje jak złość czy strach, mogą stanowić rodzicielskie wyzwanie. U nas często wraca temat gniewu, złości i przekraczania granic drugiej osoby... Z pomocą przyszła właśnie ta pozycja. Jest to książka, która wyjaśnia rolę gniewu, jego przyczyny i sposoby radzenia sobie z nim. 
Dzieci (dorośli również!!!) potrzebują rozmowy o swoich stanach emocjonalnych oraz wsparcia w ich przeżywaniu... Jeśli macie małego złośnika w domu, to serdecznie polecam tę pozycję!!! Jest to lektura zdecydowanie na kilka tygodni...


"Ja, spokój".

Czy masz czasem tak, że w twojej głowie trwa sztorm, a Ty się czujesz jak mała łódeczka bez kotwicy i planu na ratunek??? Każdy tak czasem ma... A gdy jest się osobą wysoko wrażliwą, to huragan szaleje prawie zawsze :-)
Masz własne myśli, zarażasz się myślami innych osób (myśli są twoje, tylko źródło zapożyczyłaś!), a głowa szaleje nie wiedząc gdzie początek, gdzie koniec tego wzburzonego nurtu. "Ja, spokój" daje proste i skuteczne rozwiązania. Nie rozwodzi się nad tym czy to o czym myślisz jest twoje czy ludzi wkoło, czy potrzebujesz szukać źródeł swoich myśli, w momencie burzy sprowadza nas do TU I TERAZ. Stajesz się spokojem... Kiedyś, ktoś powiedział mi, że nawet w oku cyklonu panuje spokój... O tak! Bądź spokojem.


"Ja, miłość".

Ta książka dała mi do wiwatu... 
Jest absolutnie cudowna. Do tego stopnia nas zauroczyła, że stanowiła w tym roku część prezentu na "Dzień babci i dziadka". A dlaczego stanowiła dla mnie zimny prysznic? 
Po pierwsze, po raz kolejny przypomniałam sobie jak łatwo można zarażać się emocjami innych ludzi, a następnie mielić je jako własne. To w moim przypadku niestety częsta przypadłość :-)
Po drugie, pokazała mi, że emocje innych ludzi, mogą być odbierane jako atak, a tak naprawdę kryje się pod nimi lęk... Dokładnie tak! Jak trudno jest wyjść poza własną burzę i podać parasol potrzebującym...? Miłość i współodczuwanie mają tę moc! A wiesz dlaczego? Ponieważ wszyscy pochodzimy z jednego źródła... źródła miłości. 
Po trzecie, mam potrzebę ujrzeć, że przede wszystkim to ja jestem miłością!!! Jeśli mi się to uda, świat wkoło zakwitnie, a na niebie zamiast deszczu pojawi się tęcza! 
"Ja, miłość" sprawiła, że zatrzymałam się, by spojrzeć w dawno skrywane w swoim sercu uczucia i tęsknoty, którym dawno nie dawałam prawa głosu, będąc zajęta innymi sprawami... To ja jestem miłością! I to przede wszystkim sobie tę miłość i uwagę powinnam dawać... Za lekcję dziękuję! Przyjmuję ją z pokorą i wdzięcznością.


Jak zwykle u mnie, książki dla syna, stają się nauką dla mnie... :-) W kolejce czeka druga część Pinka, już nie mogę się doczekać:-) 

Basia]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/82f492ff41ee7e414819353967037813,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/82f492ff41ee7e414819353967037813,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/157699,tuz-tuz-swieta</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/157699,tuz-tuz-swieta</link><pubDate>Sat, 04 Dec 2021 20:58:41 +0100</pubDate><title>tuż tuż... święta</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/c8eabbcb70aa5bd3416fa1669f35f4c7,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Święta to czas rodzinnych spotkań... My uwielbiamy jednak zaszyć się w domu, popijać kakao i delektować się byciem we troje... Chodzimy w piżamach, gramy w gry planszowe i oglądamy bajki i świąteczne filmy! Cały rok nie włączamy TV, więc w święta sobie na to pozwalamy, ponieważ możemy... :-)

Lista propozycji świątecznych filmów jest długaśna! Ja mam kilka propozycji, które nastrajają nas właściwie już od listopada ;-) I wcale nie są to Keviny i Listy do...

Pierwszą i najbardziej ulubioną bajką jest "Grinch" (bajka, nie film). Jest pięknie animowana, pełna humoru i oczywiście z wyjątkowym morałem. Grinch nie cierpi mieszkańców Ktosiowa, lecz musi wybrać się po zakupy, tuż przed Gwiazdką. No cóż kwintesencją, tego co o nich myśli jest cytat, który wypowiada do swojego psa: "Maks pamiętaj, o tej porze roku Ktosiowie są wyjątkowo perfidni, masz moje pozwolenie - jeśli któryś z nich powie nam coś miłego, możesz mu się rzucić prosto do gardła"... Idąc po zakupy, śpiewa "pada śnieg, śmierdzi ściek" i ledwo daje radę z tym całym świątecznym nastrojem w Ktosiowie... Oczywiście jesteśmy świadkami pięknej przemiany głównego bohatera. Ja lubię tę bajkę jeszcze za dwie rzeczy! Bardzo miły obrazek przyjaznej społeczności, pełnej życzliwości i wzajemnego wsparcia oraz za psa! Uroczy, posłuszny, przyjacielski i empatyczny, czyli zupełne przeciwieństwo naszego psa... ech... Może jeszcze chciałabym, żeby nie było mi zimno (jak bohaterom) przy takiej ilości śniegu! :-)


"Klaus" jest bajką, którą długo omijałam... Jak dla mnie była brzydko animowana, kanciata, z małą ilością kolorów. A jednak w tym roku mąż mnie namówił i żałowałam, że tak pochopnie ją oceniłam... Cudowna w każdym calu!!! O przyjaźni, o wielopokoleniowych waśniach i zmianie dzięki jednej zasadzie - jeden bezinteresowny czyn, niesie za sobą kolejne... A nośnikiem budowania nowego świata są dzieci... Sprawdźcie sami...

Tradycją w naszej rodzinie jest również "Bajkowe opowieści Myszki Mickey" z 1999 roku... Trzy opowieści, znani bohaterowie i ogromne ciepło bijące z ekranu. Polecam!


Teraz 3 propozycje, jak dzieci już pójdą spać ;-)

"Last Christmas" z fenomenalną Emilią Clarke (znaną z "Gry o tron", ja osobiście kocham ją za rolę "Me before you"), scenariusz do filmu napisała jedna z moich ulubionych aktorek - Emma Thompson. Głowna bohaterka pracuje w sklepie z akcesoriami do Gwiazdki, choć sama nie przepada za tym świętem. Od czasu operacji serca, zachowuje się bardzo samolubnie i egoistycznie, tak jakby zabrakło w niej serca... to nie jest kolejna komedia romantyczna! Należy wyczekać do końca...

Z czym Wam się kojarzy Brazylia? Z karnawałem, Jezusem i tasiemcowymi serialami...? No może jeszcze ze słynną plażą... A jakbym Wam powiedziała, że obejrzałam brazylijski film i zbierałam szczękę z podłogi?! O tak! "Święta, święta, znowu święta". Jakby to opisać, żeby nie zdradzić fabuły??? Może tak... Jeśli tak jak ja sprzed kilku lat i główny bohater nie lubicie świąt - kolejek, zakupów na wypadek, jakby zaraz miał być Armageddon, prezentów, które wiadomo gdzie można sobie wsadzić, godzin spędzonych w kuchni i rodziny, za którą aż tak bardzo się nie przepada, to jesteście w domu! Taki jest główny bohater... Po kilku minutach, okaże się jednak, że akcja filmu jest wyjątkowa! W tle z klątwą dziadka i wyjątkowym rodzajem amnezji...


No dobra, żeby nie było tak przyciężkawo, mam naszą perełkę - komedia z różnymi świętami w tle... "Randki od święta". Co jeśli rodzina czeka na Twoje zamążpójście, a Tobie dobrze jest tak jak jest... - z pracą w domu i bez faceta! Dla świętego spokoju przyprowadzasz randkę od święta i tylko na święta... Tu koniec jest oczywiście w pełni przewidywalny, ale fabuła śmieszna, lekka i pomysłowa... Polecam! 

Miłego świętowania - czy to w tradycyjny sposób, czy tak jak my - w sposób, który jest dla nas wygodny :-) każdy lubi coś innego...!]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/c8eabbcb70aa5bd3416fa1669f35f4c7,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/c8eabbcb70aa5bd3416fa1669f35f4c7,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/156531,paleta-mozliwosci</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/156531,paleta-mozliwosci</link><pubDate>Thu, 14 Oct 2021 22:14:09 +0200</pubDate><title>Paleta możliwości</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/621bcf1b849cbc7fbd11b2d2bfb2a1c1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Ciastoliny, plasteliny, modeliny i inne dające się ugniatać w małych rączkach tworzywa dają wiele kreatywnych możliwości. Czyste, pobudzające wyobraźnię barwy przywołują na myśl kolorowe kwiatki, zwierzątka, domki i serduszka. Każde w innym kolorze!

Z taką myślą postawiłem przed swoją trzyletnią córeczką osiem pudełeczek z kolorowymi wieczkami. Na stole rozłożyłem dla niej "stanowisko pracy" i przekazałem małym rączkom kilka narzędzi: foremki, plastikowe nożyki i mały wałeczek. W mojej wyobraźni już wizualizowałem szereg kolorowych kwiatków, wielobarwne lody o wielu smakach i inne pyszności oraz piękne zwierzątka. 
Zająłem się "swoimi sprawami", dając swobodę twórczą i przestrzeń dla wyobraźni. 

