Dawno nie czytałam niczego równie pozytywnego o doświadczeniu macierzyństwa, jak kilka powściągliwych i bez zadęcia zdań z rozmów Zuzanny Ziomeckiej z matkami prowadzącymi firmy. Do wyhaftowania na kilimie.
Anita Hawryńska
Zofia Pinchinat-Witucka
Proste, bezpretensjonalne i inspirujące. Nie musisz być superwoman na rynku pracy, żeby się dobrze ze sobą czuć. Co prawda nie zawsze starcza czasu na kosmetyczkę, ale przecież opiłowanie samej sobie paznokci we własnej łazience nie jest jakąś potężną kwestią. … o drugiej nad ranem, z budzikiem w telefonie na szóstą trzydzieści ;)
Bardzo bliskie jest też mi takie spojrzenie, że najważniejsza jest rodzina, a reszta się jakoś ułoży. Co się oczywiście wydaje o hektary odległe od psychologicznego bla-bla na temat, że „przede wszystkim się zatroszcz o siebie”, a w samolocie to w końcu dorosły pierwszy nakłada sobie maskę z tlenem. Tymczasem priorytet ustawiony na rodzinę nie wyklucza dbałości o moje potrzeby (MOJĄ pracę, MOJE lektury, MOJE wyjazdy na kursokonferencje w Pcimiu), ale teraz jest taki czas, że to potrzeby nielatów są na świeczniku. Co do zasady, ale bez przesady. Et caetera.
… moje potrzeby, MOJE, a jeszcze kilka lat temu pytałam się siebie gdzie jestem – JA, a nie moja laktacja, MOJE ciało, a nie potężna bańka brzucha niepodobna do zwykłej zawartości MOJEJ odzieży.
Wymądrzam się tu dzisiaj niczym Madame Bovary macierzyństwa, matka w statecznym wieku rodzicielstwa, już jej opadł kurz i pył po demolce, jaką robi pierwsze dziecko, ale pacholęta jeszcze nieopierzone, jeszcze nienauczone samodzielnego latania jak trzeba. Więc coś tam się jeszcze tli z pierwotnego ognia i laktacyjnej eksplozji prolaktyny (tutaj robimy zgrabną woltę i gnamy w porównania z ogniem pożądania u Mme Bovary), więc się nadal tli, ale to już nie pożar, to raczej kominek. Trzaskają polana, nielaty grzeją ręce.
Czy znalezienie równowagi między pracą zawodową a macierzyństwem jest możliwe? Eeee. No pewnie, że nie. Ale robię to w końcu każdego dnia od jedenastu lat. Dziwne. Brak równowagi, który jest równowagą. Nieustająca lekka frustracja, która nie jest nieszczęściem, przeciwnie. Zachwyciło mnie, że ten rodzaj psychozy jest dość powszechny u zawodowo zaangażowanych wielomatek. Klękam. I się dziko cieszę.
A nie à propos życia zawodowego, ale à propos trójmacierzyństwa, to czasem się z trudem hamuję wobec obcych mi matek trójek, tych – jeszcze - z obłędem w oku, tych, które mają za mało rąk i beznadziejnie szukają pomocy łypiąc w niebo. Z chęcią bym im przekazywała wyrazy solidarności i empatii w bezsile. Rzadko przekazuję, bo najczęściej się wstydzę, zaczepianie nieznajomych na ulicy nie jest jednak w naszych narodowych genach.
Na grafice, którą kiedyś spotkałam w internetach młoda kobieta połową siebie podaje niemowlęciu butelkę mleka, a drugą połową, odzianą według korporacyjnego dress code’u pracuje na urządzeniu mobilnym. I właściwie nie jest ani tu, ani tam, bo ponurym, sfrustrowanym wzrokiem patrzy przed siebie. Załóżmy, że w odległym, zawieszonym w niczym punkcie, w który łypie spomiędzy dziecka a firmy widzi siebie i to taką, jaką chciałaby być, wyciągniętą na ciepłym piasku nad wodą, wyczerpaną wędrówką na jakimś górskim szczycie. Z dala od niemowlęcia, lata świetlne od firmy.
Grafika smutna jak nie wiem co.
Może dlatego, że jest o opozycji (Working Mom vs Stay-At-Home Mom i co jest najlepsze dla naszych dzieci, rzyyyg).

Dla naszych dzieci z pewnością nie jest najlepsze, żebyśmy miały osobowość mnogą, myślę.
