na cmentarz trafiamy dopiero późnym wieczorem. czy nas wpuszczą? czy nie będzie zamknięte? tymczasem, mimo późnej pory, na Powązki wlewają się tłumy. ciche, skupione, ale nie przygnębione. a teraz, jak wytłumaczyć trzylatkowi, po co tu jesteśmy? że to nie jest zwykły niedzielny spacer? jak wyjaśnić, ale nie przestraszyć?
- wiesz, Dzidku, jak ktoś już jest bardzo, bardzo stary, to często po prostu jakby się wyłącza. przestaje działać, przestaje żyć. mówi się wtedy, że już nie żyje. – o raju! jak dziadek Jeż? – Dzidek pyta o swego pradziadka. nigdy go nie poznał, ale pije dziś z jego ulubionego porcelanowego kubka do herbaty. – tak, tak jak dziadek Jerzy. widzisz, już go nie ma. bo był bardzo, bardzo stary. ale można przyjść w takie miejsce jak to, czyli na cmentarz, i zapalić takiej osobie świeczkę i przynieść kwiatki, żeby pokazać, że się ciągle o niej pamięta. stajemy przed grobem Niemena. – o, widzisz synku, tu jest miejsce takiego pana, który śpiewał piękne piosenki, dzisiaj słuchaliśmy w radiu. i chociaż też już go nie ma, to ludzie pamiętają o jego głosie, lubią jego piosenki i przychodzą zapalić mu świeczkę. rozumiesz. – rozumiem. a ja psu też mogę zapalić świeczkę? – tak, są też cmentarze dla zwierzaków. – zwierzakowe dla zwierzaków i ludziowe dla ludzi? – tak. – a czy my żyjemy, mamo? – tak, pewno, jak najbardziej żyjemy. – a ci ludzie nie mieszkają? – nie mieszkają? – no, mieszkają w Warszawie czy nie mieszkają? żyją w Warszawie czy nie żyją? – nie, oni już nie żyją.
i tak tłumaczymy Dzideuszowi eschatologiczne meandry i rozważamy tajemnice życia i śmierci. młody bardzo chce ukraść płonące znicze z grobów i wziąć kilka do domu. martwi się, że niektóre świeczki już się nie palą. i że niektórzy tacy smutni.
- a ta pani na zdjęciu nie żyje, bo ona też już była bardzo stara? a tylko stare ludzie umierają, mamo? – tak, synku, tylko stare.
bo nie mogę przecież powiedzieć, że nie tylko. że i duzi, i mali. tacy maleńcy jak bochen chleba też. że tak mało brakowało. że było tak blisko. że nienawidzę tego święta. nienawidzę rozważań o marności życia i pocieszeń, że doczesność to nic, że dopiero po śmierci czeka nas nagroda. biorę moją ziemską nagrodę za rękę. jest cieplutka. taka rzeczywista, taka prawdziwa. małe palce wczepiają się w mój płaszcz.
- mamo, tylko ty się nie spal od świeczków!
tej nocy we śnie walczę z najgorszymi lekami. po pierwsze, goni mnie psychopatyczny morderca-złodziej. po drugie, moje ciało jest spocone i spastycznie sztywne ze strachu. zwierzęcego, pierwotnego strachu, że, jak pisze Leomama, wracam DOCZDNAOIOM.
drugiego listopada nad ranem Dzidek gramoli się nam do łózka, w półśnie wczepia się w moją koszulkę, zabiera mi resztki snu i poduszki.
znowu tu jest. nadal tu jest. włączam Soykę. tańczymy jego tango memento vitae.