Każdy rodzic wie, że gdy w drugim pokoju zapada cisza, nie wróży to nic dobrego... :) 
Dlatego postanowiłem zwizytować tę niewielką placówkę edukacyjną. 
Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem efekt wytężonej pracy w postaci substancji o bliżej nieokreślonych kolorach i kilka serduszek w tej samej tonacji. Była to raczej irytacja wyrażona zdaniem: "Dlaczego pomieszałaś te wszystkie kolory?"
Na reakcję młodej twórczyni długo nie musiałem czekać. Głośny płacz trzylatki był najlepszą odpowiedzią na moje pytanie. Kolejna niezrozumiana artystka. Szloch, rozpacz i zawód, a także wiele innych emocji zostało przywołanych w formie mocno ekspresyjnej i głośnej. Oraz podsumowane wołaniem o pomoc: "Mama!".]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/621bcf1b849cbc7fbd11b2d2bfb2a1c1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/621bcf1b849cbc7fbd11b2d2bfb2a1c1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/156397,wstydz-sie-jako-i-ja-sie-za-ciebie-dziecko-wstydze</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/156397,wstydz-sie-jako-i-ja-sie-za-ciebie-dziecko-wstydze</link><pubDate>Thu, 07 Oct 2021 19:39:36 +0200</pubDate><title>&quot;Wstydź się, jako i ja się za ciebie wstydzę&quot;. Epidemia zawstydzania dzieci toczy się od pokoleń</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/b50389fc2c47f0be1b5679fa51ff0657,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kiedy przychodzi do mnie pomysł na tekst, zazwyczaj wiele sytuacji składa się w całość... To co usłyszę, zobaczę czy przeżyję stanowi kompletny obrazek z puzzli. Więc tym razem przyszedł wstyd.

Brene Brown pokazuje, że żeby zrozumieć istotę wstydu, należy sobie wyobrazić pewną sytuację - wychodzisz z pomieszczenia pełnego twoich znajomych i oni będą mówili o tobie różne nieprzyjemne rzeczy, są one tak przykre, że być może nigdy tam nie wrócisz, żeby spojrzeć im w oczy...

Ostatnio uczestniczyłam w szkoleniu dotyczącym emocji i ruchu, przestrzeni (polecam Bączka i Kaczkę!). Jedną z lekcji, które wyniosłam z tego kursu było coś oczywistego, a zarazem tak genialnie odkrywczego (dla mnie rzecz jasna). Wstyd - emocja tak silna, tak mocno związana z naszym dzieciństwem, że często wkradająca się w relacje pomiędzy naszymi dziećmi a światem wkoło. Inaczej... 


Nasze dziecko coś przeskrobie ( coś społecznie nieakceptowanego oczywiście), a wstyd jest nam, za dziecko, za to, że inni ludzie to oglądali i generalnie wstyd za to, co powiedzą. A że nasze dziecko zrobiło jak czuło, może nie udźwignęło emocji, sytuacji, zew serca był silniejszy...? I generalnie nie rozumie, co mogło zrobić źle, będąc do cna zgodne ze sobą.

Tu wkraczamy my - rodzice i wzbudzamy w nim "należyty" wstyd. "Powinieneś się wstydzić!", "Wstyd mi za ciebie!"... Ale czy faktycznie wstyd nam za dziecko? A może przed innymi ludźmi? A może mamy własne dziecięce doświadczenia, które właśnie się odpaliły.


Wstyd jest naturalną emocją, która powinna uruchomić się wtedy, gdy faktycznie czujemy, że albo my, albo ktoś w stosunku do nas przekracza granice. 

Epidemia zawstydzania toczy się się przez pokolenia

Zawstydzanie dziecka jest szybkim i dość skutecznym mechanizmem wtłoczonym w nasze głowy. Czyż same nie przeżyłyśmy wąsatego wujka, który robił niewybredne aluzje o naszym ciele w wieku dojrzewania? Czy nie musieliśmy w dzieciństwie przepraszam za coś, czego nie zrobiliśmy? A może będąc jeszcze nie dość dużymi dziećmi, wstydziliśmy się za pijanego ojca? 


Tylko życie w autentycznym współczuciu (nie żalu, tylko empatycznym współistnieniu) oraz szacunku do siebie i do każdego człowieka wkoło może nam pomóc zerwać kajdany tego schematu. Łatwo powiedzieć, gdy jest się dorosłym człowiekiem. A może i nie tak łatwo?

To co mnie spotyka, zawsze staram się traktować jako lekcję, wydarza się po coś. Ostatnio dostałam taką lekcję. Asertywnie odmówiłam pewnej osobie wykonania powiedzmy "prośby", która z jednej strony (w mojej ocenie) była niestosowna, a na pewno przekraczająca moje granice, z drugiej - wymagałaby ode mnie podjęcie ryzyka dostania mandatu (w najlżejszym przypadku). 


Osoba, której odmówiłam rzuciła "nie, to nie" i odwróciła się na pięcie, zostawiając mnie ze szczęką na podłodze. Co poczułam? Zaskoczenie, to z pewnością, zdumienie też i coś jeszcze - palący wstyd. No właśnie! Ale w zasadzie za kogo? 

Być może odpalił mi się stary schemat - "Jak możesz odmawiać, tobie nie wolno nikomu odmawiać, masz cały świat nieś na plecach". Być może za tą osobę, że jest dorosła, prosi o dość niestosowną rzecz inną osobę, którą ledwo zna? Być może było mi wstyd za całą sytuację? 

Kiedy następnego dnia spotkałyśmy się, a ta osoba odwróciła wzrok udając, że mnie nie widzi(albo ignorując moje jestestwo), pomyślałam: "Trochę niezręcznie". Ale w zasadzie komu powinno być niezręcznie? No właśnie! Nie mnie! Nie mam sobie nic do zarzucenia, ale lata praktyk w trenowaniu i łamaniu moich granic przez najbliższych pozostawiły ślady.


Pomimo ogromnego wglądu w siebie, dalej włączają się najpierw stare nawyki, u mnie - tej dorosłej, jakbym dalej miała 10 lat. Dziękuję za tę lekcję! Zrozumiałam, że tak łatwo zarazić się czyimiś emocjami, że również obcy ludzie trafiają w moje czułe struny, ale przede wszystkim zrozumiałam, ile trzeba mieć uważności, by nie przelać swoich lęków, gniewu i wstydu na własne dzieci. Sekunda nieuwagi i już po tobie.

Brene Brown mówi o tym, że im niższe poczucie wartości, tym wyższy w nas poziom lęku o poczucie przynależenia do rodziny, do relacji w pracy, w szkole. Więcej wstydu spowodowanego przez karzącego krytyka w naszej głowie. 


Co jest receptą?

Miłość i akceptacja siebie, takim, jakim jestem. Zadanie na całe życie. Warto zapamiętać, że można zawsze przejrzeć się w lustrze z czułością i współczuciem i pamiętać o naszych dzieciach. Nie chowajmy ich na naszą modłę. One są odrębnymi bytami, a podstawowym obowiązkiem rodzica jest autentyczne kochanie swoich dzieci i akceptowanie takimi, jakie są. Pozwólmy im wstydzić się samym za siebie.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/b50389fc2c47f0be1b5679fa51ff0657,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/b50389fc2c47f0be1b5679fa51ff0657,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Zawstydzanie dzieci trwa od pokoleń.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/155227,obsesja-piekna-piszmy-drogi-powrotu</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/155227,obsesja-piekna-piszmy-drogi-powrotu</link><pubDate>Wed, 18 Aug 2021 15:10:02 +0200</pubDate><title>Obsesja piękna??? &quot;Piszmy drogi powrotu&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/4fe35a950169595b3908316213add81c,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jaką masz relację z własnym ciałem? Jaką opiekunką jesteś dla siebie? Czy umiesz odnaleźć w sobie czułość? Zapraszam w drogę... do siebie...

