
Teoretycznie przyjemne popołudnie.
Wyglądam przez okno. G.wraca ze szkoły. Jakoś szybciej niż zwykle. Rzuca hulajnogę w krzakowy kąt. Pędzi. Coś musiało się stać. - Muniu!, munuuuuniu! H.ma operę! Operę! Ja też chcę! - krzyczy jeszcze mnie nie widząc. Wyłaniam się z pokoju. - Nie rozumiem co ma? - w pośpiechu analizuję rozmaite żądze. - Operę! Prawdziwą! - G.robi zamach rękoma sugerując rozmach opery. - Nie mówi się mieć operę, tylko iść do opery - mądrzę się trochę. - Ale ta opera do nich przyjechała z Hiszpanii! My też tak chęcimy! - G.nalega na operę. Państwo G.nie są biedni, ale żeby aż takie ekscentryczne wydatki???
Temat opery powraca następnego dnia. - Zobaczcie opera H.idzie. Idzie! - woła G.przy oknie. Pędzimy do okna, żeby zobaczyć zagadkę tygodnia. Piękna, młoda Hiszpanka prowadzi za rękę rodzeństwo H. ... opera, o- pera, au-pera, au-pair..... - Widzisz, Muniu, widzisz, niech my też mamy taką miłą operę! - G.podskakuje przy oknie. - Taaa, ciekawostka gdzie ta opiekunka by spała? - analizuję złowrogo 40 centymetrową przestrzeń między kanapą a kaloryferem. - No z tobą i tatą przecież może - mówi mistrzyni udogodnień. Do tej pory milczący B.w uśmiechu prezentującym ósemki mówi radośnie: - Ten pomysł nie jest taki zły... Gburowatą operę o odrażającym wyglądzie od zaraz zatrudnię.
Pozdrawiam Kura-prawie rozwódka PS Na rysunku powyżej indywidualne propozycje co do wyglądu i liczby oper.
