Trzy dni przed początkiem pierwszej klasy. Stoimy na podwórku agroturystyki pachnącej tytoniem i bielinką do grubych firanek. Pięcio-prawie-sześciolatek wypchnięty reformą do pierwszej klasy szarpie mi rękę, a właścicielka chwali swoje zdolności w zakresie retoryki i perswazji. Na nieszczęście pięciolatka...

REKLAMA

- Czy on idzie do szkoły? - zagaja temat właścicielka. - Tak, jeszcze w tym roku kończy 6 lat - odpowiadam, patrząc, jak wymigać się od niechcianej rozmowy. - Do zerówki - upewnia się właścicielka. - Nie, do pierwszej klasy - "reforma jest", dodaję w myślach. - Aha. A umie czytać i pisać? - dopytuje, bo może to coś zmienia? - Coś tam umie - odpowiadam i myślę, że ma to takie samo znaczenie, jak to, kiedy zaczął chodzić lub mówić. Dla mnie żadne. - No to będzie jak z moją wnuczką - padł wyrok. Niespodziewany i pewny, jak grom z jasnego nieba.

Zaszufladkowany nadal ciągnie moją rękę. Chce iść. Nie słucha, nudzi się, podobnie jak i ja. Też już chcę iść, ale jak przystało na grzeczną dziewczynkę, szukam grzecznej sposobności.

- Wnuczka poszła do pierwszej klasy, jak już umiała czytać i pisać, bo jej mama jest nauczycielką. I wie pani? Wróciła do domu i powiedziała, że ona nie będzie już tam chodzić, bo szkoła jest nudna! - pani lekko oburzona pomysłem dziewczynki delikatnie podnosi głos. "A jaka ma być - myślę ze zrozumieniem - skoro każą jej robić to, co już umie? I jeszcze nikt jej nie docenia?"

Nudzący się w szkole, która dopiero ma się zacząć, zaczyna "niegrzecznie" dopraszać się opuszczenia podwórka, firanek i zapachu tytoniu - Mamoooo. Chodźmyyy juuuż.

Szukam grzecznej sposobności.

I oto jest - cenna rada. Popis retoryki i perswazji: - Powiedziałam jej, że jak nie będzie chodzić do szkoły, to przyjdzie pan policjant do domu. Otworzy sobie, nawet jak będą zamknięte drzwi - wstrzymałam oddech - i zabierze ją do domu dziecka. - Yyyy - dałam z kolei popis swojej elokwencji. - I skończyło się! Już zawsze chodziła i przestała narzekać! - i dodała puentę - także to! - Aha, no tak - jest puenta, to jest też grzeczna sposobność - no zobaczymy, wie pani, jak jest. To my już pójdziemy. Do zobaczenia potem. I tak tego, no...

Ufff...

Chwilę później dociera do mnie nie to, co firankowa powiedziała, ale to, co usłyszało moje dziecko!

- Dziecko? Słyszałoś, co pani mówiła? - Yyy, n-n-n-o t-taaak - odpowiada, drżąc lekko. "Oho! - myślę - wystarczyły ci dwie minuty? I to już?" - dziwię się cała. - Boisz się, że ktoś może cię zabrać? - Yyyy... - no widzę przecież, po co się pytam, jak głupek! Nie wie jeszcze, o co z tą szkołą chodzi i właśnie sobie układa dobrą radę. Dobre rady w cenie! - Wiesz, nie podobało mi się, co ta pani powiedziała tej dziewczynce. - słucha, więc ciągnę - ona ją strasznie okłamała, a przecież staramy się zawsze mówić prawdę - "jak skrytykować, zmiażdżyć, obedrzeć, by nie uczyć miażdżenia?" - oszukała ją, bo chyba nie umiała inaczej - "co ja bredzę?" - wiesz, my cię kochamy i nigdy byśmy cię nikomu nie oddali - "chyba trochę bliżej" - wiesz? - Wiem - "krótka odpowiedź to dobrze czy źle? Boi się czy odetchnął?" - szukam gorączkowo, czyich więcej tu obaw: dziecka czy matki. - Dziecko, policja nie zabiera dzieci od rodziców - kończę z pełnym przekonaniem. No bo nie zabiera, prawda?

Dziecko ścisnęło mocniej moją rękę, zbierając siły na ten pierwszy wielki dzień, który już za trzy dni. Tymczasem uznał, że lepiej się pobawić. I pobiegł.