W uszach słyszę Imany "No more fight left in me", a przed oczami pojawia się piękny i mądry teledysk. Nie ma we mnie żadnej walki... We mnie... W kobiecie.... w córce... w siostrze... w matce... w żonie... w synowej... w pracownicy... No more fight left in me...
Tematyka kobiecości i podejścia do ciała silnie ze mną rezonuje od dłuższego czasu... Być może ze względu na odnalezienie siebie w tańcu? A może ze względu na rozgaszczanie się w swoim kobiecym ciele z czułością i uważnością? A może ze względu ma mój stan zdrowia? Chyba powód nie jest ważny, liczy się, że jest to drogą, która zdecydowanie wiedzie mnie w dobrym kierunku...
Obiecałam sobie, że w końcu podczas tych wakacji poczytam coś lekkiego, zwiewnego, niestety nie jest mi dane... W moje ręce trafia ciągle coś, co wspólnie składa się na piękną układankę... KOBIETA. Początkowo wybrałam się w "Podróż bohaterki", z czułością objęłam się w "Świadomości kobiecości" i zatoczyłam krąg w "Obsesji piękna" (Agatko dziękuję!)... To wszystko skłania mnie do refleksji, że patriarchalny świat stawia przed nami ogrom wymagań, którym trudno jest sprostać, zwłaszcza w pojedynkę... 
Ostatnie warsztaty, które zorganizowałam dla kobiet, dodały mi odwagi do napisania tego artykułu... My kobiety mam wysoki standard wymagań - wygląd, ubranie, bycie dobrą matką, żeby nie użyć perfekcyjną matką..., bycie dobrą pracownicą i domową menagerką... W obecnej tendencji do polaryzacji rodzin i stawiania na jednostki, rozpad wielopokoleniowości, w wielu sytuacjach rodzice skazani sami na siebie... Stres i osamotnienie buduje we współczesnych kobietach mury nie do przeskoczenia... 
Jestem ogromna fanką Marzeny Barszcz, która jest autorką "Psychoterapii przez ciało". Zwraca ona z wielką mądrością i świadomością naszą uwagę na ciało. Słuchając Marzenki, ujmuje mnie jej empatyczność i delikatność zarazem... W jednym ze swoich Live'ów nakreśliła relacje z ciałem po przebytych traumach relacyjnych (długotrwałych, powtarzających się, najczęściej zaznanych we wczesnym dzieciństwie). No więc jakie są te cielesne relacje według autorki? Możemy mieć relację wrogą (pełna nienawiść do ciała), zalęknioną, obojętną, ambiwalentną, obecną i bezpieczną... Zachęcam Was do poszukania informacji bezpośrednio od autorki, chyba nie potrafię tego przekazać w sposób właściwy, tak jak zrobi to Marzena... Ten live uruchomił we mnie dialog wewnętrzny... Jaka jest relacja z moim ciałem... Jak dbam sama o siebie? Jakie myśli o sobie i swoim ciele przewijają się jak taśma w mojej głowie? Patrząc na swoje ciało objęte bielactwem, tarczycę potarganą Hashimoto, zmęczone nadnercza, sfrustrowany żołądek odpowiedź jest i prosta i skomplikowana... Dziękuję losowi za mój stan zdrowia, to dzięki temu co ciało do mnie krzyczało przez lata, zmieniam swoje życie... Krzyk rozpaczy był ogromny, ale obecnie cieszę się dobrą relacją z samą sobą, a wyboista przeszłość to rodzaj jakby mary sennej, która mam wrażenie już dawno się skończyła. Dziękuję również za każdą lekcję daną od życia, za każdą osobę, która była ze mną w trudnej relacji, to właśnie dzięki błędom i trudnością, kryzysom rozwijam się i czuję jak każdego dnia zbliżam się do ścieżki mojego przeznaczenia... Tworzę także swoje własne plemię (Aniu Lachowicz - Glińska dziękuję za inspirację!!!), otaczam się ludźmi, na których mogę liczyć, a oni na mnie, plemię które jest wsparciem, źródłem dobroci, o której nie podejrzewałam wszechświat. Zawsze myślałam, że ze swoim czuciem i patrzeniem na świat odstaję od reszty... Teraz jestem przekonana, że jak najbardziej pasuję, tylko grupa odniesienia sama się zmieniła... Wybrałam się w podróż bohaterki i kroczę ścieżką ku kobiecości, sile i odwadze bycia taką jaką mam być, a nie taką jaką widzieć chce mnie świat... Zapraszam również do tej drogi wspaniałe kobiety, które mimo bólu i cierpienia, mają odwagę kroczyć wraz ze mną...
Do smutnych refleksji na temat kobiecości natchnęła mnie książka "Obsesja piękna"... Autorka w druzgocący sposób pokazuje jak bardzo my kobiety uwikłane jesteśmy w świat komercyjnego sprzedawania ciała na ołtarzu niedościgniętego piękna. Czym w zasadzie jest piękno? Kto tworzy kanon piękna? Jak bardzo staramy się doścignąć wizję świata, biczując się każdego dnia za zjedzenie ciastka czy zwałki tłuszczu na brzuchu? Przypomniała mi się pewna sytuacja. Stoję przy kasie z 6 letnim synem w jednej z popularnych drogerii. Syn pyta "Co to?" wskazując na sztuczne rzęsy. Odpowiadam "sztuczne rzęsy", a on z przerażeniem ciągnie za swoje własne rzęsy, żeby zobaczyć czy jego też odpadają i pyta "czy on też bedzie musiał sobie przykleić, jak jego własne odpadną"... No cóż... On nie... Bo nie jest kobietą... Szczęściarz... Tak, my kobiety nie tylko "musimy" przykleić rzęsy, doczepić paznokcie, ale i wydepilować i nabalsamować całe ciało, położyć makijaż na twarz, ubrać szpilki i niewygodną miniówkę, by udowodnić, że jesteśmy kobietami... Z drugiej strony narażając się na niewybredne komentarze obcych mężczyzn na ulicy... Nie zrozumcie mnie źle, nie krytykuję tego wszystkiego. Chcesz, lubisz, to przyklejaj i balsamuj, twoja sprawa... Bardziej chcę zwrócić waszą uwagę na motywację... Czy robimy to dla siebie czy świat wymusza tak na nas...? 
Ja osobiście od lat nie kupuję kobiecych gazet, w których wciska się nam, że fotoshop to normalny i naturalny wygląd ciała, a bez najmodniejszego koloru sezonu nie istniejesz.... Po co nam moda? Zastanawiałyście się kiedyś po co ten cały komercyjny świat został stworzony? Dla dobra kobiet czy portfeli najbogatszych tego świata? Przeczytaj książkę, ponieważ stanowi zimny prysznic dla naszych mózgów!!! I twórz własne plemię, bliskość kobiety do kobiety, przestrzeń wsparcia bez krytyki i oceniania, w polu serca i czułości, a wszechświat odpłaci się po stokroć... "Piszmy drogi powrotu do siebie i swojego ciała" (Marzena Barszcz)...
Basia]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/4fe35a950169595b3908316213add81c,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/4fe35a950169595b3908316213add81c,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/154583,logo-zabawy-w-samochodzie-czyli-jak-wspierac-rozwoj-mowy-podczas-podrozy</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/154583,logo-zabawy-w-samochodzie-czyli-jak-wspierac-rozwoj-mowy-podczas-podrozy</link><pubDate>Sat, 24 Jul 2021 20:15:00 +0200</pubDate><title>Logo zabawy w samochodzie - czyli jak wspierać rozwój mowy podczas podróży</title><description><![CDATA[<img src="https://m.mamadu.pl/a5bfb79a205cf7663458f85d7b608027,135,135,1,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;"/>Rodzice, jeśli Wasze dziecko jest w terapii logopedycznej, to na pewno wiecie, że zbyt długie przerwy od treningu mowy nie są wskazane. Dobrym za to pomysłem jest wykorzystanie czasu w podróży do powtórzenia znanych już może na pamięć elementów domowej pracy logopedycznej. I nie tylko! Podróż samochodowa, dłuższa czy krótsza to moment na dobrą wspólną rodzinną zabawę.

Poza tym, takie ćwiczenia w samochodzie są bezpieczne. Nie potrzeba bowiem zbędnych akcesoriów, które w razie mocnego hamowania, mogłyby "zamienić się w cegłę" i zrobić krzywdę podróżującym.

Jak zatem wspierać rozwój mowy w samochodzie?

Po pierwsze - myśląca głowa rodzica i dobre przygotowanie, choćby listy pomysłów do odhaczania to już połowa sukcesu.

Po drugie - zanim wyruszycie, warto zastanowić się jakie gry lubi Twoje dziecko: czy to zabawy słowne, czy przestrzenne, a może logiczne łamigłówki? Drogową checklistę trzeba przecież skonstruować indywidualnie i dopasować do naszego dziecka.


Po trzecie - posłuchaj swojego dziecka i skorzystaj z jego propozycji zabawy w drodze, bo trzeba pamiętać, że tylko swobodna zabawa (choć w wypadku podróży, ograniczona fizycznie) jest źródłem rozwoju, ale też budowania relacji i dobrych więzi.

	
		
											
					
				
				pl.freepik.pl
					



Podpowiadam, co może się sprawdzić:
☑ ćwiczenia buzi i języka, które na co dzień trenujecie w domu - dziecko może widzieć swoje miny w lusterku rodzica;
☑ liczenie samochodów (w konkretnym kolorze, konkretnej marki), pociągów, tramwajów, samolotów;
☑ liczenie (i nazywanie) maszyn rolniczych;
☑ liczenie mostów;
☑ liczenie zwierząt!
☑ liczenie ptaków (latem bocianów ci u nas dostatek)!
☑ zabawa w skojarzenia z kształtami chmur - co Ci przypomina, do czego jest podobna?;
☑ zabawa w skojarzenia z nazwami mijanych miejscowości;
☑ odczytywanie nazw miejscowości - to dla uczących się czytać dobry trening;
☑ odczytywanie pierwszej litery; miejscowości i wymyślanie nowej nazwy na tę samą literę;
☑ wymyślanie rymującego się wyrazu do nazwy miejscowości;
☑ dzielenie nazw miejscowości na sylaby i głoski;
☑ zabawa w ciąg wyrazów: dziecko wymyśla wyraz na ostatnią głoskę podanego przez nas wyrazu (dla utrudnienia, możemy zawęzić kategorię, np. do zwierząt, imion, rzeczy, itp.);
☑ zabawa w sylaby: mówienie o tym, co widzimy za oknem, używając wyłącznie zdań dzielonych na sylaby (sy-la-bi-zo-wa-nie);
☑ zabawa w wymyślanie wyrazów na konkretną głoskę - kto wymyśli najwięcej, albo każdy po kolei musi zaprezentować swój pomysł;
☑ zabawa w zgadywanie: o jakim owocu/warzywie/rzeczy myślę - tu można pofantazjować i używając niewielkich podpowiedzi opisywać dziecku podpowiedzi, ostatecznie można podać pierwszą (dla starszaków ostatnią) głoskę tego wyrazu;
☑ zabawa - zagadka: co właśnie zobaczyłam/-em za oknem: znów używamy skromnych podpowiedzi, by pobudzić wyobraźnię dziecka;
☑ śpiewanie i wymyślanie piosenek o tym, co właśnie za oknem samochodu, albo o tym dokąd zmierzamy;
☑ słuchanie audiobooka, o którego treści warto porozmawiać, by sprawdzić, czy rzeczywiście dziecko słuchało ze zrozumieniem.


