
Każdy z nas zetknął się chyba w życiu z sytuacją, gdy dwie osoby -nasi znajomi, rodzina, czy ktoś kogo znamy choćby z opowieści- po latach wspólnego życia- rozstają się, rozwodzą.
Gdy o tym pomyślimy, widzimy przed oczami obraz rozbitej rodziny, pary ciskającej talerze o ściany, wystawione przed drzwi walizki, kłamstwa, godziny w sali rozwodowej, wojny o majątek i dzieci. taki mały koszmarek, jakim czasem kończą sie wielkie miłości. a potem bywa tylko gorzej: zerwane kontakty, wzajemna nienawiść, utrudnianie kontaktów z dziećmi, niepłacone alimenty... I dzieci w tym wszystkim, między młotem i kowadłem, matką i ojcem. Nierzadko wysłuchujące wzajemnych oskarżeń, kłótni. Być może buntowane przeciwko jednej ze stron...
Nie zawsze tak jest. Bywa, że dwie osoby wspólnie podejmują decyzję o rozstaniu. (przerzucam się na pisanie w wersji "ja", zamiast w tej hipotetycznej)
Ja. Rozstałam się z mężem. związek zaczął się jak większość- spacery w blasku księżyca i ogólnie bombonierka czekoladek w kształcie serca. z czasem, księżyc zaszedł za chmurę, a czekoladki zjedliśmy wszystkie. zostało puste pudełko, płaczące dziecko w łóżeczku i my... lub może raczej- ja i on. Nie poddaliśmy się bez walki. ale w pewnym momencie oboje doszliśmy do wniosku, że pewnych rzeczy nie da się zmienić lub udawać, że coś jest, czego nie ma, a nie ma tego, co jest. Rozstaliśmy się. co nie stało się z dnia na dzień. Było dziecko, były niedokończone sprawy, mieszkanie, mnóstwo tego. Były decyzje do podjęcia- co dalej? I byliśmy w tym-razem. Ostatni etap naszego związku. Rozstanie. I przeszliśmy przez to razem.
Teraz myślę, że było to możliwe, bo- oboje byliśmy wystarczająco dojrzali i odpowiedzialni- za siebie i przede wszystkim dziecko, bo mieliśmy do siebie nawzajem szacunek, bo nie było między nami nienawiści (nie zdążyliśmy się znienawidzić?)
Dziecko jest priorytetem. Zarówno dla mnie jak i dla mojego byłego męża. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak musi czuć sie mały człowiek, któremu rodzice fundują koszmar koszmarnego rozwodu. Które musi przysłuchiwać się awanturom. Które będzie w centrum wzajemnych przepychanek. Które będzie czuło się winnym, gdy spędza czas z ojcem, a nie z matką, i odwrotnie. Czy to egoizm czy głupota rodziców narażać dziecko na podejmowanie decyzji, z kim chce spędzać czas, mieszkać?
Czy mamy obowiązek tkwić w związku tylko dla dziecka? Wiele razy słyszałam opinię, jakoby w związku powinno zostać się dla dobra dziecka, by miało ono oboje rodziców? Czy rozwód/rozstanie rodziców musi dla dziecka oznaczać utratę jednego z nich? To zależy tylko od nas. Od tego czy obie strony będą angażować się równie mocno w sprawy związane z opieką i wychowaniem. Czy lepiej jest by dziecko wychowywało się w domu bez wzajemnej miłości rodziców? By obserwowało to co dzieje się między nimi? Udawać? Przed dzieckiem? I przed sobą? Żyć w kłamstwie? Nie muszę już nawet pisać- bo dla mnie to oczywiste- że lepiej dla dziecka, gdy dom jest spokojny, bez kłótni i awantur. Czy egoizmem jest myśleć również o własnym szczęściu? Czy naprawdę powinniśmy poświęcić własne życie osobiste dla dziecka? Dla idei pełnej rodziny? ( gdy ta "pełna rodzina" jest w naszym przypadku tylko mrzonką, a tak naprawdę każdy żyje osobno?)
Ex-partner przyjacielem? Myślicie, że to możliwe, by były mąż/ były partner, stał się naszym przyjacielem? Możliwe. Gdy emocje już opadną, gdy obie strony zrozumieją to, co się stało. Gdy przestaną szukać winnych, gdy pogodzą się z faktem, że się nie udało. Gdy pozostanie wzajemna życzliwość. Gdy przestając być partnerami w związku, nie przestajemy być partnerami w wychowaniu dziecka.
Nie wyobrażam sobie sytuacji ograniczania ojcu mojego dziecka prawa do widywania się z córką. Może to robić, kiedy chce, a przede wszystkim, kiedy ona tego chce. nasze dziecko samo pomogło nam wypracować system dzielenia się opieką. Oboje podążamy za jej głosem i tym, czego oczekuje od nas obojga jako rodziców. Jest z nami obojgiem równie blisko. Mówi o sobie, że ma dwa domy i mówi to z dumą (wiem, że brzmi to dziwnie. Ale chyba lepiej, niż gdyby miała wstydzić się tego, że rodzice nie mieszkają razem?). I naprawdę jest szczęśliwa. Nie zauważyłam zmiany w jej zachowaniu po tym, gdy zamieszkaliśmy osobno. Wie, że rodzice są przyjaciółmi, ale że nie są parą. Być może w przyszłości będzie zadawać pytania, nie wiem co będzie czuła, gdy będzie dorastać. Ale wiem, że zrobię wszystko- i domyślam się, że jej tata również- by nasz rozwód nie miał negatywnego wpływu na jej życie.
* I wiecie, wielu ludzi dziwi to wszystko. Gdy opowiadam, jakie są relacje moje z exem. Szczególnie wśród polskich znajomych. Bo stereotyp rozwódki nienawidzącej byłego, utrudniającej mu kontakty z dziećmi jest wciąż żywy. Tak samo jak i ojca uchylającego się od płacenia alimentów i nie interesującego się dzieckiem. Nie, ja nie walczę. Nie utrudniam. Nie oskarżam. I jestem z tym szczęśliwa i czuję się wolna od nienawiści. Do kogokolwiek.