Zabawy, które zaproponowałam rozwijają aparat mowy, ćwiczą koncentrację, spostrzegawczość oraz myślenie wyobrażeniowe, analizę i syntezę słuchową oraz wzrokową - wszystko, co cenne dla rozwoju mowy. 

Tutaj znajdziecie gotową Logo checklistę podróżną do druku.

Polecam i zapraszam do dobrej zabawy!]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/a5bfb79a205cf7663458f85d7b608027,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/a5bfb79a205cf7663458f85d7b608027,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Justyna Zajdel-Rapa</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/154367,dzika-dziewczynka</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/154367,dzika-dziewczynka</link><pubDate>Thu, 15 Jul 2021 14:30:09 +0200</pubDate><title>Dzika dziewczynka</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/bcba5ae4f2ae68735af1d57acd7b6639,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />A gdyby tak przez chwilę żyć pełnią wolności? Nie mieć w głowie dudniących myśli, społecznych zakazów i nakazów? Po prostu być... być w pełni sobą? Cudowny plan, prawda?

Wyjechaliśmy na wakacje... Nie jest moim zamiarem chwalenie się... Nie lubię się chwalić, nie umieszczam fotek z wakacji na portalach społecznościowych... Nie lubię... Uważam, że moje życie prywatne jest moim skarbem, a skarbem nie lubię się dzielić :-) Niemniej jednak, fakt wyjazdu jest tu znaczący...
Po długiej podróży dotarliśmy na miejsce, zmęczeni, ale szczęśliwi... Ciepło i miło, piękne zabytki i odmienny sposób życia. Podczas podróży uwielbiam podglądać inność życia... Zadziwia mnie za każdym razem odmienność trwania w życiu codziennym, pozwala mi to rozszerzać horyzonty i uczyć się elastyczności... 
Mam pewien dar? Talent? Nie wiem jak to nazwać? Kiedyś z racji "wyuczonej" skromności i umniejszania się nie przyznawałam się do tego otwarcie, obecnie uważam, że warto iść za głosem serca, nic w tym złego, że prócz słabych stron, mam również mocne strony... Od lat wiem o tym, że mam dar do kontaktów z dziećmi... czy to niepełnosprawnych dzieci, czy też zdrowych. Gdzie się nie pojawię, tam za chwilę siedzi koło mnie gromadka dzieci... Owy talent wykorzystuję również w terapii... Podążam za dzieckiem, próbuję zrozumieć jego świat, zauważyć potrzeby i jak najlepiej pomóc w ich realizacji... Wielkim nauczycielem w tej kwestii jest mój własny, wysoko wrażliwy syn... Jego świat jest moim światem pokory wobec emocji dziecka, jego granic i potrzeb... A całe matczyne doświadczenie wykorzystuję w pomocy innym dzieciom i ich rodzicom.... Od wielu lat... W przekonaniu, że robię to naprawdę dobrze i profesjonalnie! Ale do brzegu :-)
Ten rok był dla mnie trudny, więc wyjazd na urlop był zbawiennym czasem.... Po mniej więcej dwóch dniach poznałam Dorę, lat trzy. No cóż... Była to jedna z moich kolejnych przygód w odkrywaniu świata dziecka... Dziewczynka okazała się być żywiołowa, spontaniczna, szybka, urocza i wysoko wrażliwa... Tak... Kolejne dziecko w pobliżu mnie, czujące i przeżywające więcej niż zwykły zjadacz chleba. Patrzyłam na nią i widziałam mojego trzyletniego syna... Labilność emocji, wyrzut niczym niepohamowanej złości i uśmiech rozkładający na łopatki... Dorisa stała się moją towarzyszką. Trzymała mnie za rękę, podawała małe rączki do masażu, opowiadała w swoim języku o dziecięcych doświadczeniach. Co ciekawe, z dużym zainteresowaniem słuchała, co i ja mam do powiedzenia, choć mówiłam do niej po polsku :-) To jest magia w moim życiu. uwielbiam ten nadprzyrodzony kontakt z drugim człowiekiem, bez zbędnych słów, bez egoizmu, bez czekania na poklaski ego, w radości trwania we dwoje.
Dora jest przykładem na to, że wysoko wrażliwe dzieci to nie jest tylko kolejny wymysł polskich pedagogów i psychologów, "nadwrażliwcy" rodzą się wszędzie.
Ta trzylatka przypomniała mi o bardzo ważnej sprawie... Jej nieposkromiona chęć życia w pełnej zgodzie z sobą, upór w stawianiu na swoim (w realizowaniu swoich potrzeb) i podporządkowanie całej swojej rodziny, by żyć w wolności, przypomniało mi o mojej małej dziewczynce, w środku... Dzikość Dory była piękna, jej odwaga i bezkompromisowość w realizacji siebie zawstydziła mnie. Kiedy ja ostatnio dbałam o swoją dzikość, tak zwyczajnie..., o swoje wewnętrzne dziecko? Pięknie napisała o tym Natalia de Barbraro w "Czułej przewodniczce". Podkreśla ona jak ważne jest zadbanie o naszą dziką małą dziewczynkę, która potrzebuje dojść do głosu, potrzebuje opieki i zaspokojenia, inaczej będziemy realizować się w męczennicy, królowej śniegu lub nadmiernie potulnej. Nie mówię, że należy rzucić wszystko i jak Dora gnać przed siebie (choć dlaczego nie?), ale pobyć przez parę minut dziennie jak ta trzylatka, by odszukać spokój i zadowolenie z życia... Posłuchać centrum swojego ciała (brzucha, które robi bum bum - jak śpiewa Maria Peszek w utworze "Ave Maria"), pobyć tylko ze sobą..., bez wewnętrznego krytyka i natłoku myśli, co jeszcze trzeba zrobić w domu...
Kocham odkrywać oczywistości..., ponieważ ciągle o nich zapominam... Świat jest prosty, to my go komplikujemy...
P.S. najbardziej załamana moim wyjazdem była mama Dory;-)
Basia:-)]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/bcba5ae4f2ae68735af1d57acd7b6639,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/bcba5ae4f2ae68735af1d57acd7b6639,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/150599,terapia-logopedyczna-w-domu</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/150599,terapia-logopedyczna-w-domu</link><pubDate>Sat, 06 Feb 2021 20:32:24 +0100</pubDate><title>Terapia logopedyczna w domu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/311ac223f1662ae2b1a7e3f10c0aeff7,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jeśli Twoje dziecko jest w terapii logopedycznej, na pewno już wiesz, że to, co uda się wypracować podczas spotkania z terapeutą to tylko jeden z elementów pracy logopedycznej. Część obowiązku spada na Rodzica i jego umiejętnym, a przede wszystkim efektywnym realizowaniu zaleceń terapeutycznych w domu. Dzięki rozmowom z rodzicami wiem, że to najtrudniejszy do osiągnięcia cel, jednak konieczny. Pracując bowiem z dzieckiem jedynie raz czy dwa razy w tygodniu, pozostaje jeszcze następnych 5 czy 6 dni tygodnia, których nie można „zmarnować”. Późniejsza podróż „w poszukiwaniu straconego czasu” też okazałaby się zawodna.
Mam kilka podpowiedzi, które czas pracy logopedycznej w domu mogą Ci ułatwić.

Stała godzina
Zakładam, że spotkania z terapeutą już goszczą w grafiku Twojego dziecka – zapewne jest to określony, zazwyczaj ten sam dzień tygodnia i stała godzina spotkań. Dlaczego nie przenieść tego standardu do domu? Ustal z dzieckiem dogodny dla Was czas w ciągu dnia, niech to będzie konkretna godzina. Najlepiej (z mojej perspektywy, oczywiście) kiedy dziecko nie jest tuż po zajęciach żłobkowych, przedszkolnych czy szkolnych, ale już nieco wypoczęte. Dobrze zadbać o to, by nie były to również późne godziny wieczorne, gdy dziecko wyczerpane emocjonalnie, psychicznie i fizycznie po całym dniu, na pewno nie będzie miało ochoty na współpracę z rodzicem. Pamiętajmy też, by nie angażować dziecka do ćwiczeń terapeutycznych tuż po posiłku, ani zaraz po kontakcie z ekranem (telewizor, telefon, tablet itp.) - może być zbyt pobudzone i niechętne do podjęcia wymagających koncentracji zadań. Dla każdego dziecka inna pora będzie dogodna. Rolą rodzica jest pomóc ten czas wybrać, by zaaranżować domowe zajęcia.


Odpowiednie miejsce zajęć
Wyznaczcie miejsce, gdzie najlepiej będzie Wam się pracowało. Stanowisko powinno być jasne, dobrze oświetlone, bez niepotrzebnych rzeczy dookoła. Jeśli myślę o najmłodszych dzieciach (około roku, dwóch lat) dobre miejsce to dywan, na którym podczas zabawy, będzie można w wygodny dla dziecka sposób realizować cele terapeutyczne. Starsze dzieci (choć już dwulatki też mogą się do tej grupy zaliczać) można zaprosić do stolika. Ważne, by był on, wraz z siedziskiem, dobrze dopasowany do wzrostu dziecka, by ułatwił pracę, a nie był przeszkodą. Pamiętaj, że nóżki dziecka powinny stabilnie opierać się o podłogę, plecki - proste, a blat stołu na takiej wysokości, by dziecko swobodnie mogło rysować, układać, czytać, itp. Prawidłowa postawa całego ciała podczas ćwiczeń logopedycznych jest bardzo ważna, nie tylko w gabinecie terapeutycznym, ale również w domu.


Brak „rozpraszaczy”
Warto zadbać o to, by podczas pracy terapeutycznej w domu nic niepotrzebnie dziecka nie rozpraszało. Wyłącz więc telewizor i radio, by nic nie grało w tle, wycisz telefon, by móc całą swoją uwagę poświęcić maluchowi (tak, brak rozpraszaczy dla rodzica też ma znaczenie). Schowaj rozrzucone na podłodze zabawki; a na stoliku, czy biurku (lub obok) zostaw tylko to, co przyda się podczas ćwiczeń.

Woda
Planując czas pracy w domu, dobrze przygotować dziecku wodę (ja zawsze mam butelkę przy sobie:)), by uniknąć biegania do kuchni i gaszenia pragnienia, odsuwając tym samym zadania do wykonania na dalszy plan.


Określony czas pracy
Podczas pracy z dziećmi zauważyłam, że lubią one wiedzieć dokładnie ile czasu będziemy pracować oraz kiedy spotkanie się zakończy. Młodsze dzieci zaglądają na mój zegarek i dopytują do której kreseczki (na tarczy) będziemy ćwiczyć, a starszaki proszą o podanie konkretnej godziny i same kontrolują upływ czasu. Przełóżmy to na czas pracy w domu. Skoro ustalamy odpowiednią godzinę, to ustalmy też konkretną ilość minut, które poświęcimy na terapię. Oczywiście trzeba to odnieść do rodzaju oraz ilości pracy, z którą musicie się zmierzyć w domu (w porozumieniu z logopedą) – i tak jednemu dziecku wystarczy 20 minut dziennie, inne będzie potrzebowało 60 minut, rozdzielonych na przykład na dwa bloki czasowe. Oczywiście, warto dziecko poinformować, że jeśli minie ustalony czas, a my będziemy jeszcze trwać w wykonywaniu jakiegoś zadania, trzeba je dokończyć. To Cię uchroni przed dziecięcymi pretensjami, że nie dotrzymujesz rodzicielskiej umowy.
Klepsydra może okazać się świetnym rozwiązaniem. Ten odmierzacz czasu sprawdzi się przecież już u maluszków, które przy okazji będą mogły nauczyć się pojmowania upływu czasu.

	
		
									
					
				
				freepik
					


Czas wspólny
Czas, który spędzasz z dzieckiem również może stanowić element pracy terapeutycznej w domu, szczególnie gdy mowa o najmłodszych dzieciach. Wtedy możesz tak zaaranżować wspólne chwile, by realizować zadania podczas zabawy, a maluch nawet nie będzie zorientowany, że to czas ćwiczeń.


Konkretne cele
Terapeuta powinien wytłumaczyć Ci, co i w jaki sposób z dzieckiem wypada w domu ćwiczyć. Zabierając się do tej pracy terapeutycznej dobrze na wstępie dziecku uświadomić i wytłumaczyć jaki będzie plan ćwiczeń, czyli jaki jest cel naszego domowego spotkania, jakie zadania mamy do wykonania. LOGO-CHECK-LIST.

Zaufanie terapeucie
To podstawowe założenie podjęcia wyzwania pracy z dzieckiem w domu. Dobra relacja terapeuty z rodzicem jest bardzo ważnym elementem, budującym skuteczność terapii. Ważne, by rodzic rozumiał swoje zadanie, był zaangażowany i uważnie realizował cele wyznaczane przez logopedę do pracy w domu. Wtedy zwiększa się skuteczność działań logopedycznych. Terapeuta powinien dostarczyć Ci, rodzicu, potrzebne materiały i wytłumaczyć jak z nimi pracować oraz na co zwrócić szczególną uwagę. 
Jeśli kusi Cię, by samemu, w internecie, czy księgarni szukać ćwiczeń dla dziecka, to znaczy, że chyba nie ufasz logopedzie prowadzącemu dostatecznie. Nie sięgaj bezwiednie również po ćwiczenia które niegdyś może miało Twoje starsze dziecko (chyba że uzgodniłeś to z terapeutą). Jeśli masz wątpliwości, dlaczego akurat to macie ćwiczyć – dopytaj. Jeśli dopytujesz, a odpowiedzi nie wyczerpują Twojej ciekawości i logopeda nie spełnia twoich oczekiwań – zmień go. Przecież idziesz do specjalisty po to, by pomógł Twojemu dziecku. Dobra współpraca rodzica z terapeutą i wzajemne zrozumienie to klucz do sukcesu.


Na koniec warto dodać, że dziecko lubi uczyć się zarządzać swoim czasem, szczególnie w wieku przedszkolno-szkolnym, a zaproszone do współtworzenia planu może sprawić, że będzie bardziej zaangażowane w jego realizację.

Życzę Ci, Rodzicu, cierpliwości, wyrozumiałości i uczenia się czerpania radości z codziennych zmagań logopedycznych ze swoją pociechą.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/311ac223f1662ae2b1a7e3f10c0aeff7,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/311ac223f1662ae2b1a7e3f10c0aeff7,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Praca terapeutyczna nie może stać się dla dziecka i Rodzica przykrym obowiązkiem.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/150597,w-kolorze-indygo</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/150597,w-kolorze-indygo</link><pubDate>Fri, 05 Feb 2021 22:34:12 +0100</pubDate><title>W kolorze indygo</title><description><![CDATA[<img src="https://m.mamadu.pl/03c2047642f1c78c0f9ec69260a7c81f,135,135,1,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;"/>Jestem książkoholikiem (to nie są przechwałki...ma to swój ukryty cel...cierpliwości). Uwielbiam czytać i czytam wszystko… (no może poza romansami i bajkami o kopciuszku z „sado-masakro” dla naiwnych kobiet w tle)… Oczywiście z racji zainteresowań i wszechobecnej w naszym domu „wysokowrażliwości”, zazwyczaj są to książki o tematyce społecznej, psychologicznej, o pracy z ciałem i dla ciała… Cokolwiek wpadnie w ręce, pochłaniam… I tak trafiłam na dzieci indygo…

„Fenomen dzieci indygo” jest książką raczej z pogranicza parapsychologii, niemniej jednak to kolejny puzzel do układanki nadmentalności, high need baby czy nadmiernego myślenia… Dlaczego coraz więcej dzieci nie może odnaleźć się w systemie? Odstają w przedszkolu, odstają w szkole, wśród rówieśników… Są dziećmi niosącymi w sobie zmianę… Dzieci na miarę Ery Wodnika, która nastała wraz z ubiegłorocznym grudniem… Książka pewnie może mieć i swoich zwolenników i swoich hejterów… Jak wszystko w obecnym czasie… Jesteś ciekawy dzieci indygo? A może Ty lub Twoje dziecko jesteście po to, by zmienić świat, tylko jeszcze się na Was nie poznano? Być może… Przeczytaj i się przekonaj…


Jak na uzależnioną osobę przystało, w książkoholizm wciągam całą rodzinę… Mój syn ostatnio otrzymał ode mnie Pinka… No cóż zakochałam się!!! Pink uczy mnie wielu rzeczy! Jestem ważna! Mam wady, ale mam też swoje mocne strony! Jestem wyjątkowa, choć nieidealna… Mogę być z siebie zadowolona, a czasami mogę być smutna bez wyraźnego powodu… I jeśli czasem oglądając fejsbokowo – instagramowe fotorelacje idealnych matek – celebrytek, a to z wakacji zagramanicą, a to w wielkim świecie szołbizu, ty sama czujesz się jak „upadła Madonna z wielkim cycem” rodem z „Allo Allo”, nie przejmuj się! Kup sobie „Pinku” i już wszystko zrozumiesz! Jesteś wyjątkowa, choć nieidealna… A poza tym zdradzę ci tajemnicę… Internety kłamią… ;-) 
Piknku...Nauczył mnie wiele...a to czego nauczył syna…, to już zupełnie inna historia…:-)
Basia]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/03c2047642f1c78c0f9ec69260a7c81f,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/03c2047642f1c78c0f9ec69260a7c81f,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Sylwia i Basia</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/146575,nadzwyczajni-mentalnie</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/146575,nadzwyczajni-mentalnie</link><pubDate>Wed, 15 Apr 2020 18:12:59 +0200</pubDate><title>Nadzwyczajni mentalnie</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/6357a00f2ec3c2cd4d7f05a33070fc93,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kiedy będąc w ciąży czytałam "Zaklinaczkę dzieci" Tracy Hogg, natrafiłam na pewien podział dzieci, które przychodzą na świat. Były w nim istne aniołki - dzieci książkowe, grzeczne, śpiące i jedzące jak w zegarku. Były również temperamentne, które są przeciwieństwem aniołków... Nie spodziewałam się wtedy, że urodzi się chłopczyk "zaklasyfikowany" przez Tracy jako "wrażliwiec". Można dodać bardzo.... "wrażliwiec".

Czytając kwietniowy "Sens", trafiłam na artykuł Jolanty Marii Berent "Można zwariować! Ale nie trzeba" i od razu przypomniało mi się jak sama zaczęłam przygodę ze zgłębianiem wiedzy na temat wysoko wrażliwych dzieci. 
Poszukiwania tej wiedzy były dla mnie wyrazem matczynej determinacji. Mój syn jest właśnie wysoko wrażliwy dzieckiem. A kim są WWO (wysoko wrażliwe osoby)? Myślę, że jak przedstawię pewne charakterystyczne cechy mojego syna, wszystko stanie się jasne... Elein Aron w swojej książce daje dość dużą dawkę wiedzy, pokazując jednocześnie, że o tego typu problemie (darze?!) mówi się od niedawna... Christel Petitcollin, autorka "Jak mnie myśleć" i "Jak lepiej myśleć" przedstawia problemy ludzi, których nazywa "nadwydajnymi mentalnie", ukazując ich dorosłe życie często przez pryzmat dziecięcego niezrozumienia w najbliższym środowisku...
A jak to było u mnie? 


Przede wszystkim pomogło mi moje wykształcenie i długoletnia praca z osobami (dziećmi) ze spektrum autyzmu, intuicja, która nie dawała się zagłuszyć radami innych, "bardziej doświadczonych" matek z mojego środowiska... oraz jak się również okazało moja własna wysoka wrażliwość... Christel zwraca uwagę, że około 20% społeczeństwa może należeć do WWO, tudzież "nadwydajnych mentalnie" i bardzo często zdarza się, że dzieci dziedziczą te cechy po rodzicach. No cóż ... Taki dar przekazałam synowi... Cieszę się, że żyje on w zupełnie innych czasach niż ja żyłam, będąc dzieckiem... Mam nadzieje, że z jednej strony (podkreślania indywidualizmu dziecka, głośnym mówieniu o niepełnosprawności i specjalnych potrzebach rozwojowych) jest to dla niego lepszy start w życie dorosłe.
Osoby wysoko wrażliwe cierpią ze względu na natłok bodźców ze środowiska. Ich umysły szybo przestają przetwarzać dane w momencie stresu, nacisku, presji czasu, szybko reagują lękiem na sytuacje z gruntu rzeczy nie będące bardzo stresujące dla nazwijmy to "zwyczajnie mentalnych". Cechą różnicującą WWO od osób ze spektrum (w tym z ZA) jest wysoka wrażliwość społeczna, nazwałabym to "nadempatią". Dzieci wysoko wrażliwe mogą zareagować dość gwałtownie, gdy np. nauczyciel użyje dosadnego nacisku głosowego (gdzie ja to przeczytałam? ;-) ), zwyczajnie nakrzyczy na kogoś innego w klasie czy grupie przedszkolnej, przy czym nie musi to być wcale bliska osoba dla WWO. Przeżycie to może być trudne dla wysoko wrażliwego dziecka, szybko zacznie ono odmawiać chodzenia do przedszkola/szkoły. Oczywiście jest to tylko przykład, ale obrazuje jak wrażliwe są to dzieci. Są to także często te dzieci, które generalnie mogą reagować paraliżującą nieśmiałością i wstydliwością, wykraczającą poza normę wiekową. Występują u nich zaburzenia integracji sensorycznej czy odruchów posturalnych i dynamicznych (tak jak u dzieci ze spektrum i dzieci urodzonych przez cesarskie cięcie), przez co bywają zbyt wycofane społecznie lub odwrotnie - bardzo ruchliwe, wszędzie ich pełno, odbierane są jako dzieci niezdyscyplinowane czy nie umiejące wytrzymać długo w jednym miejscu, nie mniej jednak rozumieją relacje rówieśnicze (czyli nie mają zaburzeń w obrębie neuronów lustrzanych jak w autyzmie). Trzeba podkreślić, że są to dzieci bardzo zdolne, często "szczególnie uzdolnione" w jakimś zakresie (np. wiedzy o zjawiskach przyrodniczych), w innym odstają od normy rozwojowej (umiejętności manualne, odwzorowywanie ruchów w przestrzeni...itp). Jeszcze jedną cechą wyróżniająco WWO jest owa "nadzwyczajność mentalna" - dzieci te często przeżywają porażki przez bardzo długi czas, pamiętają, że jakieś dziecko wyrządziło im krzywdę osiem miesięcy temu, często zadają zapętlone pytania odnośnie zachowań innych dzieci ("jak to się mogło wydarzyć, że Fabian pół roku temu zabrał mi zielone autko w przedszkolu?"), generalnie zadają mnóstwo pytań o wszystko. Kolejna cecha - mają ogromne problemy z przeżywaniem emocji na ekranie. Dla mojego syna tak samo trudny jest lęk przed złym bohaterem w bajce, jak i wstyd, rozczarowanie i miłość. Często domaga się on przewijania "trudnych" momentów w filmie, co za tym idzie - kino jest wyprawą prawie niemożliwą, nie tylko ze względu na natłok bodźców, ale i emocji, których nie da się przewinąć. Na dzień dzisiejszy pierwsze obejrzenie bajki jest tolerowane, ale kolejny raz już odpada. WWO dość trafnie określa swoje emocje i podaje przyczyny ich wystąpienia, ma zdolność analizy tego co czuje, gorzej z poradzeniem sobie z tymi uczuciami. Porażki społeczne, lęk i nadmierne analizowanie własnych zachowań i zachowań innych osób, powoduje, że osoby wysoko wrażliwe mają utrudniony start w dorosłym życiu, często nie wierzą we własne siły, przejmują się tym, co pomyślą o nich ludzie, a natłok myślowy nie daje chwili odpoczynku...
Mój syn urodził się o czasie, przez parę dni był w miarę spokojny, po kilku dobach zaczęła się przygoda: kolki, odruch Moro zakłócający sen nam i jemu, silna potrzeba bycia ciągle kołysanym, nietolerancja laktozy, problemy z tolerowaniem nowości w diecie, gwałtowna reakcja na głód, w zasadzie brak jakiejkolwiek tolerancji na choćby mały głodzik, nienawiść do spania w łóżeczku, problemy z zasypianiem, szybkie wybudzanie się. Większości problemów już nie pamiętam, ale na pytania innych osób "kiedy następne dziecko" moje ciało reaguje nerwowym śmiechem :-)
Do dziś mój syn potrzebuje planu i regularnych posiłków (wakacje muszą być zaplanowane), często mówi o różnych lękach i reaguje ogromnym oporem na próby wprowadzenia "surowej dyscypliny" - zamiast dyrektywnych rozporządzeń, bardziej toleruje umiarkowaną dyscyplinę - konsekwentne i jasne granice z marginesem swobody. Jazdy na rowerze uczyliśmy się w sumie trzy lata (wliczając rowerek biegowy), za to w wieku 2 lat znał już mnóstwo dinozaurów, do dziś nie wymieni wszystkich miesięcy (5 lat), za to ze spokojem wymienia wszystkie gady pustynne... Kolejna cecha "nadwydajnych" - uczą się "w lot" tego , co je interesuje i często ich wiedza wykracza poza ich wiek rozwojowy, ale rzeczy, które ich nudzą, nie są w stanie opanować przez dłuższy czas...
U nas najtrudniejszym czasem jest okres, kiedy oboje (WWO) stajemy się przeładowani, nasze układy nerwowe rozgrzane do czerwoności ledwo zipią, ja mam ochotę wcisnąć się w małą mysią dziurę, żeby odpocząć, a mój syn rozgoryczony i rozżalony próbuje szukać ukojenia właśnie u mnie... Nauka dla nas obojga - złapać moment przed przeładowaniem nerwowym i próbować temu zapobiegać. 
Mimo, że oboje jesteśmy wysoko wrażliwi i w zasadzie w dalszym ciągu uczymy się własnej obsługi, to każdego dnia mój syn daje mi lekcję życia - moja interpretacja rzeczywistości, jest tylko moja! On ma zupełnie inną i nie zawaha mi się jej przedstawić :-)


Basia.]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/6357a00f2ec3c2cd4d7f05a33070fc93,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/6357a00f2ec3c2cd4d7f05a33070fc93,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/141247,per-aspera-ad-astra</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/141247,per-aspera-ad-astra</link><pubDate>Wed, 15 Apr 2020 00:33:31 +0200</pubDate><title>Per aspera ad astra</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/9a6cc9064107b2a021d135671747b8b8,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Każdy kolejny etap w rozwoju malucha przesuwa jego granice dostępu do otaczającego świata.

Na początku "drogi", tuż po narodzinach, dziecko widzi bardzo słabo, znacznie mniej wyraźnie niż osoba dorosła. Następnie, gdy stopniowo wzrok się doskonali, maluch zaczyna widzieć ostrzej i dalej. Noworodek widzi rozmazane przedmioty oddalone o 20-30 centymetrów od twarzy, kilkumiesięczne niemowlę dostrzega obiekty z odległości 60 cm. Natomiast między 3 a 6 miesiącem życia dziecko zaczyna widzieć przestrzennie.
Kolejne etapy rozwoju wzroku otwierają przed małym człowiekiem zupełnie nowe, nieznane dotąd perspektywy i możliwości. Im dalej dziecko widzi, tym dalej sięga, tym większe odległości przemierza. Te swoiste "rekordy" cieszą nas rodziców, ale przede wszystkim malucha, dając mu bodźce do rozwoju. Każda kolejna wycieczka na czworakach po mieszkaniu jest jak podróż do nowej krainy. Każdy kolejny krok to kolejny etap. Gdy uda się dosięgnąć kulki zawieszonej najniżej nad łóżkiem, maluch czuje radość, ale już wkrótce dostrzeże kolejną kulkę. Przed małym zdobywcą pojawia się nowy cel. 
Gdy - pełen dumy - patrzę na ten niezwykle dynamiczny rozwój mojej córki, zastanawiam się, na ile ja sam w dorosłym życiu zachowałem naturalną, dziecięcą otwartość na nowe doświadczenia, czy wciąż z entuzjazmem podejmuję nowe wyzwania, czy z niepohamowanym, radosnym zapałem codziennie potrafię patrzeć dalej i sięgać wyżej..]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/9a6cc9064107b2a021d135671747b8b8,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/9a6cc9064107b2a021d135671747b8b8,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/146449,szpilki-zatrzymane-w-biegu</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/146449,szpilki-zatrzymane-w-biegu</link><pubDate>Mon, 06 Apr 2020 11:31:16 +0200</pubDate><title>Szpilki zatrzymane w biegu</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/eba55e1b70b8721b520377090b9c9230,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wychowanie bliźniąt, budowanie przyjaźni, rozwój zawodowy i naukowy przeplatane z upadkami, potknięciami i nierzadko utratą wiary w człowieka – wszystko to spowodowało, że bardzo długo nie miałam ani czasu, ani natchnienia, by napisać kilka słów refleksji dla Was, drogie mamy, a właściwie dla Was – drodzy rodzice. Brzmi znajomo? Myślę, że dla każdego z nas, żyjącego w społeczeństwie konsumpcyjnym i poddającemu się, czasem mimo woli, zjawiskowi macdonaldyzacji życia społecznego. Jednak nagle moje niebotycznie wysokie szpilki zostały zatrzymane podczas sprintu przez nieprzewidywalnego koronawirusa. Jak ja się w tym odnajduję? Nazywam to moją drogą pokory.

Już kiedy kilka miesięcy temu przeczytałam książkę Yuval Noah Harari pt. „Homo Deus. Krótka historia jutra”, byłam przerażona tym, w jakim kierunku zmierza nasz świat, a raczej – w jakim kierunku podążają ludzkie pragnienia. Wielkie korporacje i wpływowi ludzie robią wszystko, by stać się „bogami”, by za wszelką cenę osiągnąć nieśmiertelność i „szczęście”. 

Kiedy jednak nasz świat nagle dopadła pandemia koronawirusa, znaleźliśmy się w rzeczywistości, której wcale się nie spodziewaliśmy, a już na pewno nie byliśmy na nią gotowi. Pandemia ta, co ważne, dopadła nas wszystkich niezależnie od tego, jaki mamy status społeczny, czy jesteśmy na liście „Forbesa”, czy mamy tyle pieniędzy, że dopadają nas pokusy, by kolonizować Księżyc. 


Nie byliśmy na taką sytuację gotowi jako ludzie, którzy wszystko mają na wyciągnięcie ręki i chcą coraz więcej, a potrzeby prawdziwych relacji przestają mieć już dla nich priorytetowe znaczenie. To nie jest oczywiście zarzut do nikogo – po prostu nasz świat tak się rozwija, że mamy łatwy dostęp do wszystkiego i ciężko na wszystko pracujemy, jednak mam wrażenie, że zgubiliśmy po drodze coś najcenniejszego, czyli pokorę i wdzięczność. 

Jakże często wybrzmiewały mi w ciągu ostatnich lat słowa księdza Jana Twardowskiego: „Mali ludzie rozmawiają o rzeczach, przeciętni o ludziach, a wielcy o przeżyciach duchowych”. Sama się wielokrotnie łapałam na tym, że rozmawiam o innych ludziach czy o rzeczach, jednak moja wiara, ewangelia towarzysząca niemal codziennie nie pozwalała mi zapomnieć, że najważniejsi są dla mnie ludzie i ich emocje. 


Nie chcę brnąc dalej w wywody na temat przyczyn tego stanu ani snuć teorii, a skupię się na tym, abyśmy zdali sobie sprawę, że ta sytuacja może nas czegoś nauczyć, daje nam niezwykłą możliwość, abyśmy byli bliżej siebie niż kiedykolwiek, abyśmy skupili się na prawdziwych potrzebach naszych, ale także naszych bliskich, abyśmy uporządkowali swoje sprawy, bo za jakiś czas wrócimy do dawnej rzeczywistości, ale już od nas zależy, czy wrócimy umocnieni i „lepsi” także dla samych siebie. 

Nowa rodzicielska rzeczywistość 
Oczywiście skutki pandemii dla każdego z nas są inne: jednych dotyka bezpośrednio śmierć bliskich, inni zmagają się z utratą pracy i utratą źródeł utrzymania, jeszcze inni muszą zamykać firmy, które niejednokrotnie budowali całe życie. Są też ludzie samotni czy starsi, dla których spacer czy pójście do kościoła były jedyną formą kontaktu z drugim człowiekiem. Są też tacy jak ja, czyli samotne matki, ojcowie czy rodzice, którzy nadal są aktywni zawodowo, nierzadko są jedynymi żywicielami rodziny, a teraz w „nowej rzeczywistości” muszą stale zajmować się dziećmi, jednocześnie zdalnie wykonując pracę. Z moich obserwacji wynika, że staramy się wspierać siebie nawzajem i kreatywnie podchodzimy do tego, jak radzić sobie w nowej sytuacji. W mediach społecznościowych, które są naszym dobrem technologicznym, pojawia się wiele materiałów z pomysłami na wspólne spędzanie czasu. Ja postanowiłam, że wsłucham się w potrzeby moich córek i że w końcu zrobimy razem rzeczy, na które do tej pory nie miałyśmy czasu albo robiłyśmy je w pośpiechu, a teraz możemy się im oddać ze spokojem, skupiając się na wzajemnych potrzebach i emocjach. 


Babeczki, naleśniczki i dobre uczynki
Zaczęłyśmy od selekcji ubrań i zabawek. To była doskonała okazja, by znaleźć jakiś wspólny cel. Nasz był jeden: podzielić się zabawkami i ubraniami z tymi, którzy tego potrzebują. Moje córki bardzo chętnie zaangażowały się w zwykłe prace domowe jak sprzątanie czy gotowanie, a ja nie musiałam się skupiać w końcu na tym, że przecież obiad czy ciasto trzeba upiec jak najszybciej, bo czas jest taki cenny. Nigdzie nie musiałyśmy się spieszyć, wszystko było robione precyzyjnie, a kuchnia i owszem na początku była brudna, ale w końcu to zaczęło się wydawać takie nieważne. Efekty wspólnego tygodniowego gotowania były takie, że któregoś ranka moje bliźniaczki obudziły mnie, podając mi śniadanie do łóżka z przekazem: dziękujemy, że możemy robić to, czego pragniemy wspólnie z Tobą. 


Roztańczone ogrodniczki
Wiosna była dla nas naturalnym czasem na wspólne spacery, bieganie i jazdę na rowerze. W nowej rzeczywistości musiałyśmy nauczyć się aktywnie spędzać czas w domu. Naszą enklawą okazał się taras, a w chłodniejsze dni po prostu duży pokój. Zaczęłyśmy razem ćwiczyć i tańczyć, a nawet poświęciłyśmy pół dnia na przebieranki ciuchów z mojej szafy. Emocje towarzyszące moim córkom zapamiętam do końca życia.
Później przyszedł czas na porządkowanie tarasu. Trudno oddać wyłącznie słowami to, z jakim zapałem dziewczynki ścierały starą farbę z mebli ogrodowych, a potem nakładały nową, czy to, z jakim zaangażowaniem rozsypywały ziemię do kwiatów i pomidorków. Ale najcenniejsze było dla mnie, że mogłam u moich córek zobaczyć samą siebie, moje cechy, empatię, której ich uczę. Nagle zorientowałam się, że to, ile poświęcam im czasu, owocuje i jest widoczne w takich trudnych sytuacjach. 

	
		
											
					
				
					




Mama nauczycielką
Fakt, że musiałam w ciągu dnia zajmować się pracą, ale także odrabiać z dziećmi lekcje, był dla mnie najcenniejszą lekcją pokory i wdzięczności. Wielu z was dziś doświadcza, jakie to trudne pogodzić te dwie sprawy, ale ja też osobiście doświadczyłam tego, jak trudno jest być nauczycielem i jaki ogromny wpływ mają także oni na wychowanie naszych dzieci. Przyznaję – nie miałam świadomości, że to jest tak trudny zawód. Moja mama zawsze była dla mnie wzorem, ale teraz podziwiam ją za to, jakim była nauczycielem i jaka jest dla moich córek, bo bez jej pomocy w tym trudnym okresie byłoby mi trudno wszystko pogodzić. 


Oczywiście przez te kilka tygodni jeszcze bardziej wyjaskrawił się system pracy i nauki moich bliźniąt, ale też uświadomiłam sobie, jak ważne jest, by traktować je indywidualnie i skupiać się osobno na każdej z nich. Teraz miałyśmy tak dużo czasu, że z powodzeniem mogłyśmy odrabiać lekcje przez pół dnia. A jakież one były szczęśliwe, że robią to wszystko ze mną... I wiecie co? Wcale nie byłam zmęczona po kilku godzinach snu, bo przecież wiadomo, że pracę odłożyłam na noc... 

Wierszyki, teatrzyki i śpiewanie 
Nic tak nie kształtuje wrażliwości jak sztuka pod każdą postacią. Nie braknie zatem w naszym repertuarze wspólnego czytania, recytacji, teatrzyków, gry na gitarze czy śpiewania. To, co dla mnie najcenniejsze z tego okresu, to fakt, że wspólnie przeczytałyśmy moją ukochaną książkę „Oscar i Pani Róża” Erica-Emmanuela Schmitta. Polecam każdemu, bo to kolejny krok na drodze do pokory. 
Kiedy piszę ten tekst, nie ma moich córek obok, bo są ze swoim tatą i wiem, że też umacniają relacje. Bardzo za nimi tęsknię i mam wiele obaw o ich zdrowie. Ale wiecie, na co czekam? Na nasz kolejny wspólny „domowy” tydzień, bo nasz dom i emocje w nim panujące to nasza oaza i prawdziwe szczęście, a wszystko wokół jest tylko dodatkiem, bez którego potrafimy się obejść.

	
		
											
					
				
					




Drodzy Rodzice, wykorzystajmy ten czas zamknięcia w czterech ścianach, by naprawdę być bliżej siebie, by tworzyć w naszych mieszkaniach prawdziwy Dom.

Ps. Jestem daleka od szerzenia defetyzmu a mój wrodzony optymizm i wiara w człowieka podpowiadają mi, że będziemy ze sobą więcej rozmawiać także o przeżyciach duchowych]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/eba55e1b70b8721b520377090b9c9230,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/eba55e1b70b8721b520377090b9c9230,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">ręcznie robiona biżuteria:)</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://blogi.mamadu.pl/145695,jak-oddech-wplywa-na-rozwoj-dziecka</guid><link>https://blogi.mamadu.pl/145695,jak-oddech-wplywa-na-rozwoj-dziecka</link><pubDate>Fri, 07 Feb 2020 20:06:51 +0100</pubDate><title>Jak oddech wpływa na rozwój dziecka?</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/f5de0d78b6098d377cb6702b8530cc59,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kiedy rozmawiam z rodzicami dzieci w różnym wieku, nierzadko zdarza się usłyszeć, że dziecko śpi w nocy z otwartymi ustami, albo podczas oglądania bajek bezwiednie ”rozdziawia” buzię. Bywa i tak, że kiedy pytam o to, jaki oddech rodzice obserwują u dziecka, trudno im szybko odpowiedzieć, bo nigdy nie zwracali na to uwagi – czy nosem, czy ustami, jak w dzień, a jak w nocy.
Drodzy Rodzice, to jednak bardzo istotne, by Wasze dziecko zawsze oddychało nosem!

Dlaczego moje dziecko oddycha ustami?
Prawidłowy tor oddechowy zarówno u niemowlaka, przedszkolaka, starszaka i dorosłych to tor nosowy – czyli pełne oddychanie z zamkniętą buzią przy wdechu i wydechu. Kiedy zaś, by oddychać, usta są rozchylone mówimy o ustnym torze oddychania – nos nie uczestniczy we wdechu ani wydechu powietrza.

Dlaczego zatem niektórym trudno zachować prawidłowy – nosowy tor oddechowy? 
Przyczyny mogą być różne, począwszy od nieprawidłowej budowy anatomicznej twarzoczaszki (skrócone wędzidełko podjęzykowe, krzywa przegroda nosowa itp.), przez obniżone napięcie mięśniowe, które obserwować możemy od urodzenia, aż po choroby alergiczne, astmę oraz przerost migdałka gardłowego, migdałów podniebiennych czy nawracające infekcje górnych dróg oddechowych. Zwrócić również trzeba uwagę na pojawiające się u dzieci parafunkcje, w postaci ssania palca, wargi, policzka, rogu kocyka, smoczka, a także picie z butelki przez dziecko powyżej 18 miesiąca życia. Takie zachowania z kolei mogą prowadzić do tzw. oddychania nawykowego torem ustnym.



	
		
											
					
				
				Czy Twoje dziecko podczas oglądania bajek czy gry na tablecie bezwiednie ”rozdziawia” buzię?•StockSnap
					



Oddech ustami a rozwój twarzoczaszki
Warto poobserwować swoje dziecko, by mieć pewność, że oddycha ono prawidłowo. Kiedy bowiem przez długi czas, szczególnie w okresie niemowlęcym, przedszkolnym i wczesnoszkolnym będzie oddychało torem ustnym, może to doprowadzić do późniejszych zmian w wyglądzie jego twarzy, wpływając również na zaburzenie całej postawy ciała. 

Dzieci oddychające ciągle ustami mają zupełnie odmienny od prawidłowego profil twarzy: pociągły, płaski i wąski, kości policzkowe są zapadnięte, żuchwa cofnięta, szczęka jest wąska, a nos duży. Z tym wiążą się kolejne nieprawidłowości: 
- pozanormatywny wzrost zębów, więc – wady zgryzu, 
- zmiana pierwotnego kształtu łuków zębowych, 
- podniebienie twarde staje się coraz bardziej spiczaste, bo brakuje mu profilowania przez prawidłowo ułożony na nim język (zaburzona zostaje prawidłowa wertykalno-horyzontalna pozycja spoczynkowa języka), 
- nieprawidłowy rozrost oraz funkcjonowanie stawów skroniowo-żuchwowych, 
- obniżenie napięcia mięśni warg, policzków i żuchwy (z tego powodu nawet kilkulatek nadal może się obficie ślinić). 
Cała głowa zaczyna ciążyć ku przodowi, a zatem utrzymanie prawidłowej postawy ciała (głowy w równej linii z kręgosłupem) staje się utrudnione.


Oddech ustami a rozwój mowy
Możliwymi skutkami oddychania ustami są również zaburzenia rozwoju mowy oraz wady wymowy. Jako neurologopeda, zwracam szczególną uwagę na nieprawidłową pozycję spoczynkową języka, konieczną do zmienienia. Kiedy oddychamy ustami, język opada na dno jamy ustnej, podczas gdy jego miejsce jest zawsze na podniebieniu twardym, oczywiście gdy nie podejmujemy aktywności głosowej ani jedzeniowej. 

Osłabiony język może utrudnić i zaburzyć prawidłowy rozwój mowy, wpływając na niepoprawną realizację głosek, wymagających uniesienia języka – l, t, d, n, sz, ż, cz, dż, r. Leżący język może również przedostawać się między zęby podczas mówienia, wtedy będziemy już mówić o wadzie wymowy – seplenieniu.
Oczywiście, jeśli pomyślimy o dwulatku, jego język ma prawo jeszcze się nie pionizować przy mówieniu, ale podczas spoczynku powinien przyjąć wysoką pozycję na podniebieniu. W trakcie zaś zabawy w naśladowanie odgłosów zwierzątek dziecko powinno umieć kląskać/klikać językiem (jak konik). Dobrze też obserwować, czy maluch potrafi wykonać językiem ruch unoszący (do zębów, podniebienia, na wargę górną), a jako trzylatek prawidłowo wypowiada głoskę „l” z czubkiem języka uniesionym za zęby górne. Prawidłowa praca języka w tym zakresie wcale jednak nie oznacza, że nasze oddychające ustami dziecko będzie dobrze wypowiadać pozostałe głoski – trzeba być czujnym i obserwować, oczywiście podejmując jednocześnie działania zmieniające niepoprawny tor oddechowy pod okiem specjalisty – choćby neurologopedy lub laryngologa.


Oddech ustami a zachowanie
Warto widzieć, że prawidłowy sposób oddychania nosem zapewnia odpowiednie dotlenienie komórek mięśniowych i mózgowych, i wpływa na ich poprawne funkcjonowanie. Jeśli zaś dziecko nadmiernie oddycha ustami może przejawiać niepokojące objawy, takie jak trudności z koncentracją, niepokój, senność, ale także nadmierną ruchliwość, pobudzenie, nadaktywność psychoruchową, czasem również agresję.
Wczesne podjęcie ćwiczeń zmieniających sposób oddychania może okazać się ratunkiem dla tego typu problemów behawioralnych u dzieci.

Oddech ustami a mniej efektywny sen
Z wyżej opisanymi zaburzeniami zachowania wiąże się nierozerwalnie oddychanie nosem w czasie snu. Bez względu na to, z jakiego powodu dziecko nie oddycha nosem, jakość snu wpływa na funkcjonowanie dziecka w ciągu dnia, nawet przy zachowaniu odpowiedniej liczby godzin snu.


Zauważcie, czy Wasze dziecko podczas snu przyjmuje dziwne pozycje (np. w kształt litery C z odchyloną do tyłu głową), czy co noc wierci się podczas snu, ciężko i głośno oddycha, chrapie, a może zgrzyta zębami, albo śpi spokojnie ale nagle wybudza się z krzykiem, gwałtownie łapiąc powietrze, zdarzają mu się bezdechy senne?
To wszystko może niestety utrudniać dziecku dobry, efektywny sen, który ma być odpoczynkiem dla mózgu, by mógł od nowa funkcjonować w kolejnym dniu. Po przebudzeniu możemy zaobserwować u dziecka wysuszoną śluzówkę jamy ustnej, kaszel, a na poduszce możliwe są do zauważenia mokre plamy, od wyciekającej nocą przez otwarte usta śliny.


Gdzie szukać pomocy?
Jeśli zauważasz u swojej pociechy choćby jeden z opisanych przeze mnie wyżej niepokojących objawów, koniecznie skonsultuj się z neurologopedą lub laryngologiem! Czasem przyda się również pomoc ortodonty, fizjoterapeuty i alergologa. Jestem zwolennikiem holistycznego spojrzenia na pacjenta (zarówno jeśli chodzi o dzieci, jak i o dorosłych), stąd tylu wymienionych specjalistów. 
Prawidłowy tor oddechowy to bardzo poważne zagadnienie, bo wpływa na rozwój i funkcjonowanie człowieka jako psycho-fizycznej całości..

Warto również poobserwować siebie – czy z Twoim oddechem, snem i pozycją języka w spoczynku jest wszystko dobrze?


Pamiętaj: do oddychania służy NOS, usta do mówienia i jedzenia :)]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/f5de0d78b6098d377cb6702b8530cc59,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/f5de0d78b6098d377cb6702b8530cc59,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Kiedy dziecko przez długi czas będzie oddychało torem ustnym, może to doprowadzić do późniejszych zmian w wyglądzie jego twarzy.</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
